Monthly Archives

Październik 2016

babciadanka
życie

Babcia Danka

Moja Babcia, zawsze miała w szafce, różnego rodzaju pojemniki i podstawki.
Słoiki po majonezie kieleckim.
I plastikowe pudełeczka po maśle roślinnym.
Tacki od rolady lodowej koral.
I biały papier spożywczy.
I nigdy nie wypuszczała mnie z domu, bez czegoś pysznego, w ten pojemnik i papier zawiniętego.

Widzę ją, jak myje tę lepką od lodów tackę.
I tłusty od margaryny pojemnik.
Jak po wizycie w cukierni, delikatnie otrzepuje biały papier, z resztek cukru pudru.
Składa go w równą kostkę, i chowa do szuflady.

I nagle przy tym myciu, i papieru składaniu, na jej twarzy pojawia się uśmiech.
A w głowie myśl o tym, że jak przyjdę, to właśnie w ten papier, i te pudełko, zapakuje mi ciastko, krem i te najlepsze na świecie rogaliki z cukrem.

I myślę sobie o tym, jak zawsze gdy u niej byłam, to sok wyciśnięty na mnie czekał z pomarańczy. I naleśniki smażone na maśle.

I jak nagle, w środku zimy, na deser serwowała mi, zerwane przez Dziadka poziomki.
Które czekały na ten moment w zamrażarce.
A do tych poziomek, zawsze bita śmietana była.
Ukręcona z proszku firmy śnieżka.

I jak wyciągała filiżankę do herbaty, z najwyższej półki.
Przysuwając sobie taboret, bo za niska była żeby dosięgnąć.

Myślę o tych jej bezach z kremem kawowym, i karpatce na krakersach słonych.
O tych na Wielkanoc mazurkach kajmakowych, w trzech smakach.
Na jednej blaszce równiutko ciastem oddzielonych.
Które czekały od rana na balkonie, ścierką czystą przykryte.
I na które już od stycznia, doczekać się nie mogłam.

O tych brzoskwiniach słodkich, z puszki, do których wkładała po łyżce borówek.
I o tym jak masło skrobała, i z tych wiórków, na szklanym spodeczku, przepiękne kwiaty tworzyła.

I jak do tego słoika po majonezie kieleckim, sałatki jarzynowej wkładała.
I serce swoje całe, pod nakrętką mieściła.

czekam2
życie

Czekam

Czekam na piątek.
Na weekend.
Na to, aż zacznie chodzić.
Aż zacznie jeść łyżką.
Czekam, aż powie do mnie „Mama”.
Czekam na wiosnę.
Na lato.
Na to, aż liście opadną.
Aż się znów zazieleni.
Na Boże Narodzenie, sentymentalnie czekam.
Czekam na pensję.
Na truskawki.
Czereśnie.
Na młode ziemniaki z siadłym mlekiem.
I na chłodnik czekam.
Na pierwszy śnieg.
Na wyjazd w góry.
Na obiad.
Na to, aż pójdzie spać.
Na to, aż się obudzi.
Czekam, aż mi urosną włosy.
Czekam na wizytę u fryzjera, żeby włosy ściąć.
Czekam na niego, aż wróci z pracy.
Czekam na kuriera.
Na maila.
Na telefon czekam.
Czekam, aż się skończy szampon, żeby kupić nowy.
Aż woda pod prysznicem, zrobi się ciepła.
Czekam na gości.
Na wizytę u dentysty.
Na ciasto co się piecze właśnie.

I gdy tak czekam, to nagle uświadamiam sobie.
Że są wsród nas tacy, którzy nie czekają na nic. Bo czasu mają niewiele.
I że się już, na kolejne lato, na arbuzy i wiśnie, czekać zwyczajnie boją.
Więc dajmy im szansę na to, by mogli czekać z nami.
Pomagajmy innym. Z tym czekać nie wolno.

A pomóc możemy na przykład tu:
Siepomaga.pl

slonik
macierzyństwo

9 kilo

Byłam dziś z Kają u lekarza. Na szczepieniu. Na świnkę. Na odrę. I na różyczkę.

I przy okazji zaglądania do ucha. Do buzi. Przy okazji liczenia zębów czterech. I słuchania, jak bije jej maleńkie serce. Odbyło się Kai ważenie. Ważenie w pieluszce. A pózniej od wagi całkowitej. Wagę pieluszki odjęcie. No i wyszło 9 kilo. A dokładnie 9 i sto pięćdziesiąt.

Jak to możliwe, się pytam. Przecież ja dwa lata temu, ledwo kilogramowymi hantlami ćwiczyłam z Chodakowską, marne pół godziny. Dwa lata temu, zgrzewkę wody, ledwo do domu byłam w stanie donieść. Ziemniaki, buraki i jabłka, online zamawiałam, bo mi się ich targać nie chciało.

A tu proszę, 9 kilo i sto pięćdziesiąt gramów, codziennie po parę godzin noszę. Na brzuchu. Na biodrze. Pod pachą. Jedną ręką szybko z podłogi zgarniam, gdy się te 9 kilo w niebezpieczne rejony zapuszcza.

A te noszenie to nic. Bo ja się bujam. Przysiady robie. Odkurzam. W garnku mieszam i tańczę nawet. Te 9 kilo ze sobą nosząc.

To tak, jakbym szafkę nocną, z książkami dwoma w szufladzie, non stop ze sobą wszędzie targała. Tak jakbym wielką siatę kartofli do biodra miała przyczepioną. 9 opakowań mąki szymanowskiej.

