trawa
życie

Desiderata

Dzisiaj chciałam się z Wami podzielić tekstem nie moim.
Ale za to bardzo mi bliskim.

Wielokrotnie stawiał mnie na nogi w tych gorszych momentach mojego życia.

I wielokrotnie dodawał pewności siebie w tych momentach lepszych.

Ostatnio znowu na niego trafiłam.

I co mogę powiedzieć.
Jeżeli szukacie recepty na życie.
Oto ona:

Desiderata

Krocz spokojnie wśród zgiełku i pośpiechu – pamiętaj jaki pokój może być w ciszy.
Tak dalece jak to możliwe nie wyrzekając się siebie, bądź w dobrych stosunkach z innymi ludźmi. Prawdę swą głoś spokojnie i jasno, słuchaj też tego co mówią inni, nawet głupcy i ignoranci, oni też mają swoją opowieść.
Jeśli porównujesz się z innymi możesz stać się próżny lub zgorzkniały, albowiem zawsze będą lepsi i gorsi od ciebie.

Ciesz się zarówno swymi osiągnięciami jak i planami.
Wykonuj z sercem swą pracę, jakakolwiek by była skromna.
Jest ona trwałą wartością w zmiennych kolejach losu.
Zachowaj ostrożność w swych przedsięwzięciach – świat bowiem pełen jest oszustwa.
Lecz niech ci to nie przesłania prawdziwej cnoty, wielu ludzi dąży do wzniosłych ideałów i wszędzie życie pełne jest heroizmu.

Bądź sobą, a zwłaszcza nie zwalczaj uczuć: nie bądź cyniczny wobec miłości, albowiem w obliczu wszelkiej oschłości i rozczarowań jest ona wieczna jak trawa.
Przyjmuj pogodnie to co lata niosą, bez goryczy wyrzekając się przymiotów młodości.
Rozwijaj siłę ducha by w nagłym nieszczęściu mogła być tarczą dla ciebie.
Lecz nie dręcz się tworami wyobraźni.
Wiele obaw rodzi się ze znużenia i samotności.

Jesteś dzieckiem wszechświata, nie mniej niż gwiazdy i drzewa, masz prawo być tutaj i czy jest to dla ciebie jasne czy nie, nie wątp, że wszechświat jest taki jaki być powinien.

Tak więc bądź w pokoju z Bogiem, cokolwiek myślisz i czymkolwiek się zajmujesz i jakiekolwiek są twe pragnienia: w zgiełku ulicznym, zamęcie życia, zachowaj pokój ze swą duszą.
Z całym swym zakłamaniem, znojem i rozwianymi marzeniami ciągle jeszcze ten świat jest piękny. Bądź uważny, staraj się być szczęśliwy.

Autor: Max Ehrmann

ladniezyc
życie

Ciężko jest ładnie żyć

Jakoś tak mam, że lubię jak jest ładnie.

Lubię chodzić na przykład do Tk maxx bo tam są bardzo ładne rzeczy.
Szczególnie w tym dziale z rzeczami do domu.

Lubię taki sklep co się nazywa Rzeczownik.
Można tam kupić długopisy.
Różne zeszyty.
Notesy.
I papeterie.
No i to wszystko tam jest bardzo ładne.

Lubię chodzić na targi rzeczy ładnych.
Bo sama nazwa wskazuje co tam można zobaczyć.

Przyznam się, że czasem kupię jakąś książkę bo mi się bardzo podoba okładka.
Magazyny i gazety kolekcjonuję namiętnie.
Tylko te ładne oczywiście.

No tak jakoś mam, że lubię w domu się otaczać ładnymi przedmiotami.

Płyn do mycia naczyń.
Zamiast w plastikowej butelce z napisem ludwik czy inny morning fresh.
Przelewam do szklanego dozownika.
Tak samo jak mydło do rąk w łazience.

Puste butelki po wodzie wrzucam do specjalnego miętowego kosza.
Który jest ładny.
I w którym tych pustych brzydkich butelek nie widać.

No takie tam wiecie.
Różne triki stosuję żeby było ładnie.

Pół roku Maćka męczyłam o zawieszenie suszarki na pranie nad wanną.
Bo niesamowicie mnie denerwowała rozstawiona suszarka na środku salonu.
Dzień w dzień.
Pomimo umowy, że to tylko na czas prania.
Ale jak się robi codziennie pranie to taka jest rzeczywistość.
Brzydka.
W postaci wiszących na środku salonu spranych różowych gaci z napisem sweet.
Które kupiłam sobie kiedyś w Viktoria’s Secret.

Mój mąż też lubi jak jest ładnie.
Ale nie dogadujemy się tutaj jeden do jednego.

Dla niego żyć ładnie to znaczy na przykład.
Że jak myje samochód to trwa to trzy dni.
Pierwszego dnia go myje.
Drugiego go odkurza w środku.
A trzeciego go poleruje jakimiś woskami.
I to jest dla niego ładnie.

