carpenter-close-up-hands-374861 (1)
macierzyństwo

Złota rączka

Czytam Kai Basię, tę część o remoncie.

Ma tam przyjść pan „złota rączka”.

Mówię do Kai:

– Wiesz Kaja, złota rączka to jest takie określenie kogoś, kto umie wszystko naprawić.

Czytamy dalej.

Na następnej stronie widać pana „złotą rączkę” i jego dwie ręce.

Kaja pyta:

– Mama, a która ręka tego pana jest złota? Ta czy ta?

Pokazuje najpierw lewą, potem prawą.

– Żadna.

Mówię.

– To jest tylko powiedzenie, określenie tylko.
Tak się mówi, na kogoś kto umie wszystko zrobić, naprawić.
Ten pan tak naprawdę ma normalne ręce, nie ze złota, tylko takie same jak ja albo ty.
One są po prostu bardzo zdolne te jego ręce.
A „złota rączka” to tylko nazwa.
Przymiotnik, wyrażenie takie.

– Acha.

Kaja kiwa ze zrozumieniem głową.

– Ale mama, to która ręka tego pana jest złota? Ta czy ta?

– Ta.

Mówię.

I pokazuje na lewą.

adorable-animal-animal-photography-436793 (1)
życie

Jedna wielka bzdura na urodziny

Jest teraz taki trend w internecie, że się na urodziny pisze posty urodzinowe.
Jak to się dziękuje i cieszy, że jest jak jest.
Jak to się wreszcie odnalazło spokój duszy i spełnienie w życiu.
Jak to się wreszcie pozbyło kompleksów, pokochało siebie, polubiło swoje wady.
Jak to się już wszystko ma i niczego się więcej nie chce.

Bo jak można chcieć więcej, skoro w domu zdrowe dzieci.
Aniołki,najcudowniejsze co nas spotkało.

Że już wiemy żeby nie kupować trzech swetrów za stówę w terranovie tylko jeden za pięćset z organicznej wełny merynosa.
Że już nie kajzerka z serem, tylko żytni domowej roboty z awokado.
Że mięso raz w tygodniu i to tylko z bio hodowli.
Że już znamy siebie na tyle, że potrafimy w każdej chwili się zatrzymać i powiedzieć – stop nie dam się sprowokować.
Uśmiechnę się w zamian, oddychać będę głęboko i przejdę przez tę sytuację w spokoju.

Taka jest teraz moda, że trzeba pokochać swój obwisły brzuch i rozstępy po ciąży.
Siwych włosów, podkrążonych oczu, i niepomalowanych paznokci nie wstydzić.

Że w te urodziny to się już osiąga stan totalnego uwielbienia siebie, i swojego życia.
Oraz stan ogromnej wdzięczności, spełnienia marzeń i braku chęci powrotu do życia sprzed lat.

Co mogę powiedzieć?

Że najzwyczajniej w świecie jest to jedna wielka bzdura!

Ja aktualnie ledwo żyję.
Od dwóch miesięcy cała nasza czwórka choruje na coś na zmianę, przez co prawie każdy weekend kiblujemy w domu.
Wczoraj w windzie zauważyłam, że mam już znowu milion siwych włosów, a blond za pięćset złotych od najlepszej na świecie fryzjerki celebrytek zamienił się w sraczkowato-rudy.
Moje podkrążone oczy i popękane naczynka nijak nie wyglądają pięknie.

Zakupy robię głównie w biedronce bo nie mam kasy na eko sklepy.
Kupuję kajzerki bo nie mam czasu żeby piec żytni chleb a moje dzieci i tak go nie lubią bo jest dla nich za twardy i kwaśny.

Marzę o chwili dla siebie, o przespanej nocy o tym żeby mieć więcej kasy i pojechać sobie na wypasione zakupy.
Wywalić stare dresy, kupić nowy płaszcz, buty, jeansy, majtki, sweter z merynosa.
Pójść do kosmetyczki, fryzjera, na masaż.
Wybielić zęby, wydepilować bikini, znaleźć fajną pracę, do której będę lubiła chodzić.

