Monthly Archives

Sierpień 2016

mazury
życie

Na grzyby

Wczoraj byliśmy na spacerze w lesie, i co chwilę spotykaliśmy kogoś z koszykiem pełnym grzybów. A to facet nas mijał z kozakiem z ręku takim ze za nogę go trzymać musiał taki był duży, a to grupka młodzieży z butelkami piwa w jednej ręce, a koszykami w drugiej, las przemierzała i co chwile któryś się w pół zginał żeby grzyba ściąć.
Pani na rowerze pod sklepem, w drucianym koszyku, do połowy kurkami zapełnionym, buta sobie wiązała i tak jakoś wyszedł ten temat grzybów.

Maciek się pyta czy ja lubię na grzyby chodzić i czy chodziłam jak byłam mała.
A no lubię bardzo i chodziłam.

Chodziłam z Tatą i Dziadkiem zawsze pod koniec lata.
Jechaliśmy po Dziadka naszym dużym fiatem w kolorze kości słoniowej.
Stawaliśmy pod blokiem i patrzyliśmy jak Dziadek idzie do nas z koszykiem w tej swojej kremowej wiatrówce, którą ma do dzisiaj – a to było ze 25 lat temu.

Na balkonie stała Babcia i machała do nas znad doniczek pelargonii.

Jeździliśmy zawsze pod Warszawę na takie zamknięte tereny Telekomunikacji polskiej.
Dziadek miał znajomości z pracy i wpuszczali go do tych lasów, gdzie co jakiś czas były stacje badawcze i słupy telekomunikacyjne.

Rozchodziliśmy się po lesie, każdy ze swoim koszykiem i nożem. Tata zawsze kręcił się w moim pobliżu, i co chwilę krzyczeliśmy do siebie „hooohooo” żeby się nie pogubić.

Gdy udało mi się znaleźć grzyba, wołałam szybko Dziadka, żeby sprawdził czy dobry, i dumna wkładałam do koszyka.
To dziadek nauczył mnie, żeby grzyba odcinać nad grzybnią, a nie wyrywać z ziemi, dzięki temu urośnie kolejny.

Najlepiej jednak wspominam ten moment gdy siadaliśmy na polance i Dziadek wyciągał ze swojego koszyka kanapki od babci.
Z wędlina, sałatą, z żółtym serem i grubym plastrem cebuli.
Do tego obowiązkowo pomidor w całości gryziony jak jabłko i pachnący tak, ze ręce oblepione cieknącym sokiem wąchałam potem co chwilę i umyć nie chciałam.
A na deser cieniutki wafelek Prince Polo w złotym papierku.

I to smakowało tam w tym lesie lepiej, niż teraz mi smakuje sushi w najlepszej knajpie w stolicy.
Lepiej niż jakieś wymyślne suflety, polane sosem z lawy wulkanicznej, w otoczeniu karmelu z pierwiosnków.

Te kanapki i ten pomidor jedzony w tym lesie to dla mnie jest danie na trzy gwiazdki Michelin.

mam
macierzyństwo

Mam wszystko

Po roku znajomości z naszą córką, mamy swoje patenty na usypianie jej poza domem.
Oczywiście patenty są różne, w zależności od warunków lokalowych, oraz od nastroju Kajki.

W naszym domku na Mazurach patent jest zazwyczaj taki, ze najpierw oczywiście jest kąpiel.
Na sosnowym stole, przy którym kiedyś jedząc swoje pierwsze w życiu posiłki wydłubywałam widelcem dziury widoczne do dziś, na tym właśnie ponad trzydziestoletnim stole stawiamy dużą, biała plastikową miskę.

Miska na środku dna ma taki ostry sterczący pipek, więc żeby dziecku w pupę to się nie wbijało, kładziemy na dno ręcznik.
Potem ja latam z kuchni do miski, z czajnikiem pełnym wrzątku i dzbankiem zimnej kranówy dolewając do miski na zmianę i długo nie mogąc utrafić w temperaturę idealną.
Mąż mój zrozumieć nie może dlaczego nie mogę od razu z kranu odpowiednio ciepłej wody nalać, tylko się miotam z tym wrzątkiem.

