piaskownica1
macierzyństwo

Postrachy piaskownicy

No i zaczęło się.
Pierwsze cieplejsze dni.
Pierwsze promienie słońca.

Nadzieja na porzucenie kombinezonów.
Na pierwsze piegi na nosie.

Razem z tym całym ociepleniem wzrosła ochota na przebywanie poza domem.
Szczególnie u mojego dziecka.
Które odkąd się nauczyło chodzić to nie chce robić nic innego.

Każdy spacer kończy się krzykiem podczas mijania bramki do naszego patio.
Na którym to znajdują się skarby i atrakcje nie z tej ziemi.
A mianowicie piaskownica.
Huśtawka.
I zjeżdżalnia.

Obowiązkowo więc jest przystanek na placu zabaw gdzie dziecko moje wyszczerza w uśmiechu wszystkie swoje zęby.
By na początku oblecieć teren w zatrważająco szybkim tempie trzy razy.
I finalnie zadekować się w piaskownicy.
Walić łopatką w murek albo przenosić foremki z jednego miejsca na drugie przez nieskończenie długi czas.

Że też człowiek zapomina jaką radość może sprawić taki pojemnik z piaskiem.
Okazuje się, że większą niż nowa torebka albo perfumy.

Tak czy inaczej od paru dni, minimalnie lepsza pogoda zwabia na wyżej wspomniane patio inne dzieci.
Inne dzieci dla mnie mogłyby nie istnieć.
Przepraszam, że tak szczerze to piszę.
Mój mąż uważa, że jestem dziwna.
Ale ja poza swoim i kilkoma znajomymi dziećmi to generalnie za dziećmi nie przepadam.
Sto razy bardziej wolę szczeniaczki i małe kotki.

Inne dzieci przerażają mnie hałasem jaki sie z nich wydobywa.
Niekontrolowanymi ruchami.
I nie dającymi się przewidzieć różnymi zachowaniami.
Cześciowo im nie ufam.
Cześciowo traktuję jako miniaturki swoich rodziców.
I może tu właśnie jest pies pogrzebany.
Że ja ogólnie nie przepadam za rodzicami innych dzieci.

Teraz to się już wkopałam.
Bo miało być o piaskownicy a wyszło o moich antypatiach i wrogości do innych ludzi.
Ale co ja poradzę jak tak już niestety mam.
Najbardziej lubię siedzieć sobie sama w domu.
Albo na jakiejś działce bezludnej.
Otoczona książkami.
Ewentualnie najbliższą rodziną i przyjaciółmi.

No a w piaskownicy poza wspomnianymi dziećmi, zaczęły się na wiosnę pojawiać ich opiekunki.
Wstępnie są to dwie starsze panie nazywające siebie “ciociami”.
Ganiające za dziećmi z chlebem krzycząc “Szymuś zjedz tego kawałka bo poskarżę mamusi” bądź “Maciusiu daj cioci buziaka o tu o tu i tu”.

Ja udaję niewidzialną.
Chronię swoje dziecko przed uderzeniami łopatką Szymka oraz przed palcem w oku Maciusia.
Tłumaczę, że foremka w kształcie żółwia jest równie fajna jak ta w kształcie gwiazdki, i że zupełnie nie ma powodu, żeby wyrywać ją Szymusiowi podczas gdy ten przełyka szybko chleb wciskany mu w międzyczasie przez „ciocię”.

Dzisiaj rano jak zwykle poszłyśmy na patio ku niezmiernej radości mojej córeczki.
Oczom moim ukazał się widok dwóch znanych mi już “cioć” ociężale zwisających z huśtawek.
Oraz Maciusia i Szymcia rzucających sobie w oczy piachem z piaskownicy.

Już zaczęłam się wycofywać i niby nic skręcać w stronę klatki schodowej gdy wtem moje dziecko podniosło lament, że przecież jak to, że piaskownica, że obiecałam, i że ona chceeee na patio.

Kajka jeszcze tego oczywiście nie umie powiedzieć.
Ale ja to wszystko dokładnie rozumiem gdy widzę jej minkę i wielkie jak grochy łzy z tych jej niebieskich oczu lecące.

Więc ślinę przełknęłam i zawróciłam do piaskownicy.
Powiedziałam dzień dobry.
Bo w końcu bez przesady aż tak źle wychowana to ja nie jestem.
I zasiadłam na obramowaniu piaskownicy.

Kajka zaczęła wyrywać Szymkowi łopatkę.
Ten grzecznie oddał jej narzędzie.
A ciotki się poderwały z huśtawek ze swoim chlebem i buziakami i otoczyły mnie z dwóch stron zadając pytania jedno za drugim.

