magazyn
życie

Andrzejki

W Andrzejki sobie wróżymy, o czymś marzymy.

To mogą być marzenia w stylu Pontiac Firebird.
Albo bardziej przyziemne.

Takie jak:

– Zmieścić się w jeansy z zeszłego roku.
– Zjeść kolbę kukurydzy bez tych w zębach utkniętych łupinek.
– Żeby jeden kawałek pizzy się nigdy nie kończył.
– Żeby dzieci były zdrowe.
– Żeby nowe buty z Zalando pasowały rozmiarem.
– Żeby krem pod oczy wygładził naszą skórę niczym u Kai Gerber.
– Żeby mieć kasę na wakacje w Grecji.
– Żeby lubić swoją pracę.
– Mieć jakąś pasję.
– Super moc.
– Jędrne pośladki.
– Albo zawsze perfekcyjnie układające się włosy.
– Żeby od 20 jak dzieci pójdą spać, do 23 jak my idziemy spać, było sześć godzin zamiast trzech.
– Albo żeby wreszcie ktoś wynalazł czekoladę, która nie tuczy.

No a ja marzę dodatkowo też o tym, żebym zawsze miała w głowie jakiś nowy temat do pisania.

Bo myślę sobie, że już nie mam o czym pisać.
Że już napisałam o wszystkim chyba, o czym napisać mogłam.
Bo ile można pisać o dzieciach.
O praniu.
O przepisie na szarlotce.
O fajnej książce.
O mężu, który jest na tyle spoko, że aż to jest nudne do opisywania.

Więc z tych nudów zapisałam się na kurs fotografii.
I tam robię zdjęcia.
Aparatem.
Każdy na kursie pyta, jaki ten aparat powinien być.
Czy za pięć tysięcy.
A może za dziesięć.
I jaki obiektyw?
A może kilka obiektywów.

A pan Karol prowadzący, za każdym razem jak mantrę powtarza.
Że to nie pieniądze są ważne.
Że to nie aparat robi zdjęcia.
Tylko ludzie.

A potem mówi.
Macie dwie godziny.
Idźcie.
Fotografujcie.

No to idziemy.
Mój aparat jest z tych raczej poniżej pięciu tysięcy.
Ale tak jak pan Karol powiedział, nie przejmuję się tym.

Wychodzę na dwór.
Jest zimno.
Nie wzięłam z sali szalika.
Ale już widzę otwartą bramę do magazynu.
W środku pan w pomarańczowym uniformie się krząta.
Pytam go, czy może stanąć na chwilę, bo chciałam zrobić zdjęcie.
A mam długi czas naświetlania.
On stoi ale za chwile już się rusza.
Nie rozumie co to jest długi czas naświetlania chyba.
Pyta:
– I jak wyszedłem? Pani pokaże, może powtórkę zrobimy.
A zdjęcie wciąż się naświetla.

Widzę dwie windy obok siebie.
Drzwi się zamykają.
Drzwi się otwierają.
Nigdy nie wiadomo co będzie w środku.
Czasami są ludzie.
A czasem nic nie ma.

Więc robię zdjęcia.
Windom.
Magazynom.
I ludziom.
W ruchu nieustannym.
Pomimo długiego czasu naświetlania.
Bo bez nich te zdjęcia nijakie wychodzą.
Nudne takie bez życia.

Robię zdjęcia.
Skrzynce pocztowej.
Ciężarówce DPD.

I przypomina mi się, jak kiedyś pracowałam w agencji reklamowej DDB.
I na jakimś spotkaniu mój wiekowy już dziadek.
Powiedział do mnie:

– A wiesz, że ja ciągle widuję ciężarówki z tej twojej firmy?
Codziennie pod moim domem kursują.

Także robię zdjęcie ciężarówce DPD, moim aparatem za mniej niż pięć tysięcy.
Ze skórą nie tak gładką, jak ta Kai Gerber.
W nowych jeansach, bo te z zeszłego roku mnie cisną w pasie.
Robię zdjęcia ludziom, albo temu co mi o ludziach przypomina.
Bo tylko to ma dla mnie jakąś wartość na zdjęciu.

