Monthly Archives

Styczeń 2017

morze
życie

Zdjęcie z wakacji

Zdjęcie z wakacji nad morzem.
Stoję ja.
Obok on.
I w wózku maleńka ona.

Tłoczymy się pod plastikowym daszkiem smażalni ryb Smerfetka.
Tłoczymy się pod daszkiem bo nagle zaczął padać deszcz.
Obok przy stoliku wąsaty pan kończy jeść dorsza z frytkami.
Trochę za blisko stoimy.
Może go to nieco krępować.
Bo przecież je dorsza z frytkami.
I na pewno wolałby sobie tego dorsza zjeść w spokoju bez nas obok się niego tłoczących.

No ale pada deszcz.
Więc sytuacja taka jest przez jedzącego pana akceptowalna.
Do tego mamy małe dziecko w wózku a w ręku gofry.
Z bitą śmietaną.

Włosy mamy mokre i gofry też.
Bita śmietana z deszczem zmieszana spływa nam z gofrów na palce.
Jesteśmy w bluzach a Kajka w kurteczce bo jesteśmy na wakacjach nad morzem.
Nad morzem polskim.
Nad którym prawie zawsze jest zimno.

Łazimy od rana po mieście.
W bluzach chowamy przed deszczem pod różnymi daszkami.
Jemy gofry a bita śmietana oblepia nam palce na słodko.
Kupujemy książki za pięć złotych w namiotach z tanią książką.

Kupujemy kilogramy truskawek i malin, które pożeramy całą rodziną pomiędzy goframi i smażonym dorszem z frytkami.
Pijemy piwo z sokiem malinowym i oranżadę z bąbelkami.
Wieczorem siedzimy z Maćkiem na tarasie w naszym wynajętym domku z blachy falistej i słuchamy szumu morza, które jest trzydzieści metrów od nas.

O szóstej rano gdy Kajka się budzi, pakujemy ją do wózka i idziemy do portu na spacer.
W ulubionej kawiarni kupujemy kawę na wynos i mini drożdżówki.
Z serem. Z rodzynkami. Z truskawką.
Wyjadamy je z papierowej torebki.
Popijamy ciepłą kawą i gadamy o wszystkim.
O niczym.
Milczymy.
Słuchamy krzyku mew.
Uderzeń fal.
Spokojnego oddechu śpiącej Kajki.
Oddychamy solą.
Morzem.

Trochę narzekamy.
Na pogodę.
Że oczywiście jak zwykle fatalna.
Że na plaży od pięciu dni byliśmy dwa razy bo tak wieje i tak strasznie piach w oczy sypie,
że się wytrzymać nie da.

Że ja wzięłam cztery sukienki a ciagle w jeansach i bluzie chodzę.
I jak tak dalej pójdzie to będę musiała w tym namiocie z napisem odzież sportowa sobie bluzę nową kupić.
Bo nie mam w czym chodzić.
I że ta ryba wczoraj nie była taka dobra jak ta przedwczoraj.
Że Kajka marudzi, i że te wakacje to już nie takie jak kiedyś.

Że sobie nie zdawałam sprawy, że z dzieckiem nad morzem będzie tak ciężko.
Że dziecko je piasek.
Dziecko chce spać wtedy kiedy my chcemy zjeść obiad.
A jak chcemy odpocząć to dziecko chce się bawić.
Że nawet tego magazynu nowego nie zaczęłam czytać bo ciagle coś.

Szum morza.
Kutry powoli wracają do portu.
Rybacy wyciągają sieci pełne ryb.
Ryb, które dzisiaj z frytkami zjemy na obiad my i tysiące innych urlopowiczów.

Na zdjęciu z wakacji uśmiecham się.
W kąciku ust mam resztki bitej śmietany.
Mokre włosy i rozmazany tusz.
Obok Maciek cieszy się jak głupek do aparatu.
Kajka oczy ma jak pięć złotych bo tak ją wszystko interesuje wokoło.

