Monthly Archives

Sierpień 2016

fajniejest
życie

Od dziś

1. Od dziś się spieszyć nie będę.

2. Nie będę źle mówić o nieobecnych.

3. Gdy zjem coś dobrego, to celebrować będę kęs każdy.

4. Gdy rano w nastroju się słabym obudzę, to od razu uśmiech od ucha do ucha, na przekór mieć będę.

5. Dzielić się będę, choćby mnie w środku skręcało, że nie dam bo moje, to dam i to jeszcze z uśmiechem.

6. Śmiać się będę i płakać bezwstydnie, tańczyć i skakać z radości.

7. Chleb piec własny, na zakwasie będę.

8. I w każdy weekend ciasto pachnące.

9. I znajdę w sobie siłę, by zawsze cierpliwie wysłuchać, i uśmiech znaleźć i ramiona otwarte, gotowe do przytulania.

10. Telefony od tych najbliższych, zawsze odbiorę, a jak nie, to oddzwonię jak najszybciej.

11. Szacunek do starszych, zawsze mieć będę, i do młodszych również, bo szacunek się należy każdemu.

12. Oddychać będę głęboko, i liczyć do dziesięciu, zanim coś powiem przykrego.

13. Książki mądre i dobre, czytać będę. Bo w książkach jest wiedza i pocieszenie.

14. Pytać, wnikać ani mądrzyć się nie będę, tylko akceptować wybory inne niż moje.

15. I zawsze wieczorem dziękować będę, za wszystko wspaniałe co mnie spotkało. Za rodzinę. Za miłość. Za macierzyństwo. Za dom. Za przyjaźń. Za to, że się nie muszę zastanawiać, co do garnka włożyć i czym za rachunki zapłacić. Za to, że nie przesiaduję w przychodniach a szpitale omijam z daleka. I za to, że nareszcie wiem, za co dziękować powinnam.

milym
macierzyństwo

Być miłym dla dziecka

To takie oczywiste, a jednak nie zawsze się udaje.
Bo przy zasypianiu nie zamyka oczu i spokojnie nie odpływa tylko wierci się, rozkopuje,
gdy tylko wzrok odwrócimy już nagle jest na czworakach, z uśmiechem od ucha do ucha i tymi mini zębami dwoma.

A my już głową na tej kanapie z książką i herbatą, albo w wannie czy przy komputerze, żeby dokończyć wreszcie ten projekt, maila, artykuł. Przy zlewie myjemy naczynia, wieszamy pranie i z zamrażarki wyciągamy chleb na śniadanie, siedząc przy tym łóżeczku, trzymając za łapkę małą, my już robimy obiad na jutro i podlewamy kwiaty na balkonie.

Więc czasem, jak się nagle okaże, że my nadal wciąż nie przy tym zlewie, pralce, komputerze. Tylko po raz piętnastyosiemnasty przekładamy dziecię nasze z kolan na plecy i smoczek wkładamy wypluty po raz dwudziestypięćdziesiąty, to warkniemy, fukniemy, szarpniemy.

Że śpij już, że przestań, że kurrrr, że szlag jasny i pierun i pies z kulawą nogą, czy jakoś tak. Czy Ty spać normalnie nie możesz, jak człowiek cywilizowany, leżąc i oczy zamykając.
Tylko się wiercisz jak ten owsik jeden!

I ja tak mam średnio kilka razy dziennie, bo zasypianie wieczorne to przykład tylko, a tych przykładów, gdy ciężko być miłym dla dziecka, jest więcej.

Lecz tak sobie myślę, i jak czasem mi się uda, to jestem z siebie dumna bardzo, żeby się jednak starać być miłym. I te zęby zacisnąć, i parę razy odetchnąć, a może nawet wyjść na chwile, i się wody napić.

Znaleźć tę siłę w sobie, żeby się do tego malucha uśmiechnąć. Posmyrac po włoskach, po szyjce. Kołysankę o tym księżycu co ziewa zaśpiewać. Policzek przytulić do tej buzi małej.