A potem wracam do domu autobusem.
Pełnym ludzi.
Oni stoją.
Siedzą.
Tłoczą się niemiłosiernie, na każdym przystanku przybywa ich coraz więcej.
I więcej.
Aż myślę, że już więcej się nie zmieści.
A każdy z nich ma swoją historię.
Swoje andrzejkowe wróżby, marzenia.
Ten dzisiaj będzie oglądał nowy film Martina Scorsese.
A tamten będzie usypiał trójkę dzieci.
Ta pani idzie na wino z koleżankami do knajpy, w której podają creme brulee palce lizać.
A tamta musi się dzisiaj spakować, bo jutro rano ma samolot prosto do Tel Avivu.

W domu czekają już na mnie moi ludzie.
Kaja podbiega i krzyczy.

– Mama!!!! A dzisiaj w przedszkolu była u nas Wróżka…Tata jak ona się nazywała ta wróżka?

– Estera.

Odpowiada z tajemniczym uśmiechem Maciek.

– Estera!!! Mama!!! Ona była bardzo podobna do cioci Ani z przedszkola, ale wiesz ciocia Ania nie mogła dzisiaj przyjść. Została w domu. Ale za to była prawdziwa wróżka! Estera!

Ach ci ludzie.
Myślę sobie.
Taka na przykład ciocia Ania z przedszkola.
Wróżka Estera dzisiaj.

– I zobacz co ona mi wylosowała z klucza!

Patrzę i widzę jakiś z wosku glut, gruda jakaś no nie wiem co to.

Ale potem jak Kaja już śpi.
Gaszę światło.
Zapalam latarkę.
I do tego od latarki kółka na ścianie przykładam tę wosku bryłę.
Dla mnie to embrion, dla Maćka smok.
Pytam go co Kaja w tym zobaczyła, bo w natłoku kolacji, kąpieli i czytania książeczek zapomniałam zapytać.

– A wiesz Kaja tu widzi przytulające się niedźwiedzie.

Wrzucam nową świeczkę do rondla.
Wyciągam mosiężny klucz z szafy.
Wlewam przez niego roztopiony wosk do zimnej wody.

Zapalam znowu latarkę.
I przykładam do ściany mój kawałek wosku.

Widzę latający dywan.
A na nim dżina.
Który spełni każde moje marzenie.

Myślę sobie co ja bym tak naprawdę chciała.
O czym tak naprawdę marzę.
I chyba nie są to nowe buty z Zalando pasujące rozmiarem.
Ani nowy krem pod oczy, który wygładzi moją skórę niczym u Kai Gerber.
Ani nawet aparat fotograficzny za dziesięć tysięcy.

Tylko ludzie.
Bo w ludziach jest wszystko to.
Czego mi do szczęścia potrzeba.

pilka
życie

Kurs fototerapii

– Jestem Karol.

Powiedział Pan, prowadzący podstawowy kurs fotografii.

Zajmuję się fotografią od dziesięciu lat, a mówię tak już od dwudziestu.
Mam 34 lata.
Niektórzy umieją malować i rysować.
A niektórzy nie umieją.
Wtedy zostaje im fotografia.
Ja rysować nie umiem, więc robię zdjęcia.
Nie mam dzieci, ale wiem doskonale, że Ci którzy dzieci mają.
Te młode matki na przykład.
Robią zdjęcia tak, że ich dzieci są w centrum kadru.
To normalne i całkowicie naturalne.
Może nieciekawe kompozycyjnie.
To wynika z ludzkiej natury.
Że umieszcza się na środku to, co najbliższe sercu.
Dajcie aparat dziecku, zobaczycie jak sfotografuje ulubionego misia.
Potem pokazujecie to zdjęcie znajomym i mówicie, no zobacz jakie to piękne jest.
A tego się tak nie odbiera.
Czasem warto coś odsunąć na bok.
Wtedy zyskuje na wartości.

A teraz chciałbym, żeby każdy z was powiedział parę słów o sobie.