I to, że ja wtedy minutę wcześniej prawie się popłakałam.
Że tego nowego kostiumu okazji założyć jeszcze nie miałam bo tak jest zimno nad tym cholernym morzem.
I że tak na ten urlop czekałam.
Żeby się opalić.
Żeby odpocząć i gazetę poczytać.
A tu w bluzie w deszczu mokrego gofra jeść muszę.
Że trzeba było lecieć do Grecji.
I że ja już więcej tu nie przyjadę na pewno.

A teraz jest styczeń.
Patrzę na te zdjęcie.
I na tym zdjęciu dopiero to widzę.
Że ta pogoda nieważna była.
Że to wszystko nieważne.
Że to były nasze najlepsze wakacje na świecie.
Najlepszy deszcz.
Najlepsze gofry.
Te w porcie poranki popite kawą.
Nowa bluza z namiotu odzież sportowa.
I ta gorsza od przedwczorajszej z frytkami ryba.
Najlepsza była.
Dopiero teraz to widzę.

I myślę, że powoli czas rezerwować nasz domek z blachy falistej.
Domek numer pięć.
Trzydzieści metrów od morza.

tak
życie

TAK

Tak jakoś się stało, że kolejnym słowem, które zaczęła mówić moja córka zostało słowo NIE.
Dziecko moje od paru dni chodzi po domu i dobitnie wymawia NIE NIE NIE.
Palcem wymachuje w stronę psa.
Do pluszowego misia nachyla się i mówi.
NIE.
Pytam ją czy chce kaszkę czy serek.
Odpowiada NIE.
Którą książeczkę czytamy.
Odpowiada NIE.
Zaraz po przebudzeniu, patrzy na nas i mówi NIE.
I na banany, które do koszyka pakuję krzyczy NIE NIE NIE.

Dlaczego?

Czy tego się nauczyła od nas właśnie?
Że wszystko jest na nie?
O nie…

Tak mnie to do rozmyślań na ten temat natchnęło, że może to NIE jest u nas w domu nadużywane.

Jest taki film – “YES Man” się nazywa. O facecie co na wszystko mówił NIE tak jak córka moja.
I klątwa na niego spadła taka, że nagle to NIE już mu przez gardło przejść nie mogło i na wszystko musiał odpowiadać TAK. Jego życie się zmieniło. Na lepsze. Zaczął ludziom pomagać. Stał się lepszym człowiekiem. I pomimo kilku lekko żenujących scen to ja ten film bardzo lubię. A jego przesłanie jest ponadczasowe.

Wyrzućmy z naszego słownika słowo NIE na jeden dzień na próbę.
I zobaczmy co się będzie działo.
Powiedzmy TAK pogodzie, jaka by nie była i wyjdźmy na spacer.
Powiedzmy TAK obiadowi, który się długo i skomplikowanie robi ale efekt jest wyjątkowy. Powiedzmy TAK nowej bluzce, która od miesiąca wisi na wieszaku ale nie było okazji żeby ją założyć. TAK wyślijmy CV do tej wymarzonej pracy. TAK odwiedźmy przyjaciółkę na pół godziny chociaż. TAK pomóżmy tej osobie, która o tę pomoc prosi.
I TAK powiedzmy dziecku gdy sięga po dokładkę lodów.

Bo tak to już jest, że dzieci są takie jacy my jesteśmy.
To my im dajemy przykład na co dzień jak się człowiek zachowywać powinien.
Jakich słów używać. Jakie rzeczy czynić.
To my decydujemy o wartościach jakie przejmą dzieci nasze bo to te wartości przejmą, które my w sobie mamy.
To my je uczymy mówić, jeść, sprzątać po sobie i jeździć na rowerze.
Ale również to my uczymy je kochać i szanować drugiego człowieka.
Na własnym przykładzie jak to się robi pokazując.
A to co im możemy dać bezcennego to nasz uśmiech i szczęśliwe życie nasze.

