hity
życie

Urlopowe hity

Internet od niedawana cały jest zalany informacjami o tym co najlepiej zabrać ze sobą na urlop.
Jak spakować rzeczy swoje, męża, trójki dzieci oraz psa tak, żeby się wszystko zmieściło do jednej walizki.
Który namiot plażowy.
Koc piknikowy.
Które pojemniki na przekąski.
Oraz jaki dokładnie krem z filtrem.
Zabrać ze sobą na plażę.

I ja jak to wszystko przeczytałam to uznałam, że przecież nie mogę być gorsza.
Jako urlopowiczka.
Jako matka.
Żona.
I przede wszystkim jako blogerka.
Muszę koniecznie Wam takiego też posta napisać.

Jednakże nie jestem specjalistką od pakowania całej rodziny do jednej walizki.
Wręcz przeciwnie jak już pisałam kiedyś w poście JAK SIĘ SPAKOWAĆ mam z tym spory problem.
Wymyśliłam więc, że napiszę Wam o kilku moich tegorocznych hitach.
Które to już za chwilę zabieramy ze sobą nad morze.

1) Soczki hipp

Moje dziecko pije głównie wodę.
Aczkolwiek jak tylko zobaczy gdzieś w sklepie.
Albo na ulicy u innego dziecka.
Jakiś napój kolorowy.
Najlepiej ze słomką.
I z jakimś misiem, czy innym stworem.
To krzyczy na całe gardło TOOOO!
I palcem swym małym ewidentnie wskazuje tak pożądany w tym momencie przez nią obiekt.

Dlatego ja się zawczasu ubezpieczam.
I od dwóch tygodni wykupuję w Rossmannie całe zapasy soczków jabłkowych hipp.
Które to są bio.
Bez cukru.
Za to w kolorowym kartoniku ze słomką.
I smakują inaczej niż woda.

Wiadomo, że nad morzem.
Te wszystkie soczki są trzy razy droższe.
Nie są bio.
I na pewno nie są bez cukru.

Więc jak moja córka zapragnie czegoś do picia co nie jest wodą.
To ja wtedy ciach z torby wyciągam soczek hipp.
I wszyscy są zadowoleni.

2) Woda termalna

To mój hit wakacyjny i w ogóle w ciąży to jest mój hit codzienny.
Taką wodą ja się schładzam.
Ja się taką wodą uspokajam gdy już mi macierzyństwo i ciąża i życie parują uszami.
To ja wtedy robię psiiiik na twarz.
I od razu ulga.

Ostatnio odkryłam jeszcze jedno zastosowanie tej wody.
Pryskam nią twarz przed nałożeniem olejku wieczorem.
Teraz jest moda na te olejki.
Sto procent natury.
Olejek arganowy.
Olejek z opuncji figowej.
Olejek migdałowy.
I miliardy innych olejków.
I ja je mam wszystkie.
I jak je nakładałam to zawsze miałam problem żeby je rozprowadzić równomiernie po twarzy.
A teraz robię psiiiik wodą termalną.
I na to chlust olejek.
I jest pięknie.

No w upały.
W ciąży.
W stresie.
Nie ma powtarzam nie ma nic lepszego niż woda termalna w spreju.
A moja córka też lubi.
Więc zawsze psikam siebie.
Potem ją.
Potem jej misia.
Potem lalę.
Potem drugiego misia.
I tak dalej i tak dalej.
Na szczęście taka butelka wystarcza na długo.

3) książeczki z serii Kicia Kocia

No to jest hit urlopowy serio.
Ba ta książka jest mega cienka.
I mega lekka.
I zajmuje w walizce chyba ze trzy milimetry wysokości.
Więc można się nawet pokusić o wzięcie kilku części.

My aktualnie przerabiamy “Kicia Kocia ma braciszka Nunusia”.
Co by naszą córkę przygotować do posiadania braciszka właśnie.

Ale części jest masa.
Można idealnie dobrać tematykę do zainteresowań potomka.
My mamy jeszcze “Kicia Kocia na placu zabaw” gdyż jest to u nas teraz temat numer jeden.
Oraz mamy “Kicia Kocia sprząta” gdyż bardzo bym chciała aby to się u nas tematem numer jeden stało.