– Jestem Robert.
Mam 47 lat.
Jestem przedsiębiorcą.
Zawsze lubiłem robić zdjęcia.
W tym roku pojechałem z żoną na foto wyprawę do Birmy.
I nagle, ta wyprawa zawodowa, przerodziła się w wyprawę do mojej duszy.
Aparat stał się moim trzecim okiem.
Inaczej spojrzałem na świat.
Na Birmę.
Na żonę.
Te zdjęcia już nie są tylko pocztówką z wakacji.
Bo moje wewnętrzne tęsknoty zaczęły się pojawiać w tych kadrach, w tych ujęciach, i tak w ogóle to poczułem, że chcę czegoś więcej.
Chcę poznać funkcje inne niż automat, żeby nadać tym tęsknotom wymiar lepszy, piękniejszy.
Bo tęsknię za czymś.
Coś mi ucieka.
Mam 47 lat i wiecie.
Chce to złapać obiektywem.
Może pan panie Karolu mi w tym pomoże.
Żeby to złapać co ucieka mi.

– Jestem Beata.
Jestem żoną Roberta.
Byliśmy razem w Birmie.
I tam wszyscy robili taaaaakie piękne zdjęcia.
Że ja też chce bardzo, takie same zdjęcia robić na naszej następnej foto wyprawie.
Czułam się głupio, tak szczerze wam mówię.
Że wszyscy tak z tymi aparatami, a ja po prostu z torebką.
No wiecie bez aparatu.
Rozumiecie.
Ja już tak nie chcę na następnej foto wyprawie, też bym chciałam takie zdjęcia sobie robić piękne.
I w ogóle nie czuć się taka wyobcowana bez aparatu.
Z torebką tylko.
Wiecie.
Beata jestem.

Moja kolej, cholera zawsze jakoś stres mnie dopada w takich sytuacjach, ale biorę łyk zimnej już kawy, z papierowego kubka starbuks.
Duże cappuccino.

I mówię.

– Mam na imię Iwa.
Mam 37 lat.
Z zawodu jestem grafikiem.
Umiem malować i rysować.
Ale fotografować nie za bardzo.
Jestem mamą dwójki dzieci i staram się nie umieszczać ich w centrum kadru.
Właśnie szukam pracy po dłuższej przerwie.
Robię zdjęcia na automacie.
I już więcej tak nie chcę ich robić.
Chce wyjść z trybu auto.
Sama decydować o wszystkim.
Kierować swoim życiem i tym jak wygląda zdjęcie.
Ustawiać parametry.
Nie płynąć z prądem, ale sterować stabilnie ustawieniami.
Przyszłam tu po to, żeby nauczyć się obsługi aparatu.
Nie iść ślepo przed siebie tylko świadomie decydować o efekcie końcowym.

I łyk zimnego cappuccino z papierowego kubka sturbuks biorę.

Obok mnie dziewczyna z tatuażem.
Kolorowy paw na przedramieniu.
Żółte sztruksy, martensy, turkusowe powieki.

– Jestem Kasia.
Mam 19 lat.
Moja mama robi zawsze trzy tysiące zdjęć na wakacjach.
Wszystkie obrabia po nocach.
Sama się nauczyła tego.
Wychodzą świetne.
Każde jedno z trzech tysięcy.
Siostra i brat są w szkole muzycznej.
Puzon i fortepian.
Ja nie chcę być gorsza.
Sama nie wiem co chcę robić w życiu.
Może zdjęcia, może filmy nie wiem.
Nie chcę żeby myśleli, że nic nie potrafię.
Może te fotki mi wyjdą.
Bo lubię oglądać te mamy zdjęcia.
Są takie ładne.
Nie wiem.

– Jestem Jolanta.
Pracuję w ministerstwie w dziale prasowym.
Zostałam tu wysłana z pracy, bo nasz fotograf często choruje.
I wtedy oni mówią.
Jolanta! Bierz aparat! Rób zdjęcia!
A ja nie umiem.
Nie wiem jak się robi zdjęcia.
Klikam na automacie i czasem coś wyjdzie.
Czasem nie wyjdzie.
Więc mnie tutaj wysłali.
Żebym się nauczyła.