By te dzieci kiedyś mogły powiedzieć :
TAK jestem szczęśliwym człowiekiem.
Bo chyba tego właśnie chcemy dla nich najbardziej.
TAK.

ksiazki_okladka
książki

Ulubione książki mojego dziecka

Ja książki kocham.
Uwielbiam te zadrukowane białe strony, te śliskie okładki.
Tę magię zatracenia się w powieści, bycia przez moment kimś innym.
Przenoszenie się w czasie, w miejscu i w ciele.
Na książkach się śmieję, płaczę, zapominam o bożym świecie, o czasie.
Książki traktuję jak najlepszych przyjaciół.
Z niektórymi spotykam się regularnie.
Niektórzy czekają na półce na kolejne spotkanie.
Lecz każda z nich ma u mnie w sercu swoje miejsce.

Gdy w moim życiu pojawiła się Kajka jakież było moje zdziwienie,
że ona traktuje książki nieco inaczej.
Dla niej książka to przede wszystkim przedmiot.
Uwielbia książki żuć, deptać i targać po całym mieszkaniu.
A im większa książka tym do targania fajniejsza.
Zdarza jej się czasem usiąść i w ogromnym skupieniu przekładać grube strony dziecięcych książeczek.
Dla samego przekładania.
No ale ostatnio muszę powiedzieć, że nastąpił przełom i dziecko moje półtoraroczne zaczęło zwracać coraz większą uwagę na książek zawartość.

Dlatego pomyslałam, że pokażę Wam te kilka szczęśliwców, nad którymi moja córka potrafi wzrok zatrzymać na dłużej niż minutę.

Oto one:

ksiazki1

1) numer jeden bezapelacyjnie to książeczka pt. “Kochane Zoo”.
Jest ona niewielkich rozmiarów, a na każdej stronie kryją się pozamykane w pudełkach/klapkach (które nasze dziecko może otwierać i robi to z ogromnym podekscytowaniem za każdym razem) zwierzęta. Niektóre strony są u nas już mocno wyświechtane, część klapek/pudełek poodrywana ale zabawa jest przy tym przednia i to właśnie dzięki książeczce “Kochane Zoo” Kajka wie, że lew robi rrrrraaaaauuuuu.

2) “Zima na ulicy Czereśniowej” to jest pozycja obowiązkowa dla każdego poznającego świat człowieka. Książka pokazuje życie na tytułowej ulicy Czereśniowej. Mieszkańców, ich domy, życie i okolicę. Na każdej stronie pomimo braku treści jest historii tysiąc. Moja córka uwielbia. Szuka wszędzie zegarów, kota i ostatnio odkryła w jednym mieszkaniu pralkę, na którą jest u nas teraz mega faza. A dwa miesiące temu hitem była koparka. Codziennie tylko ta strona była oglądana i na spacerze na pobliskim placu budowy codziennie była wizyta.
Także książka na długie miesiące a może i lata. Ja się powoli szykuję do zakupu “Wiosny na ulicy Czereśniowej” bo są części na każdą porę roku. Do tego rozmiar jest bardzo duży, więc książka jest idealna do targania po mieszkaniu na krótkich nóżkach.

3) “Królik Piotruś – pierwsze słowa” – tę książeczkę Kajka dostała od Prababci i poza cudownymi ilustracjami Beatrix Potter, solidnym formatem i grubymi nie do zdarcia przez mini zęby stronami, jest w tej książce hit nad hitami. A mianowicie przesuwane okienka. I nie ważne co się przesuwa i o co w tym chodzi, ważne że się rusza i że małe łapki same mogą to robić. No hit. Moja córka potrafi przesuwać te okienka dziesięć minut co jak na nią jest wynikiem wyjątkowym.