Zamienić samochód na większy, żeby te wszystkie sto tysięcy rzeczy, które trzeba wszędzie ze sobą targać z dziećmi zmieściło się bez problemu.

Marzę o tym, żeby wyprowadzić się z Warszawy mieć duży dom z ogrodem, kominek, wygodną kuchnię i białą łazienkę.
Schudnąć pięć kilo albo nawet siedem.
Przeczytać stos czekających książek.
Ćwiczyć regularnie jogę.
Pójść na kurs fotografii.

Mieć z mężem wreszcie chociaż weekend dla siebie, albo do kina pójść z nim pierwszy raz od trzech lat.

W moje urodziny marzę o wielu rzeczach, mam wielu rzeczy dosyć, nadal używam plastikowych słomek jem nieekologiczne mięso i czasem kupię coś z poliestru.

Zdarza mi się podać na obiad paluszki rybne a na śniadanie słodkie płatki i serek danio.
Jedyne co mam przy tym to większe wyrzuty sumienia niż kiedyś.

Jutro kończę trzydzieści sześć lat i mogę szczerze powiedzieć, że faktycznie wiem więcej.
Mam o wiele więcej i chcę więcej.
Dziękuję za to co mam i proszę o to czego jeszcze nie mam.
Wiem na ile mnie stać i może kiedyś będzie mnie stać na więcej.
Kocham swoje dzieci i dumna jestem, że udało mi się je utrzymać przy życiu.
Cieszę się, że nadal ze wszystkich mężczyzn, najbardziej lubię swojego męża.
Że mam od lat te same przyjaciółki, które tak jak ja nie lubią swojego cellulitu, dają dziecku nutellę i średnio raz dziennie mają wszystkiego dosyć.

Myślę, że nie zamieniłabym się z tymi zadowolonymi z siebie kobietami, w białych swetrach z merynosa.
Bo najzwyczajniej w świecie im nie wierzę.
Bo najzwyczajniej w świecie jest to jedna wielka bzdura!

porsche copy
życie

Nie masz porsche #uswiadomtosobiesobie

Życie jest dokładnie takie jakie jest.

Jak jest zimno to jest zimno.
Jak jest ciemno to jest noc.
Jak jest głośno to jest sylwester albo nie daj Boże wojna.
Jak masz takie włosy, że zawsze ten jeden kosmyk na lewo to nie obcinasz grzywki i już.

No jest jak jest ale nie każdy to rozumie.

Czasem nam się wydaje, że jak nie mamy porsche to tak naprawdę je mamy.
A nie mamy.
Nie mamy tego porsche tylko mamy forda albo toyotę.
No chyba, że mamy porsche to co innego.

Czasami mamy resztki obiadu w zlewie.
I pełen kosz prania.
A udajemy, że nie mamy.
Zdjęcia robimy gdzieś z daleka od tego kosza.
Albo u sąsiadki w mieszkaniu.
I pokazujemy innym o zobacz jak ja nie mam zupełnie w domu kosza z praniem.

Albo jemy hot doga na stacji.
Z sosem majonezowym i ketchupem.
Następnie snikersa i to wszystko popijamy colą.
A potem z koleżanką na lunchu zamawiamy jarmuż z jarmużem w sosie jarmużowym.
I z zazdrością wwąchujemy się w zapach salami parujący z pizzy obok.

Wieczorem w dresie rozwaleni na kanapie przez pięć dni w tygodniu milczymy.
Aby w sobotę wrzucić na fejsa zdjęcie z wystawy.
Albo najlepiej z Londynu czy innego Dubaju.
A wygnieciona kanapa już gorsza jest.
Mniej fotogeniczna.

Soki, koktajle w kolorze zielonym oraz puddingi chia wszelakie.
Prezentują się o niebo lepiej niż poczciwa kaszanka i pomidorowa.