– Jestem Leszek.
Mam 57 lat.
Jestem pszczelarzem.
Hodowałem pszczoły, ale niestety nie udało mi się.
Zrobiłem specjalny kurs pszczelarski, żeby im dogodzić.
Tym pszczołom.
Żeby poznać ich potrzeby.
Ale nie przetrwały.
Zdechły niestety wszystkie co do jednej.
No smutek wielki naprawdę.
Mam szóstkę dzieci.
Dla mnie nigdzie już nie jest głośno.
Nawet na koncertach doświadczam ciszy.
Żona wysłała mnie na ten kurs.
Lubię robić zdjęcia dzikich zwierząt i natury.
Za dużo gadam, więc jak będziecie mieli mnie dosyć to dajcie znać.

– No fajnie.

Podsumował pan Karol prowadzący podstawowy kurs fotografi.

– A teraz pokażę wam najdroższe zdjęcie świata.

I pokazał.

Zdjęcie Andreasa Gursky’ego, które sprzedało się za 4,3 miliona dolarów.

– Ile byście dali za te zdjęcie?

– Nic.

Mówię ja.

– O! A dlaczego?

Pyta pan Karol.

– Nie podoba mi się kolorystyka.

Odpowiadam.

Odstawiam na parapet pusty kubek papierowy sturbuks.
Duże cappuccino.

– A ja bym dała dwa miliony.

Odzywa się dziewiętnastolatka z tatuażem pawia.
Żółte sztruksy, martensy, turkusowe powieki.

– A potem sprzedałabym go za cztery.

wilk
macierzyństwo

Wilk

-Mamo…ja się boję, że przyjdzie wilk.

Mówi Kaja.

Już prawie zasypia.
Ale w jej małej główce przed snem biegają wilki, złe macochy i baby jagi.
Czytamy czerwonego kapturka, Jasia i Małgosię, Królewnę Śnieżkę.
Bajki okrutne.
Pełne leśnych strachów.
Złych macoch.
Wróżb i klątw.

Bajki gdzie czarownice zjadają dzieci.
Macochy pragną wyciętych serc swoich pasierbic.
Gdzie babcie zostają pożarte przez wilki.

– Mamo…ja się boję, że przyjdzie wilk.

Mówi Kaja.

– Rozumiem.
Ale wiesz, taki wilk nie da rady wejść do nas do domu.
Nie umie wpisać kodu do domofonu.
Nie zna go po prostu.
I ma za długie pazury, żeby naciskać te malutkie przyciski.
Z lasu ma tu za daleko.
Poza tym teraz właśnie usypia swoje dzieci.
Jest zajęty tym bardzo bo pewnie też czyta im bajki.
I może nawet są to bajki o złych dzieciach.
A małe wilki pytają.
Mamo a czy te dzieci nie przyjdą tutaj do nas do lasu?
Bo my się ich boimy…
One tak głośno krzyczą i machają rączkami.
A mama wilk tłumaczy, że przecież dzieci w nocy nie przychodzą do lasu.
Tylko śpią w swoich łóżeczkach.
I żeby te małe wilczki się nie bały.
To mama wilczyca im kołysanki wyje do księżyca.
Aż one zamkną te swoje zielone wilcze oczka i zasną.
Także się nic nie bój.
One są teraz zajęte i na pewno nie przyjdą do nas.

Na to Kaja przytula swojego pluszowego jednorożca i mówi:

– I po to też mamy właśnie pana ochroniarza.
Nie po to, żeby sobie oglądał świat.

jedenpodrugim
życie

Sto dziewięćdziesiąty szósty po sto dziewięćdziesiątym piątym

Jedno zdanie w wywiadzie z dziewczyną sukcesu przykuło moją uwagę na dłużej.
Na jakieś od dwa lata temu do dzisiaj.
To było takie zdanie mniej więcej, że ona ten sukces osiągnęła nie jeżdżąc windą.
Tylko wchodząc mozolnie, po wielu wysokich i długich schodach.