ksiazki2

4) Książka “Jeden Dzień” to jeden wielki atlas przedmiotów codziennego użytku, pokarmów wszelakich, roślin, zwierząt oraz części ciała czyli wszystkiego co dla takiego malucha potrzebuje nazwy i potwierdzenia. Moja Kajka uwielbia jak skojarzy obrazek z realnym przedmiotem. Np. otwieramy stronę z jedzeniem a tu brokuł. To ona zczołguje się z kanapy, na której siedzimy i pędzi do szuflady, w której ma schowane swoje kuchenne szpargały. Wyciąga z piskiem plastikowy brokuł i leci do mnie z tym sztucznym warzywem dumna jak nie wiem co. Gramoli się, sadowi obok z brokułem na kolanach a tu nagle na tej samej stronie dostrzega marchewkę. I abarot od nowa to samo. Zczołguje się z kanapy. Leci do szuflady. Wygrzebuje marchewkę. Wraca. I tak w kółko.

5) idąc tym tropem mamy też takie małe książeczki o “Eli i Olku”. Jedna jest o jedzeniu, więc jej oglądanie kończy się zawsze zjedzeniem jabłka lub banana. A druga jest o pojazdach więc staram się ją czasem chować, bo zawsze gdy Kajka otworzy ją na stronie z rowerkiem to jest bieg w stronę pokoju, w którym ukryty jest jej drewniany rowerek. Oglądanie tej książeczki kończy się dla mnie okropnym bólem kręgosłupa po pół godzinnym pchaniu rowerka wokół salonu z uśmiechniętą, szczerbatą pasażerką, która po drodze paluszkiem wskazuje, które zabawki łaskawie zaprasza na pokład. Także polecam, ale z umiarem.

6) malutkie książeczki z TK-maxx kupiliśmy w zeszłe lato w Olsztynie. Ja ten sklep kocham. Wielbię i gdyby organizowali wakacje w Tk-maxx to ja bym wykupiła taki turnus na pewno. Niestety ostatnimi czasy bywam tam bardzo rzadko, więc jak już się pojawię to kupuję wszystko jak leci. A w dziale dziecięcym to już w ogóle. No i kupiliśmy te książeczki. Były w takim fajnym pudełku, na które nasikał jakiś czas temu pies więc już go z nami nie ma. Pudełka nie psa oczywiście ;). Kilka książeczek jest mocno wygryzionych bo rewelacyjnie pełnią rolę gryzaka. Ale to co w nich jest najfajniejsze to rozmiar. Sa mini małe idealne do kieszeni, gdy idziemy do lekarza czy gdzieś jedziemy z dzieckiem gdzie może się nam nudzić a nie chcemy brać ze sobą walizki. To w takich chwilach ciach. Wyciągamy książeczkę z kieszeni i mamy dwie minuty u dziecka kupione.

ksiazki3

7) “Dźwięki” są z nami już od bardzo dawna. Są mocno zjedzone i podarte. Bardzo szybko rozpadły się na kilka części i niektóre ilustracje mi nie pasują (pistolet robi pafff????) ale mimo wszystko Kaja ją lubi. Ma swoje ulubione obrazki i jest to ułatwienie dla umęczonego rodzica gdy nie może sobie przypomnieć czym się różnią dźwięki wydawane przez kozę od tych wydawanych przez owcę.

8) “Rok w lesie” jest super. Przesuper no mówię Wam ja tę książkę bardzo lubię. Sam pomysł na nią jest przesuper. Jest to książka obrazkowa, na której stronach zawsze widzimy ten sam fragment lasu i tych samych bohaterów. Zmienia się tylko miesiąc a co za tym idzie pogoda, roślinność i zachowania zwierzątek. Do tego piękne ilustracje Emilii Dziubak. Kajka najbardziej lubi wiszący na drzewie domek pszczeli – mówimy na to ul – wiem, że to nie ul ale zupełnie zapominam jak to się nazywa. W ostatnich dniach zauważyłam u Kajki fascynację szopem praczem a konkretnie jego ogonem. Gdyż moje dziecko nagle uświadomiło sobie fakt istnienia ogona u szopa pracza oraz u naszego psa. Więc za każdym razem gdy otwieramy “Rok w lesie” i Kajki paluszek wędruje do wspomnianego szopa to jest pisk i bieg w stronę zdenerwowanego tą sytuacją psa. Kaja się klepie po pupie i wymachuje w stronę psa rękami nawołując go aby ukazał swój ogon w pełnej okazałości. Psa to peszy. Mnie to bawi. Książka przesuper.

