Monthly Archives

Luty 2017

samochod
życie

Siedzą w samochodzie ona płacze

Wracałam z Kają z Biedronki.
Słońce świeciło nam prosto w rumiane od mrozu twarze.
W siatkach po boku wózka dyndały banany i pomarańcze.
Mango i jogurty greckie.
Marchewki, masło i opakowanie koziego sera.

Wtem ich ujrzałam.
W zaparkowanym na chodniku samochodzie.
Zaparkowanym zupełnie niezgodnie z przepisami.
Tak, że z obładowanym z Biedronki siatkami wózkiem, musiałam ten samochód żeby przejść ominąć.

Oni w środku.
Siedzą w samochodzie ona płacze.
Płaczem się wręcz zanosi.
Głowę opiera żałośnie o kierownicę.
On siedzi obok z miną wyrażającą niezadowolenie z siedzenia obok.

Mijam ich w tym samochodzie siedzących.
I myślę, że może właśnie przed momentem.
Przed minutami trzema.
Przed chwilą dosłownie on jej powiedział.

Powiedział, że tak naprawdę to on się czuje jak w klatce zamknięty.
Jak taki żółty ptaszek się czuje, którego widział co niedziela u sąsiadki piętro niżej.
Gdy z rodzicami szli do niej na ciasto jak był jeszcze bardzo mały.
A teraz jest już bardzo duży i zupełnie się jak ten ptaszek czuć nie chce.
I niestety ale tak jest w życiu czasem, że on z tej klatki wylatuje.
Chce polatać na wolności z innymi sobie ptakami.
I że nie ma co płakać.
Bo przecież ona wtedy będzie mogła tę swoją klatkę umyć.
Nowych wiórków nasypać i sobie nowego lokatora do niej znaleźć.
No przykro mu. Ale takie jest życie.
I że ten ptaszek żółty to się nazywa kanarek.
Właśnie sobie przypomniał.
A tak go to męczyło.

A może to ona mu powiedziała, że wtedy w zeszłą sobotę to ona wcale nie była z Olką w kinie. Tylko z Rafałem w Powsinie.
Że spacerowali sobie po ogrodzie botanicznym.
Podziwiali kosodrzewinę i przy tej kosodrzewinie ona sobie uświadomiła nagle, że ona już woli z Rafałem zamiast z nim obok siedzącym spędzać czas.
Ale ponieważ jest niestety głupią kobietą to jak głupia teraz w tym samochodzie z nim obok siedzącym płacze bo tak jest jej przez tą sytuację głupio.

Ale nie… To raczej było inaczej.

To on powiedział, słuchaj.
Ja nie do końca byłem z Tobą szczery.
Ja tak naprawdę nie zdałem matury.
Nie mieszakam w tym mieszkaniu, co to kiedyś u mnie byłaś, jak sobie tego chińca na wynos wzięliśmy, co to tak zimno było.
To mojego kumpla mieszkanie było i on rozumiesz mi klucze pożyczył, żebym na tego chińca cię tam zaprosił.
No oszukiwałem cię szczerze mówiąc od dawna.
Ty wiesz dlaczego.
I po co wiesz.
I teraz jak już mi się to udało.
I na te sajgonki ostatnią kasę wydałem to ja już dłużej udawać nie mogę.
I nie chcę.
Ja jestem prosty chłopak po szkole zawodowej.
Na studia iść raczej nie idę.
Więc szkoda już tego czasu na kłamstwa dalsze marnować.
Odchodzę i więcej się nie spotkamy.
Po drodze jednak wracając jak możesz to wysadź mnie przy tym chińcu jeszcze.
Bo zimno jest dzisiaj tak, że muszę na ostro kurczaka zjeść.

A może to było tak, że to ona mu powiedziała.
Że dwie kreski dziś rano na obsiusianym plastiku ujrzała.
I że ma przecież 19 lat dopiero, i że on przecież też 19 lat dopiero ma.
I że ona to jak te dwie kreski ujrzała to otworzyła barek rodziców.
Tego brandy co to tak wykręca na maxa dwa łyki wzięła.
A potem zwymiotowała.
Bo się przestraszyła, tak bardzo, że tym dwóm kreskom przez to krzywda jakaś się stanie.
I że ona wie, ona to widzi, ona to czuje doskonale, że on tak naprawdę by wolał tu nie być.
W tej sytuacji z nią w samochodzie się nigdy nie znaleźć.
Ona to wie, ona to widzi i czuje.
I że jeżeli ona się myli to niech on coś powie niech on coś do cholery powie.
On milczy. On do cholery milczy.

Już w domu zaczęłam z wózka wyjmować banany i pomarańcze.
Mango i jogurty greckie.
Marchewki, masło i opakowanie koziego sera.
Zaparzyłam herbatę.
Zmieniłam dziecku pieluchę.
Napisałam do męża smsa.
Że wieczorem zrobimy sobie mango lassi.

milosc
życie

Miłość

Od pierwszego wejrzenia.
Od drugiego.
Po latach przyjaźni.
Omijania się szerokim łukiem.