To nie jest jakaś mega rewelacja.
Ani pod kątem ilustracji.
Ani pod kątem treści.
Ale ta objętość na wakacje świetna.
A Kajka naprawdę szczerze lubi te książeczki.

4) “Żniwa zła” Robert Galbraight

Nie wiem jak Wy ale ja nie wyobrażam sobie urlopu bez dobrej książki.
Dobrej to znaczy takiej, od której nie mogę się oderwać.
Najlepiej jakieś romansidło.
Albo porywający kryminał.
I ja od roku z tą książką czekałam.
Żeby ją właśnie na urlop ze sobą wziąć.
Żeby na leżaku na słońcu sobie te strony opaloną dłonią przerzucać.
Podjadając lody.
I pijąc mohito.
To znaczy w mojej obecnej sytuacji wodę.

Ten cały Robert Galbraight to tak naprawdę J.K.Rowling.
Czyli autorka “Harrego Pottera”.
A dla mnie Harry Potter to jest najbardziej wciągająca książka ewer!!!!

Jak wychodziły nowe części.
Te pierwsze najpierwsze w języku oryginalnym.
To ja w tych kolejkach pod Empikiem ze śpiworem i termosem stałam.
Potem na zajęcia albo do pracy nie szłam.
Tylko czytałam, czytałam, czytałam.
Aż przeczytałam do końca.
Z domu nie wychodziłam.
Nie myłam się.
Telefonów nie odbierałam.
Tylko czytałam.

Więc oczywiście te kryminały pod pseudonimem.
To ja połykam w podobnym tempie.
I mam gwarancję od pani Rowling, że mnie nie zawiedzie.

5) Bransoletka z numerem telefonu do mamy

Ja się uparłam, że tę bransoletkę zamawiamy i koniec.
Mąż wybrał kolor.
Niebieski.
Ja wolałam żółty.
Ale w małżeństwie jest tak, że czasem trzeba ustąpić więc tak sobie pomyślałam.
Że a niech tym razem ma.
Niech będzie niebieska bransoletka.
Przyjdzie czas kiedy nadejdzie moja kolej.
Na przykład przy wyborze koloru nowego samochodu.
To ja wtedy powiem.
Maciek.
A pamiętasz jak wtedy przed wakacjami ty wolałeś tę bransoletkę w kolorze niebieskim a ja żółtym. I ja wtedy powiedziałam oczywiście kochanie. Niech będzie niebieska. Twoje zdanie jest dla mnie bardzo ważne. Niech będzie tak jak ty chcesz. Więc teraz jest moja kolej. I samochód ma być waniliowy.

Także po przemyśleniu ustąpiłam i jest niebieska.
Kolor tak naprawdę jest tutaj najmniej ważny.
Bo najważniejsze jest tej bransoletki przeznaczenie.
To jest bransoletka, którą zakłada się dziecku w miejscach publicznych.
Takich jak plaża.
Wesołe miasteczko.
Festyn.
Koncert.
Albo inne tego typu cudowne miejsca.

Na bransoletce jest wygrawerowany numer telefonu do rodzica.
I w sytuacji gdy nasze dziecko emocje poniosą daleko od mamy i taty.
A my w żaden sposób nie będziemy w stanie dogonić go pomiędzy parawanami czy innymi klaunami.
To możemy mieć nadzieję, że jakaś dobra dusza się zlituje.
I do nas zadzwoni z informacją gdzie nasze dziecko w tym momencie pożera watę cukrową.
Skąd ma na nią pieniądze tego się nie dowiemy.
I nie pytajmy.
Tylko dziecko przytulmy.
I spryskajmy sobie jak najszybciej twarz wodą termalną.

Taką bransoletkę można łatwo znaleźć w internecie.
Ja kupiłam tu: link
Ostatnio widziałam też w Rossmannie taką jednorazową wersję w stylu paska na wczasach All Inclusive, na którym możemy napisać nasz numer telefonu długopisem.

6) Mydło do rąk

Od jakiegoś czasu tak nam się z Maćkiem zrobiło, że mamy bardzo wrażliwą skórę na dłoniach.
I wystarczy kilka dni mycia rąk jednym z tych drogeryjnych mydeł z dodatkiem ropy naftowej.
A jest dramat i jakiś befsztyk nam się na dłoniach robi.