A mi wystarczy ten pierwszy etap.
Plus jakaś fajna zawieszka zapachowa.
Na przykład ostatnio kupiłam bardzo fajną w kształcie świeczek yankee candle o zapachu wanilii.

Dla Maćka niedopuszczalna jest taka sytuacja.
Że jak on wiesza roletę w pokoju Kajki.
To ta po zwinięciu jest dwa milimetry wyżej po lewej stronie niż po prawej.
Więc on to poprawia tak długo.
Aż ja zdążę zrobić obiad, odkurzyć i powiesić pranie.
W poniedziałek, wtorek i środę.
I dopiero wtedy to jest dla niego akceptowalnie ładnie powieszona roleta.

Dla mnie ładnie żyć to znaczy na przykład.
Że jak obieram ogórki na mizerię.
Albo jem bób lub czereśnie prosto z miski.
To obok kładę sobie miseczkę na obierki i pestki.
I zaraz jak skończę to to wyrzucam do kosza.

A dla mojego męża ta miseczka jest zbędna.
On uważa, że w tej roli pojemnika na pestki obierki i inne skórki.
Świetnie się sprawdza blat kuchenny.
I że może to potem tam leżeć bez problemu pare godzin.
Dopóki ja tego nie wyrzucę.

Tak więc różnice między nami pewne są.

Była ostatnio taka sytuacja.
Wieczorem.
Gdy ja usypiałam Kaję.

Bo my tak mamy zazwyczaj.
Że usypiamy dziecko na zmianę.
Chyba, że jest jakaś ważna sprawa.
Na przykład kawa z przyjaciółkami.
Albo manicure.
To wtedy wiadomo.
Maciek usypia.
No ale tego dnia akurat była moja zmiana.

Kaja miała jakiś gorszy dzień.
I trwało to mniej więcej godzinę i dwadzieścia trzy minuty aż wreszcie zasnęła.

Ja zdążyłam w tym czasie opowiedzieć dziecku bajkę o marynarzu i jego dwóch kotach.
Jedną ręką trzymać maleńką rączkę.
A drugą przejrzeć ulubione profile na instagramie od roku 2013.
Zrobić w głowie listę gości i szczegółowe menu na urodziny Kajki.
Policzyć wszystkie włosy na lewym przedramieniu.
I napisać maila do administracji w sprawie kotów, które załatwiają się w piaskownicy.

Po tak wyczerpującej godzinie i dwudziestu trzech minutach udałam się do salonu.
Gdzie to zastałam mojego męża wyobraźcie to sobie na kanapie.

Mąż leżał.
Obok niego stało otwarte piwo Tyskie.
Zero trzy butelka.
A w rękach on trzymał gazetę.

I nie byłoby w tym niczego dziwnego.
Gdyby nie to, że wokół niego był istny Grunwald po bitwie.

Wszędzie rozwalone książeczki.
Klocki.
Lalki.
Oraz misie.

Na stole resztki kolacji.
Nawet masło w połowie już płynne nadal stało poza lodówką.
Piach z piaskownicy na podłodze roztargany.
I kawałek pomidora wtarty w dziecięce krzesełko.

Nie do wiary myślę sobie.
Jak on tak może leżeć.
I się relaksować na tej kanapie.
Piwo pić Tyskie zero trzy butelka.
I gazetę czytać.
Gdy wokół niego taki się roztacza nieład.

Jak on tak potrafi nie widzieć tego.
Nie przejmować się tym bałaganem.
Odpoczywać sobie.
Gdy wokoło jest tak nieładnie.
No jak?

Pytam go.
W tym jednym pytaniu cały swój zawierając żal do niego i niepokój o stan jego psychiki.

Maciek, ale co się stało?

A on na mnie patrzy i mówi:

Nic się nie stało.
Piwko sobie piję.

I bierze łyka tego piwa Tyskie.
Zero trzy butelka.

total_fitness
macierzyństwo

Total fitness

Wstałam rano.
To znaczy o czwartej rano wstałam jak zwykle ostatnio.
Nie wiem co jest z tym moim o czwartej rano wstawaniem.

Doturlałam się do łazienki.
Potem na kanapę w salonie.
I przy na oścież otwartych drzwiach tarasowych.
Oddałam się lekturze książki pod tytułem „Rodzeństwo bez rywalizacji”.

Czuję bowiem pewną presję otoczenia.
Która jest na mnie wywierana.
Poprzez komentarze typu.
Ojjj to Kaja będzie zazdrosna.
Lub.
Musisz jej kupić jakiś prezent od dzidziusia bo inaczej będzie zazdrosna.
Lub.
Kaja może się z zazdrości cofnąć w rozwoju i wrócić do fazy raczkowania.

Więc czytam jak tego uniknąć.
Jak zapobiec cofnięcia w rozwoju, kupowania prezentów i ogólnej zazdrości u mojej córki.

