Monthly Archives

Grudzień 2016

zyczenia
życie

Życzenia

Życzę Ci słońca, żeby radością napełniało całe Twoje ciało.

I życzę Ci dni pochmurnych, byś się z tego słońca potem cieszył.

Życzę Ci tej chrupiącej piętki od chleba masłem posmarowanej.

Gorącej herbaty z cytryną gdy zimno.

I chłodnej wody gdy za gorąco.

Życzę Ci braku porównywania.

Tego żeby nigdy nie było za późno.

Życzę Ci zrobienia właściwego kroku.

Wiary w cuda. Bo chyba wierzysz w biedronki?

Życzę Ci siły do przyznania się czasem, że już tej siły nie masz.

Wspólnych kolacji i samotnych spacerów.

Odwagi by iść za głosem serca a nie tłumu.

Patrzenia w chmury.

Skakania w kałuży bez stresu, że buty przemokną.
Bo masz przecież w szafie drugą a nawet i trzecią parę.

Patrzenia daleko i na to co pod samym nosem.

Babcinego sernika.

I ziemniaków z ogniska. Z masłem. I z solą.

Życzę Ci butów wygodnych, w których zawsze dotrzesz do celu.

I tego celu Ci życzę, żebyś miał dokąd w tych butach iść.

Dymu z komina.

I góry prania Ci życzę, żebyś pamiętał że nie jesteś sam.

Machania ogonem na Twój widok.

Na kolanach mruczenia.

Porządku w głowie.

I bałaganu w mieszkaniu, abyś sprzątając uświadomił sobie, że masz co sprzątać.

Ludzi Ci życzę najróżniejszych wkoło.
Bo każdy z nich czegoś Cię nauczyć może.

Nie przyjmowania odmowy, gdy na czymś Ci bardzo zależy.

I chwili każdej w taki sposób spędzonej.
Jakby to najważniejsza w życiu Twoim chwila była.

Życzę Ci zmiany „muszę” na „mogę”.

I oczu jednych Ci życzę, które na Ciebie tylko patrzeć bedą.
I tylko Ciebie na świecie widzieć.

Życzę Ci w te Święta w sam raz wszystkiego wystarczająco dla Ciebie dobrego.

gdyjestesmama
macierzyństwo

Gdy jesteś mamą

Gdy jesteś mamą i tak się zdarzy, późnym wieczorem w sobotę.
Że Twoja córeczka albo maleńki Twój synek budzi się nagle z płaczem.
I wiesz, że tylko w Twoich ramionach płakać przestaje.
To wszystko rzucasz i z tymi ramionami biegniesz.
Zębów nie myjesz.
Tusz na rzęsach zostawiasz.
Film w połowie przerywasz.
Indyka nie dopiekasz i prania powiesić nie zdążasz.
W piżamę się przebierasz w biegu, i do łóżka się z dzieckiem wtulonym w siebie kładziesz.

Gdy jesteś mamą to wodę z czajnika przegotowaną pijesz.
Bo mineralnej ostatnia została butelka, a do mleka na rano wystarczyć przecież musi.

Gdy jesteś mamą to ostatnią oddajesz malinę i tę przedostatnią też malinę oddajesz.

Po banany do zieleniaka tego dalszego, w największą zamieć lecisz.
Bo tam te najsłodsze sprzedają chiquita a ona czy on je najbardziej lubi.

Gdy jesteś mamą To biżuterii od roku nie nosisz.
Bo już dwa łańcuszki zerwane zostały.
W tym ten ulubiony z Paryża.

Gdy jesteś mamą to masz zawsze w torebce dwa zapasowe smoczki a puderniczki nie masz.
Bo zapomniałaś przełożyć z innej torebki już dwa miesiące temu.

Gdy jesteś mamą to wiesz, która mina oznacza, że pora już wracać do domu.

Perfum nie używasz, żeby nie drażnić noska małego.

Słuch masz w nocy wyostrzony tak, że słyszysz każdy szelest w łóżeczku obok.
I budzisz się zawsze na chwilę przed tym, zanim ona się budzi.
By mleko podać i utulić od razu.