Więc ja już przezornie biorę ze sobą takie mydełka w kostce Alterra (z Rossmana za niecałe dwa złote sztuka).
Zamiast po przyjeździe latać do sklepu od razu po mydło do rąk w płynie za dwanaście złotych.
Które i tak za trzy dni zrobi nam z dłoni befsztyki.

A mydełko Alterra jest tanie.
Jest naturalne.
Nie ma w sobie żadnej chemii.
I jak nie zużyjemy całego na wyjeździe to ze względu na cenę nie żal zostawić.

Maciek oczywiście trochę kręci nosem.
Że gdzie to mydło będzie leżało.
Że to trzeba brać mydelniczkę.
Bo inaczej się będzie ślimaczyć i po umywalce ślizgać.

Ale ja mu tłumaczę.
Że nad polskim morzem są zawsze ZAWSZE takie namioty.
Gdzie każda rzecz kosztuje tylko dwa złote.
I że na stówę tam będzie mydelniczka.
Za dwa złote właśnie.
I to i tak taniej wyjdzie niż ten płyn do mycia rąk za dwanaście złotych.
Które to za trzy dni zrobi nam z dłoni befsztyki.

7) Puzzle djeco dla dwulatka

Ostatni już hit to puzzle dla dwulatka, które Kajka dostała od cioci jakieś trzy miesiące temu.
Na początku to było jakby ślepy pies próbował wejść po drabinie.
Ale ostatnio zauważyłam spory postęp.
A wręcz muszę powiedzieć, że moje dziecko układa te puzzle samo.
Samo je dobiera w pary.
Bo to są puzzle podwójne.
Dobierasz zwierzątko do pokarmu, które spożywa.
I moja córka sama znajduje psa i sama do niego dobiera kość.
Sama to potrafi połączyć.
Potem sama sobie bije brawo.
I mówi „łałał koć mniam” – co znaczy, że pies je kość, i że mu smakuje.

To jest fajne bo zajmuje mało miejsca.
Jak pada deszcz albo po prostu nie chce nam się znowu iść na zjeżdżalnie to to jest jakieś 10-15 minut dla nas wolnego.
No i są serio bardzo ładnie zrobione.

Takich hitów urlopowych każdy ma pewnie miliony.
I ja bym mogła jeszcze długo wymieniać.
Ale powoli muszę zacząć się pakować więc kończę.
Bo poza tymi kilkoma hitami mam do zabrania milion pięćset zwykłych rzeczy.

cesarka1
macierzyństwo

O tym jak się dowiedziałam, że miałam cesarskie cięcie

Normalnie chodzę do takiej miłej pani ginekolog.
Z którą to sobie zawsze żartujemy, że hahaha hihihi.
Normalnie jak to w ciąży.
Że ona mówi żebym piła koka kolę i jadła lody.
Oczywiście bez przesady.
Ale, że jak bardzo chcę to mogę.
I ona się do mnie uśmiecha.
I ona się pyta jak ja się czuję.
I jest bardzo miła ogólnie ta moja pani.

Ale wczoraj niestety musiałam iść do pana.
Gdyż moja pani była niedostępna.
A iść już do lekarza musiałam koniecznie.
No i dostępny był tylko i wyłącznie ten pan.

Byłam trochę speszona.
Bo zazwyczaj unikam takich wizyt u panów.
No ale jak mus to mus.
Więc poszłam.

Wchodzę.
Siadam.
I tak żeby jakoś zacząć rozmowę mówię.
Że dzień dobry ja jestem w 24 miesiącu ciąży.

On zdjął okulary.
Bo miał okulary.
I tak na mnie spojrzał jakbym właśnie nasikała na jego skórzaną teczkę.
Która to teczka obok niego stała.

Spojrzał się na mnie i rzekł.
Chyba w 24 tygodniu?

Speszył mnie tym niezmiernie.
I się poczułam jakoś tak głupio.
Zupełnie jakbym naprawdę mu tę teczkę obsikała.
Że jak ja tak mogłam palnąć, że jestem w 24 miesiącu.
Skoro każdy wie, że cała ciąża trwa tylko 9 miesięcy.
A tygodni trwa 40.

