Monthly Archives

Listopad 2016

zabawki2
macierzyństwo

Zabawki

Moje dziecko jest dziwne jeśli chodzi o gust zabawkowy.

Na rynku teraz jest cała masa zabawek przepięknych.
Drewnianych, pluszowych, szmacianych.
Klocków, maleńkich myszek, puzzli z grafiką robioną przez rysowników najlepszych.
Książki cudowne. Normalnie dzieła sztuki.

I ja to kupuję. W internecie, na instagramie, na blogach wyszukuję. Zamawiam.
Za ostatnie pieniądze w księgarni, książki dla Kajki kupuję, bo takie są piękne, że wolę na kawę nie iść, tusz sobie do rzęs tańszy kupić niż bez tej książki wyjść.

Ostatnio z Anglii książkę ściągałam. Taka jest piękna. No przepiękna jest.
Jak przyszła paczka, to się normalnie przy tej książce dwa dni kręciłam.
Oglądałam, dłonią okładkę gładziłam i wzdychałam z rozkoszy. Bo to nie byle jaka książka była. Ale książka, która dostała nagrody różne za ilustracje właśnie.

Mąż mój nadziwić się nie mógł, że co też ja zamówiłam dla dziecka naszego rocznego.
Że przecież to się nie nadaje dla niej zupełnie. Bo to dla dzieci od 6-7 roku życia a może nawet i starszych jest. I po angielsku do tego. Dasz dzieciakowi taką piękną książkę to zniszczy zaraz. Tak więc na półce na razie stoi, ale wyglada tam pięknie. No mówię Wam cudo.

On to w ogóle sceptycznie do moich dla Kajki zakupów podchodzi.
Przyznaję, że większość z nich jest trochę na wyrost.
Książki to głównie ilustracyjne majstersztyki, dla niej na teraz zupełnie bez sensu.
Puzzle i klocki drewniane też jakoś nie cieszą się powodzeniem.

Raz Maciek wrócił po pracy. Minę miał taką jakby normalnie w totolotka milion złotych wygrał właśnie. Kajka podbiegła do niego jak co dzień. A on z plecaka plastikowe coś wyciąga i cieszy się jak głupi do sera. Plastikowy telefon, który gra jak się naciska guziczki różne.
Piszczy tak i brzydki jest tak, że jak ja to zobaczyłam, to myślałam, że padnę.
I na dodatek wielkości jest cegły.

A dziecko oczy zrobiło maślane. Po plastikową maszkarę rączki wyciągać zaczęło.
Na nic się zdało moje odwracanie uwagi króliczkiem pluszowym, mięciutkim takim,
że sama czasem twarz przytulam do niego. Telefon się spodobał. Bardzo.
Targany jest codziennie po całym salonie.
Dźwięki wydobywające się z niego, po nocach śnią mi się czasem jako koszmar jakiś.

Nieważne. Dzisiaj na spacerze weszłyśmy z Kajką do sklepu jednego.
Sklepu z książkami i zabawkami dla dzieci.
Sklepu, w którym gdybym mogła, to całą miesięczną pensję zostawić bym potrafiła.
Bo to jest sklep z duszą. Mają tam cudeńka takie, że serio na co dzień staram się go omijać. Dzisiaj weszłam bo święta już blisko.
Po drodze mikołajki i w ogóle dawno nie byłam.
To weszłam.

O moich zakupach tam wolę nie pisać.
Bo zakupy w fajnym sklepie z Kajką w wózku kończą się zazwyczaj, panicznym przez mnie na szybko wrzucaniem do koszyka wszystkiego, co mi się wyda fajne/ładne, czyli w takim sklepie prawie całego asortymentu. Bo ja mam czasu mało. Bo Kaja zaraz zacznie marudzić.
Więc biorę to i to i jeszcze na szybko tamto i przy kasie jeszcze oczami szaleńczo po wszystkim latam i w ostatniej chwili dwie rzeczy dorzucam. Przy płaceniu na chwilę mdleję.
Potem szybko wychodzę. Ślinę przełykam i wyrzucam do kosza po drodze rachunek,
by jak najszybciej zapomnieć o mojej w tym sklepie wizycie.

W trakcie zakupów w tym fajnym sklepie, Kajka rykiem i kwikiem obwieściła swoje zainteresowanie takim małym ze szmatek uszytym wilczkiem. Więc wzięłam tego wilczka. Dawno nic nie dostała. Wilczek bardzo sympatycznie się prezentował. Więc wzięłam koleżkę i poprosiłam panią o w pierwszej kolejności kodu z niego na kasę nabicie. Tak, by coraz głośniejsze kwiki wydobywające się z wózka uciszyć naprędce.