Gdy jesteś mamą to zupę gotujesz o jedenastej wieczorem, a potem miksujesz i do maleńkich pojemniczków przekładasz.
I mrozisz.
A potem do kosza to wszystko wyrzucasz bo jej nie smakuje.
I na szybko naleśniki smażysz.

Biegniesz do drugiego pokoju, gdy ona nie może tego plastikowego brokuła znaleźć.
A Ty wiesz, że go tam wczoraj w szufladzie widziałaś.

Gdy jesteś mamą to dwunasty raz z rzędu piosenkę z tik taka puszczasz.
I dwunasty raz z rzędu z dzieckiem na rękach tańczysz do niej.

Przy oknie stoisz i za nóżki trzymasz, żeby z parapetu nie spadła.
I cierpliwie czekasz, aż jakiś ptak przeleci.
Czasami i pół godziny.

Nigdy nie zostawiasz jej samej jak płacze. Nigdy.
Nawet gdy przez to cały dzień nie jesz i z toalety skorzystać nie możesz.

Gdy jesteś mamą to pozwalasz na to, żeby wszystkie chusteczki powyciągała z pudełka.
A potem je równo składasz i z powrotem do pudełka chowasz.

Zjadasz ze smakiem niewidzialną zupę.
I herbatę wyimaginowaną z mikro filiżanki pijesz.
A ta prawdziwa niedopita od rana na blacie stoi.

Palec w oku cierpliwie znosisz mówiąc po raz kolejny, że tak to jest oko.

Na rękach nosisz tyle, ile ona potrzebuje.
Czasami pare minut.
Czasami dwie godziny.

Gdy jesteś mamą maleńkie paznokcie obcinasz, na moment przed podrapaniem buzi.

I tuż przed upadkiem ją w locie łapiesz.
Sekundę przed z ziemia zderzeniem.
Gdy jesteś mamą.

Bo gdy jesteś mamą to jesteś zawsze dla dziecka swojego.
I gdy mamą jesteś.
To wiesz.
Że inaczej się być mamą nie da.

choinka
życie

Choinka

Pod gumową podeszwą moich na suwak botków skrzypi śnieg.

Moja mała rączka w wełnianej rękawiczce z bałwankiem, którą na drutach zrobiła mi Babcia, mocno zaciska się na grubej, skórzanej rękawicy Taty.

Jest ciemno.
A jednocześnie bardzo jasno, bo wszystkie latarnie, i światła w oknach, które mijamy odbijają się podwójnie i w śniegu potrójnie. Spadające z nieba śnieżynki migoczą w ich świetle.
I rozpuszczają się na moich rzęsach.
Osiadają na niebieskiej w paski czapce Taty.

Idziemy równym krokiem.
Razem z innymi, którzy w tym samym kierunku idą.
Niektórzy ciągną sanki, na których jadą młodsze ode mnie dzieci.

Idziemy wydychając parę z ust.
Ust, które układają się w uśmiech nieświadomie.
Bo idziemy kupić choinkę. Na Polną. Na na Polnej bazar.

Chodzimy tam po choinkę zawsze.
Co roku.
Od pięciu lat, od których jestem na świecie.
I jest to wydarzenie, które ust układanie w uśmiech szeroki, powoduje u mnie niezmiennie.

Tata z uwagą ogląda choinki.
Sprawdza pod kątem wielkości, aby nie była za duża, ani za mała żeby nie była.
Tak aby do naszego plastikowego stojaka z nogami, który Tata już rano z piwnicy wyniósł, zmieściła się idealnie.
Bez specjalnego przycinania pieńka.

Wybieramy świerk.
Który wydaje się nam tam na miejscu idealny.
W domu okazuje się, że z którejś strony, niewidocznej dla nas w tamtej pełnej migoczących śnieżynek chwili, jest krzywy totalnie.

Nie szkodzi.
Dla mnie jest idealny.

