teczowykot
życie

Tęczowy kot sąsiadki

Mieszkamy w mieście.

Na betonowym osiedlu.

W betonowym bloku.

W betonowym mieszkaniu.

 

Uparłam się dzięki Bogu kiedyś.

Przy zakupie mieszkania.

Że chcę mieć duży taras.

Na którym, będzie coś poza betonem.

Niebo niebieskie.

I rośliny zielone.

W drewnianych dużych donicach.

 

I teraz na tym tarasie, nasze życie poza mieszkaniem się dzieje.

Jeździmy na rowerku.

Biegamy od barierki do barierki.

Wyrywamy chwasty.

Puszczamy bańki.

I po prostu oddychamy.

Patrzymy w niebo niebieskie.

Podlewamy zielone rośliny.

I trochę od tego betonu odpoczywamy.

 

Ten nasz wymarzony taras graniczy z tarasem sąsiadki.

Która ma kota o imieniu Bruno.

Bruno od zawsze nie widzi żadnego problemu, żeby przeskakiwać płot rozdzielający naszą część, od części nie naszej.

I ewidentnie uważa całość tarasu za swoją.

 

Wyleguje się na naszym stole.

Poluje na nasze mrówki.

Potrąca łapą nasze tarasowe kurze.

Drapie z euforią nasze drewniane donice.

 

I właśnie dzisiaj gdy siedzieliśmy sobie na podłodze.

Turlając do siebie gumową piłkę ze Świnką Peppą.

Ja do Kai.

Kaja do Jasia.

Jaś do mnie.

Ja do Kai.

Kaja do Jasia.

Jaś pod szafkę.

 

Kot przylazł.

 

Podszedł do drzwi tarasowych.

Spojrzał na naszą gromadkę zebraną na podłodze.

Z typowo kocią pogardą.

I jak to kot.

O imieniu Bruno.

Walnął się swoją szaro srebrzystą sierścią na nasze płyty tarasowe.

 

Dzień wcześniej.

Czyli we wtorek.

Dzieciaki dostały do swoich czterech rączek.

Pomazanych flamastrami.

Ufajdanych budyniem śmietankowym.

Całe pudełko kolorowej kredy.

 

Co się skończyło tym, że każda płyta tarasowa.

Każdy betonowy kwadrat, udekorowany został rysunkiem.

Pomarańczowego Mikołaja w czapce z workiem pełnym prezentów.

Kwiatków wiosennych żonkili.

Stokrotek.

Tulipanów różowych.

I niebieskich chmurek.

Powstał nawet zielony dinozaur.

Przez Maćka narysowany.

Na specjalne Jasia życzenie.

Słoneczko.

I kolorowe tęczowe napisy.

Niezręczną czcionką przez Kaję pisane.

 

No i ten kot o imieniu Bruno się walnął.

Swoją szaro srebrzystą sierścią.

Na te rysunki właśnie kredowo tęczowe.

Walnął się i się zaczął w tym tarzać skubany.

Puchatym grzbietem.

Łapkami do góry.

Ogonem srebrzystym zamiatał.

Kredowe, tęczowe rysunki.

Słońce świeciło mocno.

Wiosenne powietrze przyjemnie w kocie wąsiska smyrgało.

Więc kot o imieniu Bruno, zadowolony był bardzo z tego tarzania.

 

A my porzuciliśmy aż nasze turlanie gumowej piłki ze Świnką Peppą.

Ja do Kai.

Kaja do Jasia.

Jaś do mnie.

Ja do Kai.

Kaja do Jasia.

Jaś pod szafkę.

 

Żeby tę jego euforię wiosennego tarzania zobaczyć.

 

I tak się tarzał.

I tarzał.

I tarzał.

Aż w końcu wstał.

Już zupełnie nie szaro srebrzysty.

Ale totalnie kredowo tęczowy.

Pomarańczowo, żółto, zielono, niebiesko, różowy.

I przeskoczył na nie naszą stronę tarasu.

Żeby zdążyć na drugie śniadanie i drzemkę.

Na białej, nubukowej kanapie sąsiadki.

 

A my pośmialiśmy się trochę z tęczowego kota o imieniu Bruno.

I wróciliśmy do turlania piłki ze Świnką Peppą.

 

Ja do Kai.

Kaja do Jasia.

Jaś do mnie.

Ja do Kai.

Kaja do Jasia.

Jaś pod szafkę.

 

 

 

 

 

 

magicznekamienie2
życie

Spokój z koroną na głowie

 

Gdy zjem za dużo czekolady.

Zagryzam jarmużem.

 

Wyciskam soki z grejpfrutów.

By potem popić je winem.

 

Dezynfekuję ręce.

Klamki.

Telefony.

 

Dezynfekuję swój umysł.

Z nadmiaru wiadomości.

 

Piszę do znajomych.

 

Jak się czują?

Czy zrobili dzisiaj pierogi?

Czy mielone z indyka?

Czy grali dzisiaj w chińczyka.

 

Pytam.

 

Ja im polecam zupę.

Z gruszki i pietruszki.

Potem.

Sałatkę jarzynową z resztek z tej zupy.

 

Gdy krzyknę na dzieci.

Przepraszam.

 

Gdy za dużo myślę.

Robię po raz pierwszy w życiu kopytka.

 

To mi zajmuje dwie godziny.

Rozterka.

Czemu muszę dosypać dwa razy tyle mąki.

Niż napisali w przepisie?

Dzwonię do teściowej aby wyjaśnić tę zagadkę.