Furrorę robią zdjęcia z hasztagiem #nofilter oraz #nomakeup.
Albo moje ulubione #iwokeuplikethis.
I te osoby się rozumiecie budzą przepiękne.
Może lekko potargane z rozchyloną dolną wargą i lśniącym spojrzeniem.
No ja się tak nie budzę.
Ja się budzę ostatnio o piątej rano jak córeczka moja na całe gardło krzyczy „mama tajemy!”
I wyglądam jak taka aktorka, która grała w Blair Witch Project tę główną bohaterkę, której nastolatki szukały po lesie.

Dzieci moje nie tańczą baletu.
I nie biegają po łące w lnianych sukienkach.
A za to mają gile w nosie.
Przetarte kolana w szarych dresach.
Jedzą cukier prosto z cukiernicy.
I wczoraj wrzuciły szczotkę do zębów do sedesu.
Zanim zdążyłam spuścić wodę.

Jest jak jest i nie oszukujmy się, że mamy porsche jak nie mamy.
No chyba, że mamy porsche to co innego.

marchewka
życie

O tym jak kupiłam marchewkę dla pani z przedszkola

Ostatnio sporo sobie myślę.
Chodzę, dużo spaceruję sobie.
Marzną mi uda.
Miksuję pesto z zielonej pietruszki.
Staram się jeść mniej słodyczy.
I mniej wydawać pieniędzy.

Zapisałam się na fizjotrening.
Tam są takie małe piłeczki z kolcami, które podkładamy sobie pod plecy i się na nich turlamy.
To jest fajne.
Trochę boli.
A trochę to jest tak, że czujesz wreszcie, że coś czujesz.
Skupiasz się na tych piłeczkach i na tym bólu i to jest tylko Twoje ten moment i ten ból jest tylko Twój.

Dzisiaj byłam w dwóch biedronkach.
Po taką marchewkę z czekoladkami Lindt’a.
Kupiłam wczoraj taką w prezencie dla pani z przedszkola.
No i jak ją kupiłam to od razu żałowałam, że nie kupiłam drugiej dla nas.
Bo w środku były czekoladowe króliczki, czekoladowe biedronki, czekoladowe robaczki i czekoladowe marchewki na patyczku.

No i tak tego żałowałam, że pomyślałam, że w sumie to po co będziemy tej pani z przedszkola tę marchewkę dawać.
Że przecież możemy jej nic nie dawać.
Albo po prostu dać jej z okazji Świąt coś innego.
Tylko, że czegoś innego akurat u nas w domu nie było a było już za późno żeby to coś innego kupić.
Więc finalnie dzisiaj rano marchewka pojechała do przedszkola.
A ja pędem poleciałam do biedronki.

W tej samej biedronce, w której jeszcze wczoraj było całkiem dużo marchewek, dzisiaj nie było już żadnej.
Kupiłam więc czekoladowego królika i poszłam do drugiej biedronki jakieś dwa kilometry dalej.

W drugiej biedronce również nie było marchewki natomiast były duńskie ciasteczka w pięknych kolorowych puszkach, jedyne sześć złotych za sztukę.
Wzięłam żółtą, niebieską i różową.
Fioletową sobie darowałam bo już bez przesady z tymi słodyczami.

Jednakże moje dziecko bardzo było rozżalone brakiem marchewki w obu biedronkach.
A tym samym brakiem owej marchewki w naszym domu.
Tak więc dałam się namówić jeszcze na szybki kurs do Piotra i Pawła gdzie o niebiosa marchewka była.
Parę złotych droższa niestety ale jak się powiedziało Piotr to trzeba powiedzieć Paweł.

Takim oto sposobem na te Święta mamy wymarzoną marchewkę Lindt’a a także czekoladowego królika oraz trzy puszki duńskich ciasteczek.
Niebieską, żółtą oraz różową.

A jutro polecę chyba po tę fioletową bo trochę zaczynam żałować, że jej nie kupiłam.