A ile ma?
Półtora roku? To tak jak Maciuś cztery miesiące temu.
A kombinezon jaki ma fajny.
A oczy to takie niebieskie po tatusiu czy po mamusi?
A włoski pod czapeczką to blond?
A to dziewczynka?
A czy to może Agatka?
A nie?
Acha.
A Kaja to takie imię?
No ładne ładne.
A to jest Szymuś.
Szymuś zjedz chlebka.
O a jaka ona bystra, jak piasek sypie sobie.
A Szymuś też bystry.
Za miesiąc na Legię będzie chodził.
Na zajęcia z piłki nożnej.
No zjedz kawałka.
Strój już ma cały kupiony.
Wie pani?
Że teraz takie stroje dla dzieci jak dla prawdziwych piłkarzy robią?
Nie wie pani bo pani ma córeczkę.
Agatkę.
A nie Kasię?
Aaaa Kaję.
Już będę pamietać.
A dziadziuś już pojechał? (Tu muszę wyjaśnić – dzień wcześniej byłam w piaskownicy z tatą swoim, co nie umknęło bystremu oku cioci Szymcia)

W końcu się poderwałam, z okrzykiem, że czas do domu.
I po tych pięciu okropnych minutach w piaskownicy pędem pomknęłyśmy z Kają w stronę naszej klatki.

Jakoś przetrwałam kolki.
Nocne pobudki.
Ciagłe płacze i awantury.
Ząbkowanie i alergię na mleko krowie.
Jakoś sobie poradziliśmy z logistyką wyjazdów.
Z ustawieniem drzemek.
Z dietą, glutenem i pierwszą gorączką.

Ale to?
O tym mnie nikt nie uprzedzał…
Teraz po fakcie żałuję bardzo, że nie wyprowadziliśmy się swego czasu do Szwecji na przykład.
Albo jeszcze lepiej do Chin!
Tam bym zupełnie nie musiała i nie miała jak rozmów tego typu z nikim prowadzić.
Mam jednak plan awaryjny, aby zainstalować prywatną piaskownicę na naszym tarasie.
Mąż się wzbrania narazie, tłumacząc problematycznym sprzątaniem piasku.
Wyślę go więc w ten weekend na nasze patio aby się lepiej poznał z ciociami.
Tak by w niedzielę wieczorem wybrać wspólnie model tarasowej piaskownicy nowej.

niemanic
wierszyki

I nie ma nic

Jest tylko ten długi budynek.
Tenisówki po starszym bracie.
I wielki garnek pomidorowej.
Drzewa bez liści.
I zardzewiała zjeżdżalnia.
W piaskownicy puszka po piwie.
Do bramki kopana.
Nawleczona na sznurek.
Pies na łańcuchu wytarzał się w konserwie.
Brat wbił sobie w stopę kawałek szkła.
Chłopiec biegnie.
I nie ma nic.
I wszystko ma.

kredki1
przepisy, życie

Po weekendzie – film, książka, kredki i szarlotka

Tym razem chciałam się z Wami podzielić swoim weekendem.
A dokładniej kilkoma pomysłami, jak taki weekend spędzić gdy pogoda nie zachęca do wyjścia z domu.

– Po pierwsze film

Mamy z Maćkiem taką tradycję, że w sobotę wieczorem oglądamy film.
Robimy wielką michę popcornu.
Siadamy na kanapie.
I przez godzinę nie możemy się zdecydować jaki film obejrzeć.
Popcorn już dawno zjedzony.
My załamani.
Późna godzina.
Ja ziewam.
Tak jest zazwyczaj.
Ale w tę sobotę udało się wybrać film od razu.
Maćkowi polecił go kolega z pracy.
Mi się nie chciało wybrzydzać, więc film został wybrany przed pożarciem popcornu.
Film się nazywa “Nowy początek” w oryginale “Arrival” i jest to film z gatunku science fiction.
Tak wiem.
To nie wydaje się być najlepszym wyborem na sobotni film z mężem.
Ale uwierzcie mi, że okazał się strzałem w dziesiątkę.
Film trzyma w napięciu od początku do końca.
Zaskakuje zakończeniem.
A ja do dzisiaj zastanawiam się jak bym się zachowała na miejscu głównej bohaterki.
No i oczywiście poryczałam się.
Na filmie science fiction o tym, jak to na świecie ląduje UFO.
Także tak.