Następnie wstaję bo czuję głód.
Gotuję jajka na miękko.
Kroję chleb.
Pomidory.
Ogórki.
Wyjmuję z lodówki masło i tę pyszną szynkę.
Wstawiam wodę na herbatę i idę się myć.

Pod prysznicem wykonuję niesamowite wygibasy.
Żeby umyć na przykład stopy.
Albo ogolić nogi.
To już w ogóle wygibasy nie z tej ziemi wykonuję.
W tym ósmym miesiącu ciąży.

Oni powoli wstają.
Więc robię dla Kajki mleko.
Ścielę łóżka.
Nakrywam do stołu.

Po śniadaniu sprzątam.
Chowam do lodówki masło.
Schylam się żeby pozbierać okruchy pod Kajki krzesełkiem.
Potem ledwo się podnoszę z tymi okruchami.

Moje dziecko chce układać puzzle.
A tak sobie wymyśliło.
Że najlepiej się to robi na podłodze.
Więc znowu schylam się i opadam w dół, żeby usiąść obok.

Puzzli mamy cztery rodzaje.
Każde układamy w innym punkcie salonu.
Akcję opadania i dźwigania się z podłogi wykonuję cztery razy.

Jest ósma rano.
Temperatura około 25 stopni.
A więc ostatnia szansa żeby wyjść z domu.
Na przykład po mięso mielone na obiad.
Do nafaszerowania tych cukinii.
Co to z babcinej działki przywieźliśmy w weekend.

Dziecko krzyczy kupę.
Wiec lecimy na nocnik.
Tam znowu akcja opadanie.
A potem dźwiganie.
Zmiana pieluchy.
I możemy wychodzić.

Toczę się po chodniku do sklepu.
Żeby kupić to mięso mielone.
Pcham przed sobą wózek.
Z dwunastokilową zawartością.

Do mięsnego podjazd jest tak zrobiony.
Że w te metalowe płozy przyklejone do schodów.
Się mój wózek nie mieści.
No nie mieści się skubaniec za Chiny.
Walczę z nim.
Próbuję te kółka na odpowiednie tory wcisnąć.
W końcu jakaś pani pomaga widząc moją sytuację tragiczną.
Jak to z wielkim brzuchem.
Nieforemnym wózkiem.
I dzieckiem w środku.
Się szarpię na schodach mięsnego.

Wracając zahaczamy o fontanny.
Kajka chce wyjść z wózka i zamoczyć rączkę.
Kończy się zamoczeniem rączki.
Sukienki.
Pieluchy.
Wózka.
Oraz mięsa mielonego.
Co to chce nim te cukinie z babcinej działki nafaszerować.

Po krótkiej szamotaninie.
Udaje mi się wyciągnąć Kajkę z fontanny.
I wcisnąć jakoś do wózka.

Temperatura już około 30 stopni.
Jestem na nogach już od 6 godzin.
Dochodzi godzina 10 rano.
Do tej chwili gdy się na chwilę chociaż położę zostało jeszcze 10 godzin.

Toczę się tak w tym ósmym miesiącu ciąży.
Z mokrym wózkiem.
Dzieckiem.
I mięsem.
Złachana jak pies Lassie w ostatnim etapie swojego powrotu do domu.

Aż tu nagle przede mną dwie dziunie.
Takie wiecie z siedemnaście lat.
Bluzki do połowy brzucha z napisem kiss my ass lub i like strawberry margaritas.
W szortach mniej więcej o wykroju majtek.
I takich białych adidasach na dwudziestocentymetrowej podeszwie.

I one wyobraźcie sobie.
Obie zamiatając długimi do ziemi włosami.
Bez ani jednej kropli potu na idealnych twarzach.
Podchodzą do mnie sprężystym krokiem sarny.

Wyciągają pobrzękujące pierścionkami dłonie.
Wciskając mi jakąś ulotkę.
I mówią.

Zapraszamy na darmowe zajęcia Total fitness!

Patrzę się na nie przez chwilę.
Poprawiam koszulkę na brzuchu.
Bez żadnego na niej napisu.
I mówię.

A nie. Ja za takie zajęcia dziękuję.

kotwica1
wierszyki

Tego dnia

Tego dnia wszystkie matki obierając ziemniaki
Cięły obierki grubsze niż zwykle
Tak im się ręce trzęsły
Że niektóre wolały ugotować ryż

Tego dnia kierowca tramwaju
zapomniał się zatrzymać
na jednym przystanku

Tego dnia rano młodzi
Przeglądając się w lustrze
Uśmiechnęli się do siebie
Pierwszy raz od dawna

Tego dnia mucha
Od upałów nieprzytomna
Siadając na rozgrzanym murze
Czuła jak pulsuje

Tego dnia słońce
Świeciło tak mocno
Jak mocno biło serce
Każdego Warszawiaka

Tego dnia wszystkie matki obierając ziemniaki
Cięły obierki grubsze niż zwykle