A ja tak mam od zawsze, że jak sobie wody do wanny nalewam, to najpierw ukrop leje maksymalny, żeby ostatnie parę minut przed wejściem przestawić strumień na najzimniejszy.
Po jakimś dłuższym czasie, gdy temperatura wody jest wreszcie odpowiednia a poziom jej stanowczo za wysoki, dziecko rozebrane uprzednio przez męża jest do miski wsadzane.

Jednogłośnie decydujemy się nie myć głowy, bo przecież jeszcze czysta i zimno wiec po co ryzykować przeziębienie – a tak naprawdę wiadomo, chodzi o to, ze mycie głowy rocznego dziecka to trauma i gimnastyka niesamowita, żeby tylko się woda z szamponem do oczu nie wlała przy spłukiwaniu. A na wyjeździe to już w ogóle w takiej misce wyższa szkoła jazdy. Wiec nie myjemy.

Myjemy za to całą resztę, trochę się chlapiemy, trochę się bawimy gumowa foczka. Kajka wysysa mydliny z gąbki i próbuje całą ją wepchnąć do buzi.
Połowa wody ląduje pod stołem, dziecko ląduje na przewijaku, który leży na stole obok miski.

Potem następuje seria precyzyjnych ruchów i podań niczym podczas operacji chirurgicznej.
Maciek podnosi pupę do góry ja wsuwam pod spod pieluchę, smaruje kremem, wyciągam spod spodu ręcznik, zamiast niego podaje piżamkę.

Gdy mąż mój ubiera dziecko, przyssane nieustannie do gąbki, ja lecę na górę.
Biorę ze sobą:
– Smoczki dwa, na wypadek gdyby jeden gdzieś w nocy wypadając z małej buzi, wpadł w czarną odchłań i zagubił się, i pomimo nerwowego obmacania całego łóżeczka i najbliższej okolicy, odnalazł się dopiero rano na dnie śpiworka.
– Butelkę z wodą, którą powinnam podawać po każdym nocnym karmieniu w celu przepłukania dwóch maleńkich ząbków, a której to nie udało mi się podać jeszcze ani razu, bo jestem tak nieprzytomna, że o tym nie pamiętam.
– Szczotkę i pastę do zębów, żeby umyć po karmieniu owe dwa mleczne okazy.
– Maść na ząbkowanie
– Własny prywatny telefon. Bo jak już nastąpi etap półprzymkniętych oczek i rączek złożonych jak do modlitwy to od tej pory do totalnego zaśnięcia mogę odpisać na maile, przeczytać kilka artykułów czy zrobić online zakupy spożywcze na przyszły tydzień.

Wiec biorę to wszystko i idę na górę.
Maciek przynosi pachnąca mi moja córeczkę, i w piżamce taką rozkoszną wkłada mi ją w ramiona gdzie czeka już na nią kolacja.

Po karmieniu myjemy zęby, zakładamy śpiworek i kładziemy się obie na łóżku. Przytulam ten najdroższy pakunek do siebie, głaszczę mięciutki policzek, smyram maleńkie paluszki.

Maciek krzyczy do mnie z dołu czy mam wszystko i ja wszystko mam.
Naprawdę mam wszystko.

mam_wszystko2
macierzyństwo

Leżak

Gdy rodzi się dziecko wszystko wywraca się do góry nogami. A najbardziej wywraca się nasz czas wolny bo nagle jest go mniej więcej sto razy mniej.Prysznic dwa razy dziennie to zbędny luksus, wypicie gorącej herbaty to wyjątkowe wydarzenie, a żeby usiąść z książka na chwile to to jest żart taki, ze boki zrywać.