W domu pachnie barszczem i pieczonym karpiem.
Mała czarna jamniczka macha ogonem na nasz widok.
Na widok choinki lekko się jeży i szczeka.

Mama w fartuchu wygląda z kuchni i kręci nosem, że za dużą choinkę kupiliśmy znowu.
I że jej się rozklejają uszka kurde mol mówi.
A grzyby jakieś twarde są i zmięknąć nie chcą jej za nic.

Tata zdejmuje z pawlacza pudła.
Te z włosem anielskim i te z bombkami.
Te z ptaszkami ze słomki i drewnianymi kolędnikami.
Z torby wysypują się plastikowe zielone haczyki, na których wieszamy bombki.
Kabel od lampek totalnie poplątany.
A w zeszłym roku przecież na pewno zwijaliśmy dokładnie żeby się nie plątał.

Tata włącza kasetę z kolędami Eleni.
Ja wygrzebuję z torby ulubione bombki w kształcie bałwanków z czerwonym szalikiem i te z szalikiem niebieskim.
I tę najulubieńszą bombkę, murzyńskiego króla w różowej szacie z brokatem.

Kolejność jest ustalona.
I dla wszystkich oczywista.
Najpierw lampki Tata zawiesza, następnie wieszamy bombki i na to łańcuchy i anielskie włosie.
Ja sobie stołek przysuwam żeby do wyższych dosięgnąć gałęzi.
Tata zawiesza na czubku gwiazdę.

Co jakiś czas zagląda do nas Mama w fartuchu mąką ufajdanym żeby zobaczyć jak wygląda choinka.
A wygląda najpiękniej na świecie.
Obwieszona ze sreberek po czekoladkach zrobionym przeze mnie łańcuchem.
I tym z kolorowych papierków krzywo pozlepianych.

Trzydzieści lat pózniej mój mąż na innym zupełnie bazarze, choinkę z namysłem wybiera.
Aby nie była za mała, ale też żeby nie była za duża.
Tak aby do naszego metalowego stojaka w kształcie gwiazdy bez przycinania pieńka się idealnie mieściła.

Obok ja stoję i w ręku trzymam wózek.
A w wózku nasza córka z oczami jak spodki na choinek wybór patrzy z podziwem.
I w oczach jej niebieskich, światełek choinkowych blask odbija się podwójnie i potrójnie się w nich odbija.

Bierzemy jodłę.
Pachnącą lasem.
Idealnie prostą i kształtną podczas zakupu.
W domu w magiczny sposób na krzywą zupełnie podmienioną.

Łaciaty kundel ogonem macha i dokładnie obwąchuje drzewko.
Maciek z piwnicy pudło z bombkami przynosi.
Ja włączam świąteczną płytę Elvisa.
W piekarniku suszą się plastry pomarańczy, które na choince zawiesimy potem.
W pokoju obok śpi nasza córeczka.

Otwieram pudło i tę bombkę wyciągam najulubieńszą swoją.
Z murzyńskim królem w różowej szacie z brokatem.

girls
życie

Dziewczyny

Nie to żeby to miał być blog tylko dla dziewczyn.
Absolutnie.
Jednakże nie da się zaprzeczyć, że sama dziewczyną jestem.

Lubię zapalić wieczorem świeczkę yankee candle o zapachu ciasteczek na przykład.
I za każdym razem mój mąż się nabiera, że ciasto jakieś piekę i nos łakomy do kuchni wtyka.

Mam pięć par zimowych butów, które według męża mojego są identyczne.
Wędług mnie nie są identyczne wcale.
I myślę właśnie nad zakupem szóstej pary, innej oczywiście od tych pięciu zupełnie.

Na manicure chodzić uwielbiam.
Swój ulubiony mam lakier Opi w kolorze kajuńskiej krewetki.
I zupełnie nie wiem na czym to polega, ale z pomalowanymi paznokciami od razu mi się humor poprawia. Jak pieluchę zmieniam i te mini pupę chusteczką wycieram i gdzieś mi ten mój paznokieć mignie czerwony, to od razu się jak kobieta bardziej czuję.
Pomimo tej sytuacji, w której się znajduję aktualnie.

