Monthly Archives

Październik 2016

pociag
życie

Wsiąść do pociągu

Był taki czas, gdy jeździłam pociągiem do Łodzi fabrycznej.
Do Łodzi, pociągiem, na studia podyplomowe.
O piątej rano wstawałam.
Na dworzec centralny, jechałam tramwajem.
Z zeszytem grubym.
Książką.
Kanapką z serem.
I muzyką w kieszeni.
Na peronie ciemnym.
W kurtce puchowej, parę z ust wydmuchiwałam gorącą.
W powietrze zamarźnięte.
Na pociąg czekając.
Potem, ziewając, do wagonu swojego wsiadałam.
Jechałam półtorej godziny.
W jedną stronę.
Przez okno patrzyłam.
Na dym z kominów.
Na pola szronem pokryte.
Na pomazane grafitti mury.
Na obłoki szare.
Patrzyłam.
Na ludzi na peronach zmarźniętych.
Na puste butelki, na chodniku roztrzaskane.
Po dwudziestu minutach, wyjmowałam kanapkę z serem.
Zjadałam ją słuchając.
Stukotu.
Pociągu po torach.
Myślałam.
O życiu.
O moim mężu, który od tego pociągu, i mnie w nim, kanapkę z serem jędzącej, daleko był bardzo wtedy.
O tym, kim jestem.
I dlaczego.
Tym kimś, kim jestem. Jestem.
Obserwowałam ludzi.
Tym samym pociągiem, do Łodzi jadących.
Czasem miałam kaca.
Bo to w sobotę zawsze było.
Po piątkowej imprezie.
Wtedy mniej myślałam.
Albo czasem wcale.
Tylko by nie zwymiotować, się skupiałam bardzo.
I głowę bolącą, w dłoni zimnej, bezpiecznie trzymałam.
Raz jakiś chłopak, o numer telefonu mnie poprosił.
Numer mu dałam.
Ale nie swój.
Tylko wymyślony naprędce jakiś.
By mi w myśleniu moim, nie przeszkadzał dalej.
Raz do wagonu złego wsiadłam.
Przez przypadek.
Dla palących.
I przez całą drogę, w dymie papierosowym siedziałam.
I w tym dymie myślałam.
O życiu.
O sobie.
O nim.
O mężu moim.
Myślałam zawsze.
Czy kiedyś, tym moim mężem zostanie.
Na pola patrzyłam.
Szronem pokryte.
O tej siódmej rano.
Na dym z kominów.
I światła w oknach, po drodze.
Ile ja się namyślałam.
Ile tych kanapek z serem zjadłam.
A gdy pociąg do Łodzi fabrycznej dojeżdżał.
Wysiadałam z niego.
Przechodziłam na drugą stronę torów.
I na powrotny pociąg czekałam.
Parę gorącą w zmrożone powietrze wydmuchiwałam.
Do wagonu wsiadałam.
W powrotną stronę.
Na zajęcia nie szłam.
Nie byłam już w stanie.
Przez te myśli moje.

Do Warszawy wracałam.
Wiedząc, że w sobotę kolejną.
Do pociągu tego wsiądę.
By do Łodzi fabrycznej pojechać znowu.
I na te pola zamarźnięte patrzeć.
I myśleć.
O życiu.
O mężu moim.
Który mężem moim, wtedy jeszcze, w ogóle nie był.

Tych studiów nie skończyłam.
Za mało razy, udało mi się z dworca wydostać.
Przez te myśli moje.
Ale te studia uważam.
Za jedne z najlepszych.
Jakie w życiu miałam.
Bo nauczyłam się na nich.
Najwięcej.
O życiu.
O sobie.
O tym kim jestem.
I dlaczego.
Tym kimś, kim jestem. Jestem.
I o tym.
Że czasem.
By coś sobie ważnego, w życiu uświadomić.
Wystarczy wsiąść do pociągu do Łodzi.
Lub do jakiegokolwiek, pociągu innego.
I na te pola, zamarźnięte, popatrzeć.
I w stukot pociągu, po torach się wsłuchać.
I w siebie.

walek
coś pysznego, macierzyństwo

Terapia wałkiem

Przez te 14 miesięcy, wiele, oj jak wiele razy, miałam chwile zwątpienia. 
Chwile wycia, ścian gryzienia, i momentów totalnego oklapywania na łóżko z rozpaczy.
Czasem było tak źle, że od wyjścia z domu, i nigdy już nie wrócenia, dzieliła mnie sekunda, milimetr, jeden kroczek mały. 

W takich sytuacjach, taki oto schemat, działał u mnie zawsze:

Po pierwsze, ogarniałam się wizualnie. 

Ryczące, nie chcące zasnąć, stękające, czy z innego powodu jakiegoś, na maxa mnie w tym momencie irytujące, dziecko, wkładałam do kojca. Szłam do łazienki. Zapuchniętą od płaczu twarz, pod zimną wodę wkładałam. I malowałam się. Róż na policzki kładłam. Tusz na rzęsy. Włosy rozczesywałam. Jakąś ładniejszą bluzkę zakładałam, a czasem gdy bardzo źle było, w ogóle głowę myłam. Na wycie dziecka, w tym momencie, starałam się uwagi nie zwracać. 