Więc jak już kiedyś zdarzy się taka chwila, ktoś wpadnie pomóc, albo jest weekend, czy tak jak teraz jesteśmy razem na Mazurach to ja te chwile dla siebie traktuje jak skarb największy, wygraną w lotto i prezent najlepszy.

Dzisiaj jest piękna pogoda. Słońce wyszło pierwszy raz od tygodnia.Więc plan numer jeden to leżak.Leżak już sobie wcześniej na tarasie ustawiłam, w miejscu najlepiej słońcem oświetlonym. Maciek poszedł z Kaja na drzemkę wiec dla mnie czas start.

Przez chwile rozważałam czy nie zrezygnować dzisiaj z prysznica by na leżaku dłużej leżeć, lecz pomyślałam, że taka trochę nieświeża i z włosem tłustym nie będę tak cudownie się czuła jakbym chciała, więc postanawiam sobie ten prysznic traktować jako przyjemność i o tym leżaku nie myśleć tak pożądliwie.

Gdy świeża, pachnąca z mokrymi włosami w stronę leżaka kierować kroki zaczęłam, na swojej drodze ujrzałam stół brudny i śniadania resztki na nim.Więc myślę sobie, że jak ja na tym leżaku, tak leżeć mam i jak w raju się czuć, gdy obok za ściana, na stole słoiki z miodem otwarte stoją i do sera muchy lecą. Szybko zbieram ten majdan i do kuchni zanoszę. Stół ścierką przecieram i przy okazji na komodzie obok rzeczy układam bo nieład się jakiś wkradł i burzy to moje poczucie spokoju.

Widzę przez okno jak w pełnym słońcu mój leżak stoi. Idę jeszcze tylko do kuchni by herbatę zrobić i z nią już na leżak w spokoju się udać. Lecz tam dostrzegam zlew zawalony, naczynia ze śniadania po sufit stoją.I nie mam jak do czajnika wody nalać. Nerwowo zerkam na zegar, ile to jeszcze czasu zostało, podwijam rękawy i zmywam. Masło i ser szybko chowam i przy okazji przez to słońce co świeci widzę wyraźnie jaki syf na drzwiach od lodówki się zrobił. Nerwowo ślinę przełykam i myje lodówkę naprędce.

Do toalety idę na chwile i widzę, że dawno nie sprzątana była ale tu mocno zęby zaciskam nie dam się trudno niech brudno będzie bo leżak czeka herbata stygnie i przecież mój czas teraz leci. Idąc na taras z herbata przypominam sobie, ze miałam odkurzyć dzisiaj bo dywan z psiej sierści już na podłodze leży lecz czasu na to tracić nie chce, na szybko zamiatam te kłaki i na leżaku się wreszcie kładę.

Leżę na leżaku nareszcie. Twarz do słońca wystawiam, oczy mrużę i leżę. Wyciągam rękę przed siebie, patrzę jak przez palce promienie słońca wpadają i nagle myślę, że  może skoczę jeszcze tylko po krem do rąk bo skórki takie wysuszone i w ogóle może odżywkę na paznokcie sobie nałożę. Poza tym kurcze ten leżak jednak to nie taki wygodny jest jak ten na dole. I może warto by było zejść do piwnicy i przynieść ten wygodniejszy. Bo jak już leżę i czas dla siebie mam to musi być przecież najwygodniejszy leżak z możliwych.

Wiec wstaje i schodzę po ten wygodniejszy leżak.I gdy już mam się położyć na nim oni się budzą.
I słyszę jak śmieje się dziecko moje i szlag mnie trafia na maxa.
Bo jak on ma czas wolny to od pierwszej minuty do ostatniej na tym leżaku siedzi i czyta gazetę i piwo wypije i jeszcze w nosie zdąży podłubać i gdy mnie widzi jak fukam i prycham to nic nie rozumie tylko mówi „Kochanie ale o co Ci chodzi? Przecież miałaś dziś tyle czasu dla siebie!”