Lubię do fryzjera chodzić i kawy tam się w białej filiżance napić.
Gazety zaległe przejrzeć.
I trzy godziny tam spędzić.
Wydać majątek i potem się dziwić, że nikt nie zauważył, że u fryzjera byłam.
A przecież kolor o jeden ton rozjaśniłam.
I włosy podcięłam o pół centymetra przecież.

Torebki lubię bardzo wszelakie.
Brązowe, czarne i szare.
Skórzane na pasku długim do przewieszenia przez ramię, i takie na krótszym workowate bardziej. Mam ich pół jednej szafy i nasycić się nimi nie mogę.
Co i rusz jakieś kolejne do kolekcji wynajduję.
A mąż mój od pięciu lat jeden ten sam plecak nosi.
A nosiłby i od piętnastu gdyby poprzedniego mu nasz kot nie obsikał.

W mieszkaniu meble co jakiś czas przesuwam.
Rzeczy na półkach przestawiam.
Poduszki na kanapę kupuję nowe.
I zmieniam w szufladach zawartość.
Maciek już się poddał tym zmianom nieustającym i dziwić się przestał, jak czegoś co wcześniej tam było nie może znaleźć.
Albo jak mebel jakiś nagle swój kolor zmienia.
Na biały. Albo na turkusowy.

Ostatnio, trochę przez ten blog, mam kontakt z wieloma dziewczynami.
Niektóre znam od lat.
Inne od niedawna dopiero.
A jeszcze kolejne dopiero poznaję.

I każda z nich jest na swój sposób wyjątkowa.
Jedna ma piękne włosy.
Inna piękne mieszkanie.
A jeszcze inna pięknie pisze i serce ma piękne.

Każda z nich inspiruje mnie niesamowicie.
Do zmiany na lepsze.
Do uśmiechu na co dzień.
Do zapalenia tej świeczki.
Do umalowania rzęs rano tym tuszem co tamta poleciła mi wczoraj.
Do zrobienia ciasta z przepisu tej, która zamiast masła olej kokosowy dodaje.
Do przeczytania książki, którą ona mi tak serdecznie poleca.

I to dzięki nim właśnie.
Tym dziewczynom wkoło.
Życie moje się kręci.
Jakoś weselej i lżej dnia każdego.
Humor mam lepszy.
I pomysłów na dnia spędzenie i o siebie zadbanie mam więcej.

Gdy mąż mój ma dosyć esemesów zmęczonych ode mnie, to one nie mają.
Gdy już z mężem na siebie patrzeć nie możemy, to idę sobie popatrzeć na nie.
I od razu wszystkim jest lepiej.

I myślę sobie, że w dziewczynach jest siła.
Bo fajny jest mąż czy tata nasz czy brat.
Ale to dzięki nam świat jest piękniejszy.
Bardziej pachnący.
Cieplejszy i kolorowy bardziej.

Bo bez nas w domach niechybnie zabrakłoby tych mięciutkich kocyków, tych kadzidełek i w wazonie kwiatów.

Mąki orkiszowej by w szufladzie nie było na pewno, i nasion chia rownież by w tej szufladzie nie było.

W łazience na półce stałby tylko dezodorant i szczoteczka do zębów mocno juz sfatygowana.
A te kremy pod oczy, nad oczy i naokoło oczu by tam nie stały.
Te toniki, micelarne płyny, hydrolaty i olejki też nie.
I może już nie będę wymieniać czego by na tej półce zabrakło, bo to jest na osobny post temat.

A najważniejszego bez nas zabrakłoby na sto procent.
Tego uczucia, które napęd do życia daje.
W rodzinie, w przyjaźni, w pracy i w budowaniu domu.
Tego światła, które w każdym dziewczyńskim sercu od urodzenia się pali.
Światła miłości do świata, do życia.
Przy którym ogrzać się każdy może.
Dziewczyńskiej miłości o najlepszym na świecie, słodkim zapachu ciasteczek.