Taka wyszykowana, od razu lepiej się czułam, i płakać już dalej nie mogłam, bo bym przecież ten makijaż, co zrobiłam przed chwilą, rozmazała sobie. 

Po drugie, gdy już wyglądem przypominałam człowieka, dziecko pakowałam do wózka. Czy deszcz, czy śnieg, czy lato, czy zima – trudno! Z domu trzeba w tej sytuacji wyjść koniecznie. 

Rożne były u mnie etapy. Czasem się udawało do sklepu wejść, czasem nie, ale w tej wersji przyjmijmy, że sklep jest jednak jakąś opcją dla nas. A mam tu na myśli sklep spożywczy jakiś.

Dziecku w tym sklepie można kupić bułkę, albo wafle ryżowe, by paszczę zamknęło choć na chwilę krótką. A gdy jest za małe na pokarmy stałe, to trudno, niech płacze. Albo robimy zakupy w wersji w biegu, gdy nie przystajemy wcale. Kartę kredytowa już przed sklepem wyjętą, w wyciągniętej dłoni trzymamy, i wokół kasy krążymy wózkiem bujając, podczas gdy pani ekspedientka nam zakupy do siatki pakuje.

W sklepie kupujemy. Mąkę. Jajka. Cukier. Tak cukier. Masło. Czekoladę gorzką. I torebkę cukru wanilinowego.

Z tym wszystkim wracamy do domu. Wyciągamy z wózka dziecko, które po spacerze jest albo śpiące, albo wręcz przeciwnie, wyspane. I tutaj mamy różne opcje. Albo do łóżeczka je, albo do kojca. Jak nie śpi i płacze, bo zęby idą albo inne dziady, to bierzemy nosidło jakie kto ma, i dziecko na siebie wkładamy.

Z zakupami i dzieckiem, lub z zakupami bez dziecka, jeżeli tak się akurat cudownie złożyło, że postanowiło zasnąć w łóżeczku swoim, w co watpię. Idziemy do kuchni. I tam się zaczyna dziać magia. Terapia dla sfrustrowanych i zmęczonych matek najlepsza. Pieczenie ciasta, czekoladowego się rozpoczyna.

Rozpuszczamy w garnuszku czekoladę. Dodajemy cukier i masło. Mąkę z jajkami mieszamy. I to wszystko łączymy. Wstawiamy do piekarnika na 190 stopni. 30 minut czekamy. Z dzieckiem się chwilę bawimy. Włączamy muzykę jakąś, i tańczymy sobie.

I gdy tajmer pikając, gotowe ciasto nam anonsuje. To nagle się okazuje, że od załamania naszego, minęły już trzy godziny. Że zaraz właśnie, nasz mąż z pracy wraca. Że w mieszkaniu pachnie czekoladą obłędnie, a dziecko jakoś w tym czasie, o wiele mniej denerwujące się stało. I że tak naprawdę ten dzień, to całkiem fajny był.

A jeśli taka sytuacja, z gorszym nastrojem się częściej powtarza. Wtedy proponuję, zamienić te ciasto, na różne inne potrawy. Naleśniki, kopytka, ciasteczka owsiane, a i dla tych co na diecie, też masa przepisów się znajdzie.

Bo w kuchni jest magia wielka. Łyżką mieszanie, demony przegania. A wałek to najlepszy jest terapeuta. Wiedzą to nasze matki, i nasze babki wiedzą. Bo od prababek i praprababek, się dowiedziały o tym. Że nic na chandrę tak nie pomaga, jak fartuch mąką ufajdany. I racuchów smażonych z jabłkami zapach.

Przepis na brownie:

Perfect! Brownie!

kakao
życie

Życie jest gdzieś pomiędzy

Pomiędzy jedną, a drugą kawą.
Serialem o 20:00, a tym o 21:00.
Po drodze z punktu A, do punktu B.
Pomiędzy urodzinami trzydziestoma trzecimi, a tymi już za niedługo trzydziestoma czwartymi.
Pomiędzy Wigilią, a Sylwestrem.
Pomiędzy wyjściem z pracy, a dotarciem do domu.
Gdzieś w połowie spaceru.
Pomiędzy zupą, a drugim daniem.
W przerwie pomiędzy aktami.
Pomiędzy ważnymi spotkaniami, na które tak czekamy.
Podczas dziecka usypiania.
Koszul prasowania.
Zmywania naczyń.
W trakcie krojenia chleba.
Tuż przed pierwszym kęsem.
I w tym momencie, gdy do przyjścia gości, zostało jeszcze pięć minut.
Gdy śmieci wyrzucam, po drodze na jogę.
Paznokcie u stóp obcinam.
Gdy czekam z numerkiem A035, na swoją kolej w urzędzie.
Gdy z farbą u fryzjera siedzę.
Buraki obieram, a ręce mam całe czerwone od soku.
I potem, gdy długo pod kranem, te ręce myję.
Gdy walizkę, na wakacje, pakuję.
I dziecku kurtkę, przed wyjściem, zakładam.
To w tej chwili właśnie, moje życie się dzieje.
W chwili włosów suszenia.
Zakładania skarpetek.
Wycierania ścierką blatu.
W czekaniu, aż ostygnie kakao.

pozar
życie

Co wynieść z pożaru

Miesiąc temu, u nas w bloku był pożar.
Na parterze, w mieszkaniu u jednej pani, okap się zapalił. Tak nagle, sam z siebie, zupełnie niespodziewanie.