– Drugi pomysł na weekend to książka

Książka, którą aż wstyd się przyznać ale skończyłam w sobotę właśnie czytać po raz pierwszy w życiu.
“Wichrowe wzgórza” to powieść bardzo dziwna.
Piękna i straszna jednocześnie.
O wielkiej miłości i wielkiej nienawiści.
Zła i mroczna, a mimo wszystko dająca poczucie jakiegoś głębszego sensu i wiary w to, że miłość zwycięży.
Na pewno nie banalna.
Fanów wszystkich pięćdziesięciu twarzy Greya muszę zmartwić, ale pikantnych szczegółów w niej nie ma.
Jednakże czytałam ją z wypiekami na twarzy i oderwać się od niej nie mogłam.
Klasyk nie bez powodu.
Kto nie czytał – polecam.

– Po trzecie kredki na palce

U nas już od jakiegoś czasu hit nad hitami.
Kajka marze nimi zapamiętale.
Zmienia z namysłem kolory.
Pokrywa metry papieru energicznie tworzonymi bohomazami.
Czasem w chwili mojej nieuwagi bazgroł ląduje na stołku bądź kanapie – także kredki pod nadzorem.
Mega w tych kredkach jest fajne, że nijak się ich nie da włożyć do oka.
Są chyba niesmaczne, bo Kaja ich nie je – a je prawie wszystko!
Oraz można z nich układać wieżę, czym kończy się każda sesja rysowania.
Dla malucha na pierwsze kredki – super!

– Czwarty pomysł – szarlotka

Szarlotka w weekend to klasyk.
Zawsze się sprawdza.
Najlepiej zrobić w sobotę rano i cały weekend podjadać.
Na gorąco z blachy.
Z lodami.
Na drugie śniadanie.
Na podwieczorek i po kolacji.
A przepis jak zwykle z White Plate „Słodkie”.
No nic nie poradzę ale każde ciasto, które zrobię z tej książki to jest hit.
Pyszna.
I prosta.
Nawet teściowa pochwaliła 😉

Szarlotka polska:

ciasto:
300 g mąki
150 g masła
100 g cukru
3 żółtka
80 g śmietny
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

jabłka:
1 kg jabłek
100 g cukru
2 łyżeczki przyprawy do piernika
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Zagnieść wszystkie składniki na gładkie kruche ciasto i podzielić na dwie części. Jabłka obrać, pokroić. Na patelni rozpuścić trochę masła, wrzucić jabłka, podsmażyć aż puszczą sok, dodać cukier i przyprawy, dusić do czasu, aż się rozpadną (10-15 minut). Odstawić do ostudzenia.
Wylepić połowa ciasta dół blachy obłożonej papierem do pieczenia. Piekarnik nagrzać do 190 st C, ciasto ponakłuwać widelcem i wstawić na 10 minut.
Wyjąć z piekarnika, obłożyć jabłkami. Pozostała cześć ciasta rozkruszyć na owoce. Piec kolejne 40 minut. Po upieczeniu ostudzić, oprószyć cukrem pudrem.

azzal1
przepisy, życie

Aż żal

Macie tak?
Otwieracie szufladę albo szafkę.
A tam pachnące świeczki.
Cytrusowe pilingi.
Mydełka jak cukierki.
I pudełeczka czekoladek, belgijskich, ręcznie robionych.
Leży to wszystko i aż żal otworzyć takie to piękne.

Kiedyś ktoś nam na imieniny czy pod choinkę sprezentował takie cudo.
No i leży.
Starzeje się.
Data ważności mija.
Mija data spożycia.
I sru do kosza po paru latach.

A jak żal!
Że się tych czekoladek nie zjadło, tylko zamiast tego maltanki wsuwało.
Bo to przecież okazji nigdy na te czekoladki nie było.
Że się tego pilingu nie użyło, tylko najtańszym mydłem z biedronki myło.
Bo przecież ten piling taki wyjątkowy.
Luksusowy taki, że aż żal otworzyć.

Ostatnio, po paru latach przekonywania siebie z Maćkiem nawzajem, że to już najwyższy czas, wyrzuciliśmy stare ręczniki.
Stare to mało powiedziane.
Te ręczniki spędziły ze mną pół życia.
Były sponiewierane jak siemasz.
I w sumie to jak je wyrzucaliśmy, to nawet na działkę, albo na ścierki jakieś nie zostały wydelegowane.
Tylko od razu do kontenera.