Dalej było coraz gorzej.
Bo zaczął mnie pytać czym się zajmuję zawodowo.
I ja tak sobie pomyślałam.
O! pewnie chce się zrehabilitować.
Nawiązać jakąś rozmowę.
Trochę nasze relacje ocieplić.

Więc mu zaczęłam opowiadać.
Że z zawodu to ja jestem grafikiem.
Że wiele lat pracowałam w reklamie.
Ale, że teraz czuję, że ten świat już jest nie dla mnie.
Że to towarzystwo, ten klimat, presja i ten cały świat reklamy.
To już nie moja bajka.
Że ja teraz chcę iść własną drogą.
Piszę bloga o macierzyństwie.
I o życiu ogólnie.
Że czasem jakiś przepis wrzucę.
A nawet i wiersz jakiś napiszę czasem.
Że tam na tym blogu ja się też spełniam graficznie.
Bo sprzedaję plakaty, kartki i kalendarze.
I tak bym mogła mu jeszcze gadać i gadać.
Ale on mi nagle przerwał.
A najpierw oczywiście znowu zdjął okulary, mówiąc.
Ale proszę pani.
Ja się tylko chciałem zapytać czy mam pani wypisać zwolnienie.

Acha no to nie. Ja za zwolnienie dziękuję.
Powiedziałam.
I postanowiłam, że ja się już więcej odzywać nie będę.
Że resztę tej wizyty odbędę w milczeniu.
Aby się nie narażać na ten bez okularów wzrok ginekologa.
Podejrzewający mnie o obsikanie jego skórzanej teczki.

W pewnym momencie badania.
Słyszę jak pan ginekolog mówi gdzieś w przestrzeń.
Chyba sam do siebie.
Bo na pewno nie do mnie.
Acha! Tu widzę bliznę po cesarskim cięciu!

Już, już miałam mu powiedzieć.
Pomimo postanowienia o nie odzywaniu się więcej.
Że to niemożliwe bo ja pierwsze dziecko urodziłam naturalnie.
Jak to się mówi siłami natury.
Która to natura o mało mnie nie zabiła.
Tak mnie tymi swoimi siłami przygniotła.
I że cesarki nie miałam.
Chociaż potem żałowałam.
Gdy widziałam w jakim stanie są dziewczyny po tym zabiegu.
A w jakim ja.

No ale nie zdążyłam mu o tym powiedzieć.
Bo sam stwierdził, że:

A nie! To jednak nie blizna. To ślad od gumki w majtkach. Za dużo pani przytyła.

Więc ja już następnym razem.
Choćby się waliło i paliło.
To idę do tej mojej miłej pani.
Z którą to sobie zawsze żartujemy, że hahaha hihihi.
Normalnie jak to w ciąży.
Że ona mówi żebym piła koka kole i jadła lody.
Oczywiście bez przesady.
Ale, że jak bardzo chcę to mogę.
I ona się do mnie uśmiecha.
I ona się pyta jak ja się czuję.
I jest bardzo miła ogólnie ta moja pani.

cierpliwosc_pieta
macierzyństwo

Cierpliwość do dziecka znajduję w swojej pięcie za pomocą kilku gadżetów

Z dzieckiem wiadomo.
Łatwo przedawkować.
A potem ma się ochotę je zwrócić.
Tam skąd przyszło najlepiej czyli tak naprawdę nie wiadomo do końca skąd.

Oddać ojcu nasienie.
Niech je zabiera z powrotem.

Spakować ten cały majdan.
Na który składa się góra nieuprasowanych mikro bluzeczek.
Spodeneczek.
Piżameczek.
Skarpeteczek.
Sukieneczek.
Pięć ton zabawek.
Nie będę wymieniać wszystkich z nazwy.
Bo to może zawiesić serwer.
Jakichś dziwnych sprzętów w stylu plastikowe wanienki.
Bujaczki.
Laktatory.
Podgrzewacze.
Fridy.
Gruszki.
Nosidła.
Wózki.
Foteliki.
Mikro meble.
Książeczki.
Specyfiki o nazwach jak zaklęcia z Harrego Pottera w stylu:
Linomag
Sudokrem
Octenisept
Esputicon

I to wszystko spakować w jakiegoś TIRa i wysłać na biegun północny.
Gdzie to wszystko zamarźnie.
Pokryje się lodem.
I zostanie pożarte przez polarne niedźwiedzie i polarne lisy.