Bo gdy się czasem nie uda, i się coś wyrwie niemiłego. Gdy ręka trochę mniej delikatnie z kolan na plecy przełoży. To od razu w tych oczach ogromnych, jakiś znak zapytania się pojawia.
Jakieś takie niedowierzanie, zawód pewien i strach.
A ja tego widzieć nie chce i wstyd mi się bardzo robi.

Więc mocno nad tym pracuje, oddycham głęboko wody zimnej dużo piję, i staram się jak mogę, żeby być miłym dla swojego dziecka.

rok
macierzyństwo

Rok

Nie muszę się zastanawiać kiedy to minęło.
Ja dokładnie wiem kiedy.
Pamiętam każdą noc i każdy pamiętam dzień.
Każdą kąpiel, każdą zmienioną pieluchę, każdy spacer i każdą z 87 kolek.
Każdy bezzębny uśmiech. I każdy biały ząbek.

Bardzo dobrze pamiętam te pierwsze noce, jeszcze w szpitalu, gdy bałam się ją odłożyć do tego plastikowego wózka, wiec prawie wcale nie spałam, tylko tuliłam jej maleńkie ciałko do siebie.

Ten dzień, jak sturlała się z naszego łóżka, i to jak w panice jechaliśmy wtedy do szpitala.

Tę kąpiel, gdy zamiast olejkiem na ciemieniuchę, posmarowałam jej główkę żelem na ząbkowanie, i to jak się śmialiśmy potem, z tych jej włosków pozlepianych.

Jak kilka razy próbowaliśmy zrobić w gipsie odcisk jej stopki, i ciągle nam się nie udawało.

Jej płacz po szczepieniu i mój bieg do łóżeczka, gdy budziła się w nocy z krzykiem.

Pamiętam każdą wizytę u lekarza, każde ważenie i zaglądanie do ucha.

Pamiętam pierwszą prawdziwa kupę. Jak pierwszy raz uśmiechnęła się, usiadła, wstała.

Pamiętam każdego wtartego w stół brokuła i każdą wyplutą marchewkę.

Tę pierwsza wspólna kolację, gdy usiadła z nami przy stole.

Łapanie psa za język, i to jej „u-u-uuuu” gdy miała dwa miesiące.

„Liego Liego” przed snem i pierwsze „mamma”.

Każde ziewnięcie, kichnięcie i każdego bąka. Każdego obciętego paznokcia i każde mycie włosów, tak,  aby jak najmniej wody do oczka wleciało.

Każdą piżamkę, skarpetkę, kocyk. Każdą przeczytaną książeczkę, każdego misia.

Pamiętam, jak wróciliśmy ze szpitala i okazało się, że Kaja cały czas ma klipsa na pępku, i to jak musieliśmy tam wracać, żeby go zdjęli.

Pamiętam wiśnie w czekoladzie, które dostałam od teściów i piękne kwiaty od męża.

Pamiętam zimowe poranki, gdy Kaja jeszcze spała, a ja piłam herbatę i miałam godzinę tylko dla siebie.

Pamiętam miesiące, gdy z Maćkiem nie odzywaliśmy się do siebie, tylko braliśmy ją płacząca na zmianę w ramiona, bo tak byliśmy zmęczeni, że nie mieliśmy siły rozmawiać.

Pamiętam godziny spędzone w łazience, z włączoną suszarką do włosów.

Pamiętam moje kanapki z pieczonym kurczakiem, gotowaną marchewkę i litry krupniku od mojej Mamy gdy okazało się, że muszę być na diecie.

Pamiętam każde karmienie, każdą pobudkę w nocy i każdą nieprzespaną godzinę.

Wigilię, którą spędziliśmy w naszej sypialni tuląc ja żeby nie płakała, podczas gdy w salonie była cała nasza rodzina. I poranek następnego dnia, gdy po tej koszmarnej nocy, siedzieliśmy razem pod choinka i oglądaliśmy prezenty.

Nasz pierwszy we trójkę wyjazd do Zakopanego, kilkugodzinne spacery i gaszenie światła o 19.

Wakacje nad morzem, jedzenie piasku i nieustanne ściąganie kapelusza.

Pierwsze gordonki, pierwszą zabawę w piaskownicy, pierwszą wizytę w restauracji.

To jak pierwszy raz zwymiotowała, jak pierwszy raz miała katar.