I zamówiliśmy sobie ręczniki totalnie wypasione.
Miękkie jak kaczuszka.
Puszyste, duże i bardzo drogie.
Tak nam się przynajmniej wydawało, że one są bardzo drogie, dlatego tak zwlekaliśmy z tą ręczników zamianą.
Ale jak sobie przeliczyłam, że poprzednie używałam równo 12 lat – wiem aż wstyd się przyznać, ale znam takich co używają jeszcze dłużej 😉
To tak naprawdę wyszło mi za taki nowy ręcznik niecała złotówka miesięcznie.
A jaka jest radość.
Jak po prysznicu się takim miękkim ręcznikiem człowiek otuli a nie trze sobie skóry papierem ściernym w kolorze spranych odchodów.
(bo tak się już mniej więcej prezentowały nasze poprzednie ręczniki…)

A te ręczniki dla mnie to jest przykład tego jak siebie traktujemy na co dzień.
Jak sobie odmawiamy najzwyklejszych przyjemności.
Takich zwykłych, codziennych.

Jak to pijemy z wyszczerbionych kubków.
Śpimy w poplamionej, dwudziestoletniej pościeli.
Nosimy podarte dresy.

Ładne naczynia, sztućce i tę piękną wazę w kwiaty od babci wyjmujemy tylko na święta.
A ponieważ święta organizowałam do tej pory tylko raz, to te wszystkie rzeczy wyjęłam tylko raz.
No aż żal.

Rok temu wybrałam się z koleżankami na targi modowe Hush Warsaw.
Wyrwałam się z domu.
Od dziecka.
Od podartego dresu.
Od nieumytej głowy.
Bo z tej okazji głowa została umyta.
I zamiast kupić sobie jakiś miły, nowy, mięciutki dres.
I ewentualnie pachnący szampon.
To ja oszalałam.
I kupiłam sobie masę sukienek.
A dokładnie dwie.

Miałam już w głowie wizję siebie, jak to w tych sukienkach biegam z rozwianym włosem po łące pełnej dmuchawców.
Jaka jestem w tych sukienkach szczupła, powabna i wolna.
Tak mnie ta wizja pochłonęła, i chęć zmiany swojego wizerunku na jedną z tych matek, co to w internecie w sukienkach pląsają, w drugiej ręce trzymając słodkie niemowlę, że się skusiłam i kupiłam te dwie sukienki.
Za jakiś majątek.

Jak się domyślacie nie założyłam ich ani razu.
No dobra.
Jedną założyłam raz na imieniny teściowej i to był duuuuuży błąd, bo sukienka była długa do ziemi i przy każdym kucnięciu czy schyleniu się do raczkującej wtedy Kajki przydeptywałam materiał z tyłu i parę razy się nieźle wyrżnęłam wstawając.
Nie wiem jak Wy matki z internetu ganiacie za dziećmi w tych kieckach, ale czuje do Was respekt i szacunek wielki.

Druga sukienka za to okazała się nie do założenia już w ogóle.
Gdyż jest ona tak skonstruowana, że nie posiada pleców.
Nie ma więc za bardzo jak założyć do niej stanika.
A ponieważ dekolt ma z gatunku tych przewiewnych, to ja już zupełnie nie wiem co w tym wypadku zrobić żeby jakoś tę klatkę piersiowa przed światem ukryć…
Wisi więc w szafie z nie zdjętą wciąż metką i straszy me oczy swoją ceną.
Aż żal.

W tym roku podczas wiosennych porządków i postanowień stwierdziłam, że nie ma co na siłę robić z siebie nimfy.
Nie ma co też kitrać po szafach luksusowych prezentów i tak zwanych umilaczy życia.
Bo jeśli nie mam jak chodzić w sukienkach.
To chociaż pod tym dresem będę pachnieć cytrusowym pilingiem.
I wycierać się będę miękkim ręcznikiem.

W ramach tych postanowień, zerknęłam co też tam mam w zamrażarce i skarby znalazłam w postaci mrożonych śliwek węgierek.
I zamiast je trzymać na świetego nigdy zrobiłam placek ze śliwkami.
I zjem go z lodami śmietankowymi wieczorem z mężem.
Siedząc pod nowym kocem, który jest miękki i piękny i kosztował mnie tyle co nowa sukienka.
I niczego żałować nie będę.

Przepis na placek ze śliwkami (banalny) z książki White Plate „Słodkie” :

Ciasto kruche:
125 g mąki
125 g schłodzonego masła, pokrojonego w kostkę
75 g drobnego cukru do pieczenia
1 żółtko

Na wierzch:
500 g śliwek
łyżka cukru do posypania

Piekarnik rozgrzać do temp. 190 st. C.
Składniki na ciasto wymieszać.
Ciastem wylepić foremkę.
Na wierzchu ułożyć śliwki, nacięciami do góry.
Posypać cukrem.
Piec 45-50 minut.