Maciek właśnie Kajkę usypiał, a ja przez telefon z mamą gadałam. I nagle przez okno, kłęby dymu wdzierać się do naszego salonu zaczęły. I smród okropny spalenizny za nim.

Od razu wiadomo było, że to nie o kotleta chodzi, więc pędem do sypialni naszej ruszyłam. Dziecko, ze śpiworka wyciągać zaczęłam, i Maćkowi w popłochu polecania wydawać.

Że trzeba się ewakuować natychmiast. Kota do koszyka włożyć. Psa na smycz wziąć, i walizki szybko pakować.

Maciek oszołomiony sytuacją nieco, spokojnym krokiem do salonu się udał, gdzie już się szaro powoli robiło. Więc nieco szybciej już, na korytarz wyleciał, by sytuację dogłębniej zbadać.

Na parterze, natknął się na strażaków, którzy to pędem okap płonący ugasić biegli. Tam też poinformowany został, że ewakuacja nie będzie konieczna.

Ta cała akcja, jednak mocno mną wstrząsnęła. I do dzisiaj czasem, myślę sobie o tym. Co by to było, gdyby faktycznie, nagle, natychmiast ewakuować się trzeba było.

Bo to nie jest wcale, taka prosta sprawa. Co wziąć ze sobą, a czego nie. O czym pamietać koniecznie trzeba, a na co ręką machnąć i już.

W głowie więc, listy tych rzeczy ważnych, tworzyć zaczęłam, i nawet się zastanawiać, czy nie warto już wcześniej spakować wszystkiego. Do jakiejś walizki jednej, żeby ją zawsze pod ręką mieć, na wypadek takiego pożaru właśnie.

Po pierwsze i najważniejsze, przy ewakuacji każdej, jest dziecko moje. Pytanie tylko, czy w piżamie? Czy może szybko je przebrać, coś cieplejszego założyć? Albo chociaż w koc jakiś zawinąć żeby nie zmarzło.

Po drugie, zwierzęta. Kota do koszyka włożyć, psa na smycz przypiąć, bo inaczej gdzieś zwieją niechybnie w popłochu.

Po trzecie, rzeczy praktyczne:
Portfel, telefon, kluczyki do samochodu.
Dokumenty rożne. Dyplomy, świadectwa, akty i inne umowy.

Po czwarte, emocjonalne rzeczy:
Laptop ze zdjęciami z lat paru, których wywołać się nie chciało nikomu. Albumy z tymi zdjęciami już wywołanymi. Ze ślubu. Z wakacji. Z dzieciństwa. Zdjęcie, jak z mężem na dyskotece, w czwartej klasie podstawówki tańczymy. Zdjęcie mojej mamy, w okularach muchach. Zdjęcie prababci, gdy pięć lat miała. I sto innych zdjęć.

Biżuteria. Ta ze złota, i ta ze sznurka. Tak samo wartościowa dla mnie. Zaręczynowy pierścionek. I bransoletka z muszelek, z tych naszych pierwszych wakacji na Krecie.

Pamiątki po babci, pamiątki od dziadka. Kolczyki z piórek, i pozytywka.

Święta Ikona od księdza Michała. I ususzona, z chrztu Kajki, róża.

Torebka, na którą odkładałam tak długo. I ta sukienka, w której tańczyłam do rana.

Książki. Wszystkie z pożaru wynieść bym chciała. A już na pewno Szymborskiej pierwsze wydanie. Małego Księcia z podartą okładką i “Damę Kameliową” z 1975 roku.

Króliczka, którego kupiłam dla Kai, gdy na teście mi dwie kreski wyszły. I ten test rownież, bo mam go w pudełku. Obrazek od kuzyna, od przyjaciółki listy. I od męża tę walentynkę pierwszą. Od Taty kartkę urodzinową, którą mi z Czechosłowacji wysłał. I bombki ręcznie malowane, które dziadek grafik, od kolegi grafika, sto lat temu dostał.

O telewizorze, aparacie, dolarach w skarpecie, nie myślę. Czasu na ich spakowanie, na pewno nie starczy. A tyle innych rzeczy w kolejce. Droższych i po stokroć cenniejszych jest przecież.

I tak sobie myślę, że jak to się stało, że tyle tych rzeczy nazbierało mi się. I jak to już ciężko, za kolejne lat dziesięć, do jednej walizki spakować się będzie.