Wilczek po dwóch zakrętach i minutach pięciu wylądował na chodniku, a córka moja widząc go w swojej okolicy, głową kręcić zaczęła, że ne ne ne ona już nie chce go w wózku u siebie widzieć.

Schowałam drania bo znam już takie akcje. Za chwilę jej się odwidzi. Spoko.

Cały dzień potem z tym wilczkiem cholernym latałam za nią.
Próbując podmieniać nim pudełko chusteczek, pustą butelkę po wodzie czy podartą gazetę moją Elle, która to jest zabawką Kai najulubieńszą. Niestety wysiłek mój kończył się pogardliwym wilczka w dal odrzucaniem i z okrzykiem radości rzucanie się na puste opakowanie po czekoladzie oraz puszkę orzeszków ziemnych Felix, która wygrywa z każdą grzechotką.

Przy usypianiu wieczornym rownież chciałam wilczka przemycić, by zaszczytu spania z Kajką w łóżku doświadczył. Jednakże przy podwieczorku dziecko moje dosłownie wczepiło się w tubkę owoców marki Hipp i już do zaśnięcia córka i owoców leśnych tubka nierozerwalne były.

Jest mi wilczka żal, bo razem naprawdę staraliśmy się bardzo.
Z wizją mojego dziecka z rozkosznie potarganym włosem i w rączce wiszącym wilczkiem szmacianym pożegnać się raczej muszę.

A pod choinkę chyba już zacznę zbierać śmiecie wszelakie.
Po jajkach pudełka i po herbacie.
Kapsułki po kawie i te tuby tekturowe, które po papierze toaletowym zostają.
I bąbelkową folię, w którą przesyłki kurierskie pakują.
By córka moja czym się bawić miała.

czas2
życie

Czas

To takie dziwne. Z tym czasem. Uczucia mam co do niego mieszane.

Tak szybko mija i jest go za mało. Na książki. Na filmy. Na siebie.

Że te osoby tak bliskie, coraz się starsze stają, i tego czasu z nimi już coraz mniej mamy.

Że czasem, z tym czasem nie potrafię sobie poradzić, bo za szybko leci.

I te skarpetki z liskiem już za małe na Kajkę są.

I te wakacje nad morzem, to już tak dawno były.

A przecież dopiero co piasek z plecaka wytrzepywałam.  Wiaderko i foremki wszystkie myłam.

A z drugiej strony codziennie na zegarek patrzę i modlę się w duszy, żeby kolejna godzina minęła, i on już do domu wrócił.

Czasem chcę żeby już te smętne miesiące skończyły się i znowu wiosna była.

A potem chcę zatrzymać chwilę jedną, sobotę, wieczór albo ten poranek słodki. Na dłużej.

Na zawsze najlepiej.

Bo za wcześnie jest, albo za późno już na coś.

Bo się wlecze.

Bo pędzi jak szalony.

Bo nie ma go dla mnie wcale.

Bo wieczorem, gdy siedzimy na kanapie, to nagle okazuje się, że już czas iść spać, a ja nie chcę jeszcze.

Bo nagle patrzę i siwe włosy mam tam, gdzie ciemny blond jeszcze wczoraj był tak mi się zdaje.

Bo ta koleżanka jedna już dawno z Polski wyjechała.

A ta druga od paru lat się nie odzywa.

Bo ten kuzyn mój od trzech lat już nie żyje.

To na co czekałam tak bardzo, już dawno minęło.

To na co czekam jeszcze, tak daleko w przyszłości przede mną jest.

Bo ta sztuka, ten film, ta książka już kończy się.

Bo kolejna zima i święta przed nami.

Bo Dziadek już coraz starszy.

Bo może kiedyś drugie dziecko byśmy chcieli.

I może kiedyś dom zbudujemy. Na Mazurach drewniany. Z kominkiem.

Bo za rok posadzę na tarasie pomidory. I już się doczekać nie mogę.

Na truskawki znowu w roku przyszłym.

Bo za jakiś czas, gdy na ten wpis spojrzę.
To on już taki będzie dawno temu przeze mnie napisany.

I teraz też walczę z tym czasem dwojakim.
Z jednej strony powolnym. Z drugiej za szybko pędzącym.