 

Gdy nie mogę patrzeć już na męża.

Patrzę na zdjęcie ze ślubu.

Na którym on patrzy na mnie.

A  ja na niego.

Więc zerkam.

Siedzi obok.

Taki sam jak wtedy.

 

Gdy nie mogę już słuchać wiadomości.

Włączam ulubioną piosenkę.

Tę którą słuchałam.

Na koncercie w Mediolanie z najlepszymi przyjaciółkami.

Wysyłam im linka do niej.

 

Robię pranie.

Skarpetki, majtki, rajstopy.

Rozwieszam.

Zdezynfekowanymi rękami.

 

Maluję z córeczką magiczne kamienie.

Obsypuję je potem brokatem.

Niebieskim.

Złotym.

I oczywiście różowym.

 

Bawimy się w Krainę Lodu.

Zakładam na głowę koronę.

I z tą koroną na głowie.

Siedząc na miękkim dywanie.

Znajduję gdzieś w sobie spokój.

 

 

 

 

sen
macierzyństwo

Sen

-Mamo zgadnij co mi się śniło?

 

Pyta Kaja.

Siedzimy przy stole i jemy obiad.

Ja makaron z cukinią.

Ona naleśniki z dżemem.

Od paru dni gorączkuje, więc siedzimy w domu.

 

-Może ci się śniło, że jesteśmy w górach i jeździcie z Jasiem na sankach?

 

-Nieeee.

 

Mówi Kaja krojąc naleśnika na gigantyczne kawały i wpychając jednego z nich do buzi.

 

-To może śniło ci się, że jesteś w cukierni i jesz lody z kolorową posypką?

 

Próbuję zgadywać dalej.

 

-Nieee.

 

Kaja z zadowoleniem oblizuje z brody dżem truskawkowy.

I nabija kolejną porcję naleśnikowego rulonu na swój różowy widelec.

 

-No to może znowu śnił ci się Tymek z przedszkola, jak płakał gdy mu zabrałaś żółtego kwiatka?

 

Mówię lekko zniecierpliwiona tą zgadywanką.

A motyw z płaczącym Tymkiem powtarzał się już kilka razy, więc istnieje prawdopodobieństwo trafienia.

 

-Nieee.

 

Kaja widząc moją znudzoną minę, delikatnie podpowiada.

 

-To się zaczyna na NIC!

 

-Acha. Hmmmmmm. No to może NIC ci się nie śniło?

 

-Taaaaak!

 

Kaja rozpromienia się, cała ufajdana dżemem, z buzią pełną naleśnika.

Przełyka.

Popija wodą.

I pyta.

 

-Ale skąd wiedziałaś?

 

ksiazki
książki

Dwie książki na wiosnę

W powietrzu czuć  już trochę wiosnę.

W lidlach i biedronkach codziennie dostawy żonkili i hiacyntów.

A w ludzkich głowach rześki wiatr i promienie słońca budzą różne pomysły.

Takie jak na przykład zrobienie porządków.

Albo takie jak na przykład zadbanie o siebie fizycznie i duchowo.

W mojej głowie pojawiły się oba te przykładowe pomysły już jakiś czas temu.

Więc zaopatrzyłam się w worki na śmieci, i dwie adekwatne do sytuacji książki.

 

Pierwsza to „Słowa mocy” mojej ukochanej Agnieszki Maciąg.

Książka jest super do czytania w łóżku wieczorem.

Akurat po jednym rozdziale.

Aby zasnąć ukołysanym ciepłem i dobrem, płynącym z każdego zdania.

Mnie książki Agnieszki niezmiennie utulają, pocieszają i napawają pozytywną energią.

To są takie moje comfort books.

W jednym rozdziale Agnieszka proponuje ćwiczenie.

Odkąd je wykonałam nie mogę o nim zapomnieć.

Tak wiele mi ustawiło w głowie.

Jest fenomenalne.

A zresztą zróbcie je sami:

 

„Zamknij oczy, zrelaksuj się i całkowicie odpręż.

Teraz wyobraź sobie, że stoisz na dachu wieżowca.

Między nim a dachem sąsiedniego budynku umieszczono kładkę.

Poniżej rozpościera się przepaść, a kładka jest chwiejna.

Na drugim końcu tej kładki znajduje się tysiąc dolarów.

Czy zaryzykujesz życiem, aby zdobyć te pieniądze?

(…)

Więc wyobraź sobie sto tysięcy dolarów. A następnie milion.

(…)

Następnie wyobraź sobie, że na końcu tej kładki stoi twoje dziecko, które bez twojej pomocnej dłoni może zginąć…”

 

Druga książka to „Sztuka prostoty” Dominique Loreau.

Czaiłam się na nią już od dawna, ale wyczerpał się nakład.

Teraz w nowym, pięknym wydaniu leży u mnie na biurku.

Już pierwsze strony zaganiają czytelnika w kierunku szafy aby wyrzucić wszystko co zbędne.

Jednocześnie nie ma tu namawiania do życia w pustostanie i chodzenia w jednej, białej koszuli.

To co mnie urzekło to cytat, który jak dla mnie jest kwintesencją tej książki.

 

„Jeżeli jako cały majątek

pozostaną ci tylko dwa chleby,

sprzedaj jeden z nich i za kilka groszy

kup hiacyntów, by nakarmić swą duszę.”

 

Także lećcie z wiosennym wiatrem do księgarni.

A przy okazji wpadnijcie do lidla lub biedry, nakupować hiacyntów!