Albo można gdzieś na dnie swojego jestestwa odnaleźć resztki cierpliwości.
Na przykład gdzieś w okolicach pięty albo w okolicach dużego palca u nogi.
Bo to, że wyżej już nic nie zostało…
Wiadomo.

No i ja na przykład tę cierpliwość w pięcie znajduję za pomocą paru gadżetów.

– gadżet numer jeden – bransoletki

Co jakiś czas kupuję sobie jakąś ładną bransoletkę. Taką, która nie podda się łatwo szarpaniu małej rączki. Czyli najlepiej ze sznurka. Albo taką bez wiszących elementów, które do dziecka krzyczą urwij mnie i najlepiej od razu wepchnij sobie do gardła.
No i w momencie kryzysu. Momencie deficytu cierpliwości. Ja sobie patrzę na taką bransoletkę na ręce i sobie myślę. O rany ale mam ładną bransoletkę. No naprawdę tak mi się podoba. Tak się cudownie prezentuje na nadgarstku. Taka jest delikatna i tak fajnie grzechoczę jak się nią potrząsa.

– gadżet numer dwa – lakier do paznokci

To znaczy w ogóle ładnie pomalowane paznokcie.
Szczególnie u rąk. Podobnie jak z bransoletką w chwilach kryzysu. Gdy na przykład moja córka od pół godziny odmawia umycia zębów. A jej szczoteczka wylądowała już dwa razy w sedesie. Raz w wannie. A raz został nią umyty nocnik. To ja sobie patrzę na paznokcie. I myślę. O kurcze Iwa. Ale też masz piękne te paznokcie. No serio ten kolor rewelacyjny. I jak lśni jak się błyszczy. Jak się w nich ta łazienkowa lampa odbija pięknie.

– gadżet numer trzy – lody

Gdy zdarzy się na przykład taka sytuacja. Że po całym dniu szaleństwa. Zjadaniu ślimaków. Spacerów po parapecie. Tarzaniu się w błocie. Oraz bieganiu po schodach w górę i w dół sto razy. Moja córka stwierdza, że wcale nie chce iść spać tylko woli mi wkładać palce do nosa. Trenować w śpiworku pozycję psa z głową w dół. Oraz wymieniać po stodziewiętnaście razy wszystkich członków naszej rodziny i okolicznych zwierząt czyli mama, tata, baba, dada, gonio, gudio, ljelo, ania, łałał oraz maaam z pytaniem czy oni na pewno też będą niedługo szli spać. To ja przełykam ślinę. Wyjmuję mały palec z nosa. I myślę o lodach. O lodach, które są dziesięć metrów ode mnie. W zamrażarce na mnie czekają. I są tam aktualnie lody pistacjowe. I są bakaliowe. Oraz waniliowe. I ja sobie myślę tak. Już niedługo. Już za momencik. Jak ta mała niecna surykatka zaśnie to ja sobie pójdę do kuchni. Otworzę zamrażarkę. Wyjmę tę miseczkę turkusową z Ikei. I sobie nałożę trochę pistacjowych. Trochę bakaliowych. I trochę waniliowych. Siądę na kanapie. Przymknę lekko oczy i będę się delektować smakiem. Tych rozpuszczających się na języku lodów. Pistacjowych. Tych bakaliowych. Oraz waniliowych.