Ewakuacje z karczmy, w której góralska kapela doprowadziła ją do histerii.

Każdą moją łzę i każdy bolący mięsień.

Pierwsze wolne wieczory, i pierwszy raz gdy mój Tata wziął ją na spacer.

Każde jej usypianie, czasem nawet przez dwie godziny. Każde za rączkę trzymanie, każdy pocałunek i ten słodki zapach za uszkiem.

Pamiętam łzy w oczach Maćka, gdy trzymał ją w ramionach po raz pierwszy.

Pamiętam dokładnie każdy miesiąc, każdy dzień, i każdą godzinę, tego najpiękniejszego roku w moim życiu.

sklep2
życie

Sklep nad jeziorem

Siedzę pod sklepem nad jeziorem i czekam aż otworzą.

Jest już 9:03, wiec powinni otworzyć trzy minuty temu.
Jest niedziela. Słoneczny, sierpniowy poranek.

Siedzę pod sklepem na murowanym schodku, opieram się o ścianę i czekam.
Na ścianie ogłoszenia „Kupię poroża jeleni” , „Sprzedam głazy” „Dyskoteka dla dzieci od 17:00” .

Kiedyś na tej ścianie był telefon.
Taki z plastikowym daszkiem chroniącym od deszczu, że jakby padać zaczęło, podczas rozmowy ważnej, to można spokojnie kontynuować bez strachu że się zmoknie.
I ja z tej budki ważne rozmowy prowadziłam. Takie wtedy dla mnie najważniejsze.

Piętnaście lat miałam i do męża mojego dzwoniłam szesnastoletniego, że tęsknie i co tam u niego pytałam i wszystkie drobne w ten telefon wrzucałam.

A to było prawie dwadzieścia lat temu.
I budki już od paru lat nie ma tylko taka dziura zabetonowana w ścianie.
I sklep jest inny, budynek ten sam, ale w środku zmieniony zupełnie.
Pomidory suszone i sery brie na półkach leżą.
Z koszykiem się idzie wzdłuż sklepowych regałów, i win jest do wyboru z pięćdziesiąt.

A pamiętam jak dziś, te dwadzieścia lat temu, jak długa lada przez sklep się ciągnęła.
Za ladą dwie panie w fartuchach stały, i cały asortyment za plecami miały.
I pamiętam jak piwo EB tylko Uli sprzedawały, bo myślały ze to siostra nasza starsza, a Ula po prostu taka wysoka zawsze była.

Siedzę pod sklepem i czekam aż otworzą.
I widzę nas kilkunastoletnich jak z tego sklepu z lodami Mini Milk wybiegamy.
Jak z dziewczynami Bravo Girl kupujemy i potem nad jeziorem chichocząc testy robimy i horoskopy czytamy.

Obok mnie kilka osób się zebrało i czeka również.
Nogami przebierają, na zegarek nerwowo patrzą.

Jest coś takiego w ludziach, że jak się ich trochę pod sklepem zbierze to jakaś panika i nerwowa atmosfera się robi , bo a nuż tych bułek świeżych nie wystarczy dla wszystkich, a może bochenków chleba za mało będzie.

A tamtego lata gdy chleba nam za dużo zostawało, to się na palniku od kuchenki kromki piekło, czosnkiem nacierało i oliwą polane zjadało nad blatem jeszcze.

Otworzyli. Wchodzę. Lekko nerwowo się robi na trasie do działu z pieczywem, bo może faktycznie tych bułek za mało. Jeden pan już od progu do ekspedientki woła „Gdzie kawa, gdzie kawa tu jest w tym sklepie!” Dwóch chłopców się zdecydować nie może czy Nutellę czy masło orzechowe kupić. Ten drugi co woli Nutellę tłumaczy „Nikt tego masła poza Tobą nie lubi”.

Biorę te bułki a jest ich oczywiście tyle, że wystarczy spokojnie dla wszystkich. Biorę cztery. Dla mnie półtorej, dla Maćka dwie i pół dla Kajki. Płacę. Wychodzę. Drzwi za sobą zamykam.

Drzwi te same co wtedy, dwadzieścia lat temu, za nami z lodami w rękach codziennie trzaskały.