1wrzesnia
coś pysznego, życie

1 września i powidła śliwkowe

Poszłyśmy z Kają po śliwki, bo już od paru dni, planowałam powidła.
Pogoda taka ładna, więc poszłyśmy dalej. Do parku.

Pogoda ładna, w parku tłumy. Wokół parku też tłumy. Tłumy dzieciarni na galowo ubranej.
Do lodziarni kolejki, w sklepie z zabawkami oblężenie.
Karuzele, huśtawki, zjeżdżalnie oblepione żywą masą.

Rodzice ciągani za ręce w stronę waty cukrowej. Kaczek.
Pana, który gigantyczne bańki mydlane, długim sznurkiem na kiju produkuje.

Uśmiechnięte dziecięce twarze, umorusane lodami, piegowate, szczerbate.
I dumni rodzice, mamusie z tuszem lekko rozmazanym i rozwianym włosem, tatusiowie w koszulach wygniecionych od przytulania i usmarkanych rękawach.
Dam sobie głowę uciąć, że też lekko wzruszeni choć bez tuszu na rzęsach, który mógłby ich zdradzić.

I tak ich mijając, natknęłam się na chłopczyka, w garniturze za dużym o rozmiarów kilka.
Jak szybko przez pasy, ze spuszczoną głową przechodził.

I smutek bił straszny, spod czupryny jasnej, dawno nie ostrzyżonej.

I jakoś tak mi się bardzo przykro zrobiło, że są takie dzieci wsród nas.
Że są takie dzieci, z którymi nikt na początek roku szkolnego nie poszedł.
I nie ważne czy to ten pierwszy raz, czy drugi czy trzeci.

I nie ważne, ze może tego wstydu mniej, bo mama nie dała buziaka i żuczkiem przy kolegach nie nazwała. I krawata/spódniczki po raz stopiętnastyosiemnasty poprawić nie musiała, akurat jak się z nowym kolegą/koleżanką, o kapslach/naklejkach, rozmowę fascynującą zaczęło.

Bo ten, kto sam przyszedł, dużo by dał, i kapsle i wszystkie naklejki świata za tego krawata przy wszystkich, po stokroć poprawianie.

Tak mi się żal tego chłopczyka zrobiło, i humor miałam już zsiadły. Że jak to, na lody nikt go dziś nie zabierze. Że jak to, nikt go dzisiaj bohaterem nazywać nie będzie.
A potem się w głowę pukać zaczęłam. Bo co to ja jestem wyrocznia jakaś.
Skąd ja to wiem, ze on tych lodów, ze tego krawata.

A może on na chwile tylko po tych pasach wracał.
Minę miał smętną, bo mu ojciec kazał iść jeszcze raz do parku, po zegarek plastikowy co zgubił.

A zamiast na lody, to on tego zegarka szukać musiał.
A to nie lada wyzwanie, bo taki zegarek to już dawno ktoś mógł zwinąć z parkowej alejki.

I pewnie Ci rodzice, czekają w kawiarni na niego, aż on z tym zegarkiem wróci.
Wtedy mu największy puchar lodowy zamówią, z bitą śmietaną i w kształcie klucza wiolinowego ciasteczkiem.

I jak on wróci bez zegarka, ze łzami w oczach, to oni mu nowy obiecają kupić, i że przecież dziś dzień jego jest, i on jest bohaterem.

A ten garnitur za duży, to tak na wyrost kupiony, babcia z rozmiarem nie wcelowała, jak oni w Chorwacji się świetnie bawili.

A te włosy za długie, to przez to, że do fryzjera on chodzić nie lubi. A ciotka, co to go zawsze strzyże, z wakacji jeszcze nie wróciła.

Wiec myśląc to, szybko się po alejkach parkowych rozglądać zaczęłam, czy tego zegarka zagubionego gdzieś nie ma.
Żeby mu pomoc jakoś, i na te lody już żeby wracał szybciutko.
Bo na pewno tak było przecież.
Bo jakże by mogło być inaczej.

POWIDŁA ŚLIWKOWE BABCI ASI:
– Na 1 kg  wydrylowanych WĘGIEREK polskich (żadnych innych) 20 dkg cukru.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply