Monthly Archives

Wrzesień 2016

misiek
życie

Mój kuzyn Misiek

Mam 10 lat. On 11. Siedzimy w łazience, na zimnej podłodze. Siedzimy po ciemku. Przy świetle latarki tylko. Oglądamy album „Zanim pojawił się człowiek”.
Ja lubię najbardziej Diplodokusa. On woli Tyranozaura.

U niego w mieszkaniu oglądamy „Tańczącego z wilkami” trzy razy pod rząd. Marzymy o tym, żeby zaprzyjaźnić się z wilkiem.

Schodzimy na podwórko, z reklamówką pełną plastikowych zwierzątek. Dzielimy się po połowie, i w krzakach rozstawiamy swoje stada.

Spędzamy godziny pod stołem przykrytym kocem. Już nawet nie wiem co tam robimy.

Rysujemy. Wspinamy się po drzewach. Gramy na komputerze, w zboczoną wersje Tetrisa, w której po ułożeniu rzędu, odkrywa się fragment gołej baby.

Przed świętami, pół dnia nad wanną sterczymy. Karmimy karpia chlebem, a potem z jego mamą zanosimy go w wiadrze do stawu.

Na wakacjach przesiadujemy w chlewie, bawiąc się z prosiakami. Na bosaka po krowich plackach biegamy.

A wieczorem przy ognisku, rozżarzonymi kijkami, ósemki kręcimy.

Gdy ja jestem w szkole, on jest w domu. Jego mama masuje go i inhaluje trzy razy dziennie.

Prawie zawsze ma kaszel.

Jest bardzo drobny.

Ma mukowiscydozę.

Ma talent muzyczny, i rodzice kupują mu perkusje. Gra w zespole, a ja przychodzę na jego koncerty.

Ma żonę. Ma pracę. Ma kota. Ma własne mieszkanie. Samochód.

Ma bardzo zaawansowaną cukrzycę.

Całą zimę siedzi w domu, żeby się nie przeziębić.

Na ślub mój, nie daje rady przyjść. Za słabo się czuje.

Ma 32 lata.

Maciek krew oddaje dla niego, chociaż na widok igły robi się zielony.

Umiera w maju. Z krwią męża mojego, i innych wspaniałych ludzi w sobie.

Ja mam lat 10. On 11. Pod moim domem kupujemy mieszankę wedlowską. Ja najbardziej lubię bajeczne. On woli pieroty.

odjutra
życie

Boję się

Gdy tulę jej ciepłe ciałko rano, tuż po przebudzeniu.
Gdy widzę jego, jak tańczy z maleńką nią w ramionach.
Gdy w nocy nachylamy się nad jej łóżeczkiem, i on łapie mnie mocno za rękę.
Gdy słyszę jej śmiech.
Gdy jego śmiech słyszę.
Gdy oczy nasze spotykają się, na sekund pare.
Gdy on na czworaka ściga się z nią po piłeczkę.
I gdy ona zawsze dobiega do niej pierwsza, bo on jej pozwala.
Gdy jesteśmy na spacerze, i pies biegnąc przed nami macha ogonem.
Gdy wieczorem siedzimy pod kocem z kubkami herbaty w rękach.
Gdy ja czytam i on czyta obok mnie.
Gdy zamawiamy pizzę wieczorem, bo był ciężki dzień.
Gdy pachnie szarlotka.
Gdy słyszę dźwięk klucza w zamku o 17:45.
Gdy jestem niewyspana, z brudnymi włosami i katarem a on nagle mówi, że jestem taka piękna.
Gdy śpiewamy jej, wymyślone przez nas piosenki.
Gdy planujemy wakacje.
Gdy zapomnimy wyjąć chleb na śniadanie, i robię na szybko owsiankę z bananem.
Gdy wracam z jogi, a on pranie wiesza.
Gdy lejek włoży do złej szuflady.
Gdy koszulki mi złoży inaczej zupełnie niż lubię, i muszę je składać on nowa.
Gdy w sklepie kupuję marcepan dla niego.
Gdy płacąc z torebki wypada mi mała skarpetka. Ta prawa. Albo lewa.
Gdy on robi obiad i wszystkie garnki i miski przy tym ubrudzi.
Gdy wracamy w nasze ulubione miejsca.
Gdy słyszę jego głęboki oddech jak zaśnie.
Gdy skaczemy razem z radości.
I gdy razem płaczemy.