Po szczepieniu pani doktor poprosiła, żebym została z dzieckiem pół godziny jeszcze. Na wszelki wypadek, żeby wykluczyć nagłą na szczepienie reakcję uczuleniową.

Więc przez pół godziny, nosiłam po korytarzu te 9 kilo, po szczepieniu popłakujące. Nosiłam w tę i z powrotem. Bo przecież nie postawię raczkującego dziecka na podłodze w przychodni, żeby się całe w zarazkach i bakteriach wytarzało. Do wózka nie włożę, bo jest ryk od razu. Więc noszę. Bujam. Piosenki do uszka śpiewam, i ptaszki na ścianie namalowane pokazuje. I noszę. A od paru dni mnie już bardzo lewy nadgarstek boli. Od podnoszenia i odkładania i wkładania i wyjmowania tych 9 kilo i stu pięćdziesięciu gramów.

A potem, jak te pół godziny mija, to idę obok do kawiarni po kawę na wynos. I tę z syropem karmelowym zamawiam. Patrzę na zegarek na nadgarstku nadwyrężonym. I widzę, że jest 9 rano dopiero. I nagła mnie dopada panika, że co będzie za miesiąc, co za dwa miesiące będzie. Karmelowa latte w gardle mi z przerażenia staje, gdy widzę przez okno kobietę, która dziecko od Kajki większe dwa razy, na rękach niesie.

Jakoś to będzie, pocieszam się. Bo przecież, dwa lata temu, tę jedną wody zgrzewkę, ledwo do domu donieść radę dawałam. I pewne jest, że jak przyjdzie potrzeba. To my te dzieci nasze na koniec świata zanieść radę damy. Bo najsilniejsze na świecie są wszystkie mamy przecież. I tak to już jest, że dzieci nam rosną, a razem z nimi siła nasza.

* zdjęcie słonika z mamą, ze strony: http://www.onegreenplanet.org/animalsandnature/baby-elephant-reminds-us-of-cost-of-ivory/

okomisia
macierzyństwo

Oko misia

Gdy w domu pojawia się małe dziecko, mieszkanie, i wszystkie rzeczy w nim się znajdujące, nabierają nowego znaczenia.

Komoda to już nie tylko mebel, w którym przechowujemy masę niepotrzebnych szpargałów, ale rownież potencjalny zabójca. Stukilowy ciężar, do przygniatania niemowląt.
Szuflady tylko czekają na to, by przyciąć maleńkie paluszki. Kant stołu marzy o nabiciu guza.

Niebezpieczeństwo czyha rownież, w tych z pozoru niepozornych przedmiotach. Takie na przykład oko misia od jednej ciotki, która kupując pluszowego drania, na zalecenia wiekowe się nie oglądała. I misia z oczami z plastiku, byle jak przyszytymi wybrała. To oko takie, może przez nasze dziecko zostać połknięte. Może w gardle stanąć, i zakrztuszenie spowodować. Lub utkwić w żołądku, i zostać tam już na zawsze, nie ulegając przez dziesiątki lat rozkładowi.

Torebka foliowa to wróg dziecka małego najgorszy, bo założona na głowę, zamienia się nagle w węża pytona. I udusić chce dziecko nasze na amen. Wszelkie sznurki, żyłki, wstążki, czy sznurowadła, rownież udusić dziecko by chciały. A każdy koralik, pieniążek czy inny dziad mały, do maleńkiej paszczy od razu jest wpychany. Więc patrz wyżej, grozi to zakrztuszeniem lub powolnym w żołądku rozkładem.

Rośliny domowe to osobny jest temat. Do dziś nie zapomnę, jak ze znajomą gadałam. Gdy ta mi nagle słuchawką rzuciła, krzycząc “dracena!!!!” I jak się pózniej okazało, jej synek dziesięciomiesięczny, rozsmakował się w tamtej chwili, w liściach draceny właśnie. Na szczęście nie bardzo toksycznej. Więc na słuchawką rzuceniu, skończyło się tylko.

Jednakże po tej z draceną akcji, zaczęłam sprawdzać, w której z roślin domowych, jad i toksyny płyną. I okazuje się, że w każdej, którą mam, lub chciałabym mieć, bo wizualnie mi się podoba. To samo z roślinami, które na działce posadzone mamy. I co tu robić? Pół działki wyciąć?

W proszkach do prania i kosmetykach wszelakich, czai się chemia i ropa naftowa. Środki czyszczące takie, że kamień w sedesie wyżreć są w stanie. A my to na dziecka naszego skórę codzień aplikujemy. Są oczywiście i takie, co to tego syfu w składzie nie mają, ale nie każdy wie, i czasem już jest po ptakach, bo dziecko od roku benzyną jest myte.

Jedzenie to horror i kiler ukryty, bo w każdym produkcie się czai zło. Tu gluten, tam cukier, tam konserwanty i antybiotyki w mięsie. Warzywa pryskane, w jogurcie laktoza, a słodycze to bomba jest atomowa.

A przecież tak bardzo bym chciała, dla dziecka mojego najlepsze i najbezpieczniejsze, najzdrowsze i najłagodniejsze wszystko mieć. A im więcej czytam, im więcej wiem, im bardziej się po mieszkaniu rozglądam, i każdą oglądam z bliska rzecz. Tym więcej widzę zagrożeń i niebezpieczeństw. Ostatnio, na przykład, wydłubałam córce mej z paszczy tabletkę na uspokojenie, którą wypluł pies. Pod stołem skitrał udając, że zjadł.

Codziennie więc, walczę z otaczającym nas złem, i ratuję me dziecko przed nieszczęściem jakimś. I oko wypruwam misia, plastikowe.