9) “Lost and found”, do której ilustracje robił mój ukochany Oliver Jeffers to książka po pierwsze śliczna, po drugie mądra. Tego drugiego moja córka jeszcze nie rozumie, ale książeczka jeszcze będzie z nami długo, więc przyjdzie czas i na jej mądrość. “Lost and found” to historia pingwinka, który znienacka pojawia się przed drzwiami pewnego małego chłopca. Przez kolejne przepiękne strony chłopiec pomaga pingwinkowi znaleźć dom. I jak to zwykle w historiach o poszukiwaniu się okazuje, chłopiec szukał zupełnie nie tego co trzeba. Bo pingwinek szukał przyjaciela i znalazł go już na pierwszej stronie. No ale chłopiec musiał przepłynąć na tratwie cały ocean żeby sobie to uświadomić. Echhh nawet teraz pisząc to wzruszyłam się trochę. Książka niestety tylko po angielsku ale może doczekamy się polskiej wersji.

Nie będę podawać linków do sklepów, w których możecie te książki kupić. Jesteśmy dorośli i jak ktoś będzie chciał to sobie świetnie poradzi w znalezieniu książki po tytule. Zdradzę Wam tylko, że ja większość książek zamawiam w Arosie – mają świetne ceny i ogromny wybór.

Miłego czytania i dobrej zabawy z książkami życzę.

happy
życie

11 sposobów na poprawę humoru

1) KUP SOBIE COŚ. Wykombinuj skądś dwieście albo trzysta złotych. Kup sobie jakąś ładną sukienkę. Albo ten puder co Ci na niego zawsze było pieniędzy szkoda kup sobie. Tę świecę diptyque figową sobie kup.

2) ZJEDZ COŚ PYSZNEGO. Zastanów się przez chwilę jaki jest Twój ulubiony deser. A może wcale nie musisz się zastanawiać. Czy to Tiramisu? Ciasto marchewkowe? Czekolada? Lody? To już sama wiesz najlepiej. W każdym razie kup sobie to albo zrób sobie to i to zjedz. Ze smakiem oblizując łyżeczkę, sreberko, blachę. Zjedz to z uśmiechem na ustach i czekoladą na zębach zjedz.

3) WYRZUĆ COŚ. A najlepiej wyrzuć sporo. Nienoszonych ciuchów. Podartych majtek. Dziesięcioletnich piżam. Niedoczytanych książek. Nieładnych wazonów. Długopisów bez skuwki i nieprzeczytanych gazet. Wyrzuć. Sprzedaj. Oddaj. Pozbądź się. Wszystkich tych rzeczy, które tylko się przewalają z kąta w kąt. Z wieszaka na wieszak. Wyrzuć.

4) ZADBAJ O SIEBIE. Idź do fryzjera. Idź na paznokcie. Idź pod prysznic. Zrób sobie kąpiel z lawendową solą. Nasmaruj się karmelowym balsamem. Nałóż na twarz maseczkę ogórkową i uśmiechnij się do zielonej twarzy w lustrze.

5) ZRÓB COŚ. Na pewno coś potrafisz zrobić. Uszyć ugotować narysować. Zrobić na drutach szalik. Albo upiec własną granolę. Pomalować krzesło na żółty kolor. Wyrzeźbić z drewna konia na biegunach. Wywołać zdjęcia i powiesić na ścianie. Umiesz coś na bank. Zrób to.