– gadżet numer cztery – plany

Super w chwilach zwątpienia jest mieć jakieś plany. Gdy moja córka zostawiona na sekundę w łazience bez pieluchy. Po moim powrocie tarza się we własnym moczu rozcierając go po wszystkich kątach łazienki. I swoich anielskich blond lokach. A nocnik leży do góry nogami w wannie. Oczywiście pusty. To ja sobie myślę. Ale super, że za miesiąc idę do fryzjera. Normalnie cudownie będzie. Bosko tam będzie. U tego fryzjera za miesiąc. Tak sobie siedzieć bez ruchu. I bez moczu na podłodze no cudnie po prostu wspaniale. I jak świetnie, że w sobotę idę z dziewczynami na pizzę. Zamówię sobie do tego lemoniadę ogórkową za szesnaście złotych. A za pół roku to ja już w ogóle się umówię na piwo. I chyba zaraz już zacznę sobie termin rezerwować. Żeby móc o tym myśleć w chwilach takich jak do tej co trwa teraz podobnych. Czyli w chwilach wycierania moczu z każdego kąta łazienki. I w chwilach wstawiania obsikanej córki pod prysznic. Po raz czwarty w tym tygodniu.

Powoli zdaję sobie sprawę, że przy drugim dziecku będę potrzebowała tej cierpliwości w sobie znajdywać podwójnie.
Więc cieszę się bardzo, że tak jest skonstruowana kobieta.
Że ma pięty dwie a nie jedną.

cukinia
przepisy

Przepis na obiad zdrowszy niż KFC

Ale mam ochotę na KFC…
To się wszystko zaczęło w zeszłym tygodniu.
To się zaczęło przez mojego sąsiada.
Przez jego łakomstwo i brak opamiętania.
I przez łakomstwo i brak opamiętania jego rodziny.

A mianowicie w zeszłym tygodniu mój sąsiad z rodziną zamówili KFC.
Taki największy kubełek.
Pachnących.
Gorących.
Tłustych.
I okropnie niezdrowych kawałków kurczaka w panierce.

I ja akurat jechałam windą tuż po tym jak tą windą jechał do nich dostawca.
Z tym największym kubełkiem pełnym kurczaków.
I frytek.
I pepsi coli.
I z tym w windzie odurzającym zapachem.

Pod drzwiami minęłam się z dostawcą.
Więc już nie było wątpliwości.
Że oni naprawdę to zamówili.
No i ja od tej pory wpadłam w jakąś obsesję.

W obsesję wpadłam na punkcie tych kurczaków.
W pikantnej panierce.
W tym ogromnym kubełku.
Na pewno nie w mniejszym.
O nie.

Od tygodnia się próbuję powstrzymać.
No bo w końcu jestem odpowiedzialna za zdrowie mini człowieka w moim brzuchu.
A taki kubełek kurczaków zdrowy nie jest.
Wiadomo.

No i tak w związku z tym.
Zrobiłam taki obiad zdrowszy od KFC.
Natomiast nie aż tak zdrowy jak na przykład jarmuż zmiksowany z wodą i owocami goji.

Ten zdrowszy przepis to wymyśliła moja mama.
Jak dla mnie to jest bardzo pyszne.
Mniej więcej smakowo to wypada na skali od jednego do dziesięciu jakieś sześć, siedem.
Biorąc pod uwagę, że w tym momencie dziesięć to dla mnie jest tylko i wyłącznie największy kubełek KFC.

Mój mąż jak to zjadł.
To nie był zachwycony.
Powiedział, że po prostu spodziewał się w tym obiedzie mięsa.
A ponieważ mięsa nie było to czuje się lekko oszukany, i że on tego więcej nie chce na obiad.
Ewentualnie na kolację.

Także to już zostawiam Wam do zadecydowania.
Czy to będzie obiad.
Czy to będzie kolacja.
A może to będzie przystawka przed największym kubełkiem z KFC.

Cukinie faszerowane (porcja dla dwóch osób)

3 cukinie
Dwie kulki mozzarelli
24 pomidorki koktajlowe
12 listków bazyli
6 łyżeczek oliwy
sól i pieprz

Cukinie przecinamy na pół, wzdłuż.
Wydrążamy w środku.
Mozzarellę kroimy w kostkę.
Tak samo kroimy pomidorki.
Listki bazylii rwiemy na małe kawałki.
I te pokrojone rzeczy mieszamy ze sobą oraz mieszamy z oliwą z oliwek, solą i pieprzem.
Nakładamy to do cukinii.
I pieczemy w piekarniku w 200 stopniach przez około 25-30 minut.

Świetnie smakuje z sałatą.
A jeszcze lepiej z największym kubełkiem z KFC 😉