Inne zdanie jakie zapamiętałam, z innego artykułu ze znaną i cenioną pisarką.
Było o tym, że zanim ją w końcu wydali, to trzysta czterdzieści dwa teksty, które napisała.
Odrzucono.
Niezauważono.
Określono jako nie warte niczego, czego ona chciała, żeby były warte.

O 7 rano Maciek wychodzi z dziećmi do pracy i przedszkola.
A ja w piżamie.
Z brudnymi włosami.
Nieumytymi zębami.

Patrzę na zlew.
Pełen kubków po herbacie.
Misek po mleku z płatkami.
Talerzy.
Łyżek.
Noży oblepionych miodem.

Otwieram zmywarkę zrobioną po nocy.
Pełną czystych kubków po herbacie.
Misek po mleku z płatkami.
Garnków.
Noży oblepionych miodem.
Czekających tylko, żeby odłożyć je na swoje miejsce na szklanych półkach.

Wchodzę do pokoi, gdzie łóżka nie posłane.
Ubrania z wczoraj porozrzucane na krzesłach, podłogach.

W łazience widzę kosz, z wysypującym się praniem.
Czarnym.
Kolorowym.
I białym.

A na suszarkach już suche i czyste ubrania.
Czarne.
Kolorowe.
I białe.
Czekają na złożenie.
Poskładanie.
I odłożenie na swoje miejsca na drewnianych półkach w szafie.
Te skarpetki krzyczące wręcz do mnie żeby dobrać je w pary i odłożyć do szuflady.
Widzę.

Ogarnia mnie niemoc.
Mam ochotę usiąść w piżamie.
Z brudnymi włosami.
Nieumytymi zębami.
I zapaść się w tej niemocy.

Patrzę na kartkę, na której napisałam.
Zrobić zakupy.
Pójść do urzędu.
Wyrobić kartę miejską.
Oddać garnitur Maćka do pralni.
Umówić Kaję do dentysty.

Ogarnia mnie niemoc.

Ale już to znam.
Przeczytałam te zdania kiedyś.
Jakieś dwa lata temu.

Najpierw otwieram okna w całym mieszkaniu.
Zimne powietrze wdycham głęboko.
I ścielę łóżka.
Jedne po drugim.
Układam ładnie poduszki.
Strzepuję kapę, żeby nie było ani jednego zagięcia.

Zbieram ubrania z wczoraj.
Z krzeseł.
Z podłogi.
Jedne po drugich.

Wracam do kuchni.
Odkręcam wodę w kranie i zmywam.
Kubki po herbacie.
Miski po mleku z płatkami.
Garnki po mleku.
Łyżki.
Noże oblepione miodem.
Jeden po drugim.

Po kolei.
Każdy nóż i każdą łyżkę myję.
Cały czas w niemocy.
Myślę sobie, że to się nigdy nie skończy.
Ale w końcu ostatni talerz ze zmywarki ląduje bezpiecznie na szklanej półce.
Jeden po drugim.

Wstawiam pranie.
Dzisiaj czarne.
Jedne po drugim.

Zbieram z suszarek już suche i czyste ubrania.
Czarne.
Kolorowe.
I białe.
Składam je, i odkładam na swoje miejsca, na drewnianych półkach w szafie.
Te skarpetki krzyczące wręcz do mnie żeby dobrać je w pary i odłożyć do szuflady.
Do pary dobieram.
I odkładam.
Jedne po drugich.

Idę pod prysznic.
Myję brudne włosy.
Brudne zęby myję.
Aż znowu są czyste.
Każdy jeden włos myję.
Każdy jeden po drugim ząb.

Ubieram się i wychodzę z domu.
Biorę ze sobą kartkę.
I po kolei.
Robię zakupy.
Idę do urzędu.
Zanoszę garnitur do pralni.
Dzwonię do dentysty.
Wysyłam wniosek o kartę miejską.
Jedną rzecz robię po drugiej.

A potem wracam do domu i piszę ten tekst.
Sto dziewięćdziesiąty szósty po sto dziewięćdziesiątym piątym.
Jeden tekst po drugim piszę.