6) PRZECZYTAJ COŚ POZYTYWNEGO. Nie wiem czy znasz taką książkę Reginy Brett pod tytułem “Bóg nigdy nie mruga”. Jak znasz to świetnie. Już wiesz o co chodzi. Jak nie znasz to zamów. Pójdź do księgarni i kup. Albo wypożycz z biblioteki. Bo biblioteki nadal istnieją. Ja jestem zapisana do naszej i w szoku jestem co oni tam mają. Książki wszystkie, wszystkie seriale i nawet wszystkie mają gry planszowe. I to wszystko za darmo mają. Serio. Książkę “Bóg nigdy nie mruga” na pewno też mają. Więc niech Cię pustka w portfelu nie zniechęci do przeczytania tej książki. Albo jak już ją masz i dobrze znasz. To otwórz książkę na losowo wybranej stronie i przeczytaj jeden rozdział. Mowię Ci, że ta książka jest stworzona na te chwile gorszego Twojego humoru.

7) WYKREŚLAJ RZECZY DO ZROBIENIA. Najpierw oczywiście zrób taką listę. Brzmi może średnio wesoło ale nie chodzi o to. Chodzi o wykreślanie rzeczy do zrobienia z listy po ich zrobieniu. Nic mi tak nie poprawia humoru jak skreślenie ostatniego punktu na liście rzeczy do zrobienia. Ponieważ samo wykreślanie jest takie super to nie muszą być jakieś bardzo trudne rzeczy. Wystarczy wpisać wyniesienie śmieci, ugotowanie zupy, kupienie pasty do zębów czy wstanie z łóżka jeżeli nawet na to nie ma się siły. I wykreślaj aż wykreślisz wszystkie punkty na liście. Ale uprzedzam to uzależnia.

8) POGADAJ Z OPTYMISTĄ. Są wsród nas ludzie, którzy się nie przejmują niczym. Którym wszystko jakoś łatwo przychodzi. Są wyluzowani, nie zawracają sobie głowy problemami. Są po prostu tacy, że umieją się naturalnie cieszyć życiem. Na pewno znasz chociaż jedną taką osobę. Zadajesz sobie ciagle pytanie jak ona to robi i dlaczego Ty tak nie potrafisz. A więc zadzwoń do niej. Umówcie się na kawę. I spytaj jej jak ona to robi. Może to jest prostsze niż myślisz. A może po prostu samo spotkanie będzie tak fajne, że od razu poprawi Ci się humor.

9) RUSZ SIĘ Z KANAPY. Wiem, wiem jak bardzo się nie chce. Pogoda jest okropna. Pod kocem jest o wiele przyjemniej. Ale uwierz mi, że nawet zwykły spacer poprawia humor. A na przykład taka joga, albo bieganie czy jakiś inny rodzaj sportu to już w ogóle poprawia humor mega. Mi się też nie chce. Ale to właśnie joga postawiła mnie na nogi po porodzie. I będę jej za to wierna do końca życia.

10) ROZEJRZYJ SIĘ. Zatrzymaj wzrok na tym co pozytywne. Na tym co kochasz. Na tym co jasne dobre i piękne. I takich dziesięć rzeczy wokół siebie znajdź. To może być gorąca herbata w tym ulubionym kubku z biedronką. Psi łeb na kolanach. Otwarta książka. Mąż w okularach pochylony nad rachunkami. Nasz dom. Tulipany w wazonie. Kolorowa naklejka na nodze od stołu. To może być wszystko co tylko chcesz.

11) PODZIĘKUJ. Wieczorem przed snem usiądź sobie wygodnie. Skup wzrok na płomieniu świeczki. Albo na granatowym niebie za oknem. I podziękuj. Na głos albo po cichu w głowie. Za ten dzień. Za rodzinę. Za chleb. Za dach. Za wodę. Za to tiramisu. Za nową fryzurę. Za puder. Za to, że już nigdy nie będziesz w tych podartych majtkach chodzić. Za otwarte okno, przez które świeże powietrze wpada i szepcze Ci do ucha, że przed Tobą jeszcze wszystko jest możliwe. Podziękuj.