I nijak pogodzić się tego nie da.
Że coś nam zabiera, coś nieustannie zmienia.
I daje nadzieję i tę energię do życia. Że jutro. Za tydzień. Za rok.

Coś będzie takiego. Na co czekamy z uśmiechem.

Oj czasie. Ty dajesz coś, by zabrać coś innego stale. I lecisz do przodu. Bezwzględnie. Wytrwale.

Za szybko. Za wolno czasem.

 

klara
życie

Klara

To będzie wpis z serii – lepiej żeby moi rodzice nie czytali tego.

Bo to będzie wpis o tym, jak rzygałyśmy razem na boisku do koszykówki.
Jak rzygałyśmy po piwach czterech. Piwach Regina naprędce wypitych.

To będzie wpis o tym, jak na obozie sportowym, po imprezie jednej z wielu, drzwi do łazienki nam w domku wypadły. I jak był obchód, to ja w toalecie stałam i drzwi z drugiej strony trzymałam. A Klara mówiła, że ja tam problemy z żołądkiem mam.

Wpis o tym, jak to w liceum zamiast nauczycieli na lekcjach słuchać, my tysiąc pięćset stron listów wysyłałyśmy pod biurkiem do siebie. I jak kodem pisać zaczęłyśmy, bo w pewnym momencie listy były przechwytywane.

Wpis o tym, jak na długiej przerwie na „robotnika” na wodomiar chodziłyśmy co dzień.
Co u rodziców panikę wzbudziło, że to niechybnie alkohol jest. A to był kefir. I kajzerka.

O tym jak pogrzeb wróbelka na boisku szkolnym odprawiłyśmy, i jak panu od chemii podkradałyśmy dziennik i inne oceny niż pały (a tylko takie z chemii miałyśmy) wpisywałyśmy sobie, bo biedak wszystko ołówkiem pisał. I potem słowa nie mówił, gdy tu nagle przy moim nazwisku cztery plus stało.

Wpis o tym, jak razem akcentowałyśmy słowo „browara” tak jak nikt nigdy.
A ja do dziś tak potrafię.

O tym, jak kasetę Molesty słuchałyśmy razy tyle, że się w końcu taśma podarła od piosenek przewijania.

Jak hamburgery jadłyśmy z budy u dziada.

Paznokcie malowałyśmy. Każdy kolorem innym.

O tym, jak za zakonnice się przebrałyśmy na licealnym balu.

I jak tym chłopakom, co podobali nam się, pseudonimy warzywne nadawałyśmy.
Tak aby nikt się nie zorientował o kogo nam chodzi.
A moim mężem Natka Pietruszki została.

I o tym, że jej córeczka mała, ma teraz taki sam szelmowski uśmiech jak ona.

I ta właśnie Klara, co mnie tak rozpić według moich rodziców chciała, przepiękne swetry na drutach dziś robi.

I Kaja też od niej sweter dostała i dumnie go nosi wcierając weń brokuł.

Sklep ze swetrami Klary znajdziecie tu: MJUK

dom
życie

Dom

Mój dom to plama po rosole, w drewnianą wtarta podłogę.

To koci wąs na poduszce mojej, nie wiadomo skąd się wzięty.

Dom to dżem malinowy w lodówce, do połowy zjedzony.

Maleńkie rączki i nos psi na szybach odbity. I na szafkach kuchennych. Pięć minut po ich umyciu.

To rysy na stole drewnianym, przez moją córkę łyżką zrobione.

Te w deskach odciśnięte obcasy babcine.

To ten obraz na ścianie, który namalowałam jeszcze w ciąży będąc.

Ubłocone buty mojego męża. Na dywaniku w przedpokoju.

To milion książek, których już gdzie stawiać nie mamy.

Śmiech mojego dziecka.

I wiecznie pełny kosz na pranie.

Dom to zapach własnej roboty chleba.

Frank Sinatra na gramofonie.

Na pierwszą gwiazdkę oczekiwanie.

To otwieranie drzwi przed tymi, których kochamy.

To herbaty siedem smaków.

Kubek każdy inny.

I ten jeden wyszczerbiony, którego nie wyrzucimy przenigdy.

Kakao w szufladzie i maltanki w czekoladzie.

To ciepłe ramiona mojego męża.

I pachnące uszko córeczki mojej.

Ludzik Duplo pod kołdrą.

I naklejka z biedronką na pralce naklejona.

Bo mój dom to miłość we wszystkich swoich postaciach.