To boję się.
Bo gdy masz tak wiele, to tak wiele masz do stracenia.

macierzyństwo

A co to

To jest Kaczka. I siatka, z wczorajszym chlebem pokrojonym w kostkę.
Pies.
Kot.
Gołąb.
Sypkość piasku.
Lepkość waty cukrowej.
Roztapialność śniegu.
Każdy listek, patyk, kamień.
Kałuże.
Poziomki.
Piętka od chleba, masłem posmarowana.
W piasku grzebanie.
W garnku łyżka mieszanie.
W wannie wodą chlapanie.
Kasztany.
Muszelki.
Sosnowe igły.
Czterolistne koniczyny.
I te zwykłe trójlistne.
Sok cieknący z zerwanego mlecza.
Stokrotki.
Konik polny.
Kijanka.
Bocianie gniazdo, a w środku bocian.
Żaba.
Mrowisko.
Błoto.
Krople deszczu na twarzy.
Para z ust.
Chmura w kształcie słonia.
I w kształcie serca.
Ślimaka rogi.
Pierścionek z trawy.
Motylek.
Płatki róży.
Koła na wodzie.
Bąbelki w oranżadzie.
I rozgrzany asfalt, stworzony do ugniatania.
Maki.
Konwalie.
Tęcza.
I kolorowe szkiełko w wodzie oszlifowane.

Bo gdy w twoim życiu pojawia się dziecko, to nagle znowu biedronkę dostrzegasz.

ledwo
macierzyństwo

Ledwo

Są takie dni, że ledwo daję radę.
Oczy rano otwieram. I pierwsze co myślę to o nie, dzisiaj to już na pewno nie dam rady.

Nie dam rady, nawet z łóżka wstać. Do łazienki iść, i w pięć sekund zrobić siku, zęby umyć i twarz. Ubrać się w coś, co nie jest piżamą. O nie. Nie dziś. Dziś chce mieć czasu wiecej, by myjąc zęby nad zlewem stać, a nie nad szafą, wybierajac jednocześnie dres. I pastą cieknącą, pół szuflady zalać.

Lecz jakoś zwlekam się, i w te pięć sekund, jak co dzień myję się, ubieram i łóżko ścielę jeszcze. Potem ledwo daję radę śniadanie zjeść, karmiąc kaszką me dziecko, i jednocześnie wyrywając jej z rąk solniczki, widelce i mój telefon. Daje radę ledwo. Przełykam bardzo szybko. Herbatą parzę sobie podniebienie. Albo w ogóle herbaty nie mam.

Potem ledwo daję radę odkurzyć mieszkanie. A odkurzyć muszę, bo z psa naszego się sypie niemiłosiernie. Czasem robię to z dzieckiem na rękach, gdy bardzo marudzi. I wtedy to już naprawdę ledwo ledwo.

Gdy psa ogarnę i kotu kuwetę wystawię, na spacer wychodzę. O butelce, smoczku i chrupkach ledwo co pamiętam. O wodzie dla siebie zapomnę. I w lustro spojżeć. I potem gdy w jakiejś wystawie, mignie mi moja osoba przypadkiem, to w szoku jestem co widzę. Co też ja mam na sobie. I co na głowie. Ale daję radę. Ledwo nogami przebieram tak mnie kolana bolą od tego schylania się po smoczek, po misia, butelkę, kocyk, po chrupka.

Po powrocie, ledwo udaje mi się zjeść chałwę nad zlewem. I ledwo daję radę zupę podgrzać i nią Kajkę nakarmić. Na nocnik sto razy z nią latać ledwo daję radę. I klocki układać w wieżę, którą ona burzy.

Piszę do męża smsa, że ja to już dzisiaj ledwo daję radę. I pisząc go, siedzę na podłodze, trzymając otwartą szufladę. A ona aż piszczy z radości. I wyciąga po kolei z niej wszystko. A potem wkłada z powrotem. A ja już ledwo tę szufladę trzymam. Żeby sobie paluszków nie przycięła.

Książkę tę samą co zawsze, na tej samej co zawsze stronie, oglądam i pokazuje znowu, że to jest jeż a to wiewiórka i ledwo daję radę tego jeża z nią oglądać znowu, pięć minut później.

I nagle sobie przypominam, że od rana nie byłam w łazience. I ledwo daje radę dojść do toalety. I tak sobie w tej toalecie myślę, że jakby to było gdybym ja jednak nie dała rady.

Żebym tak na przykład, na sedesie zaniemogła, i ze zmęczenia zemdlała. Żebym rano z łóżka nie wstała. Z psem wyszła, i nigdy już nie wróciła. Że przecież to niemożliwe jest. Że choćby nie wiem jak ledwo to jednak codziennie, od ponad roku, daję sobie radę. Muszę. Czasem trochę lepiej. Czasem ledwo. Ledwo cześciej. Ale daje sobie przecież codziennie świetnie radę.