Burzliwa.
Cierpliwa.
Zupełnie niecierpliwa.

Miłość wakacyjna.
Na pomoście i pod namiotem.
Przy ognisku.
Z gitarą.
Na odległość.

Miłość pod gwiazdami.
W kształcie serca na drzewie.
Podana pod ławką w jabłku.
Zamknięta w kłódce na moście.
Wrzucona do fontanny z monetą.

Miłość na dyskotece.
Szukająca się w tłumie.
Tuż za rogiem.
Wciąż przed oczami.
W każdej mijanej osobie.

Miłość bezsenna.
Pięć kilo chudsza.
Wszystko wiedzieć chcąca.
Licząca minuty do kolejnego spotkania.

Miłość po latach.
Parująca z herbatą.
Przykryta kocem.

Miłość na sali porodowej gdy nagle jest nas już troje.
Miłość o drugiej w nocy gdy on mówi śpij ja ją ponoszę.
Nad dziecięcym łóżeczkiem razem pochylona.
Moja dłoń w jego.
Wsłuchana w dziecięcy oddech.

Miłość w bukieciku niezapominajek.
Ulubionej czekoladzie.
W powieszonym praniu.
Trzymająca za rękę w szpitalu.
W na drutach zrobionej czapce.
W szarlotce z kruszonką.

Miłość w złotej obrączce na palcu.
Pięć kilo grubsza.
Lekko posiwiała.
W opłaconych rachunkach.
Napełnionym baku.
Wykupionej recepcie.
W upieczonym chlebie.
I każdym odkurzonym kącie.

Taka sama w poniedziałek.
Taka sama we wtorek.
Bez wyjątku.
Miłość.

dzien
życie

Jeden dzień

5:37 małe ciałko w śpiworku w wiewiórki ląduje na mnie z impetem krzycząc KOOO.

6:13 mieszam w garnku owsiankę, kroję w plasterki banana, stawiam na stole syrop klonowy.

7:30 pa pa Tata idzie do pracy pa pa machamy.

8:20 tu jest żubr, tak żubr robi Wrauuu, a tu jest lisek i zobacz on goni kuropatwę.

8:30 tak to jest żubr, żubr robi Wrauuu.

9:30 smaruję kremem mały nosek, policzki i brodę. Zakładamy czapki. Rękawiczki. Ruszamy.

10:07 poproszę dwadzieścia deko gotowanego indyka, ser koryciński i osiem bułek.

10:08 mniam mniam ale pyszna bułeczka.

10:09 acha, jeszcze masło poproszę.

10:42 numer D00331 stanowisko 14.

10:44 przepraszam ale ja nic nie rozumiem, co ja tutaj powinnam wpisać w tej rubryce numer 24?

11:14 wycieram mopem podłogę w przedpokoju, chowam ser i wędlinę do lodówki.

11:20 aaaaam jeszcze dwie łyżeczki kaszki i idziemy spać.

12:00 sprawdzam pocztę, pisze nowy tekst na bloga, czytam kolejny rozdział tej książki o macierzyństwie, co to dostała paszport polityki.

12:27 dostaje smsa od męża “12 maja na Netflix premiera super produkcji – Ania z Zielonego wzgórza” – jak on mnie dobrze zna! i kurcze, żeby tylko nie popsuli tego.

12:29 odpisuję “ale super! Jestem wykończona, jak wrócisz zamawiamy pizzę”

13:14 a kto to się właśnie obudził? Wwąchuję się zachłannie w rozgrzaną snem córeczkę. Tulę do siebie najmocniej, najbardziej.

13:26 robię zdjęcie na bloga.

14:00 jemy rosół od babci, z marchewką i z makaronem. Pyszny. Tłusty.

14:34 wyjmuję ze zmywarki świeżo umyte klocki. Ciężarówka. Koparka. Plastikowy piesek.

15:00 smaruję kremem mały nosek, policzki, brodę. Zakładamy czapki. Rękawiczki.

15:14 Kaja zobacz bałwanek! A tu ptaszek! Chodź na zjeżdżalnię. Chodź na huśtawkę.

16:07 masz tu bułkę i zmykaj bo ja muszę pozmywać.

16:24 tak to jest żubr. Żubr robi Wrauuu.

16:40 Tata! Tata! Tata! Jak dobrze, że jesteś.

16:45 zakładam psu smycz i wychodzę. Oddycham mrozem głęboko. Raz, dwa, trzy. Od razu lepiej.

17:30 daj rączkę kochanie idziemy do wanny.

17:32 wstawiam wodę w czajniku. Wyciągam niebieską puszkę z mlekiem w proszku. Zalewam smoczki wrzątkiem.

17:38 otwieram okno w sypialni. Układam misie w łóżeczku. Rozkładam szary śpiworek w wiewiórki.

17:44 szczotka pasta kubek ciepła woda, tak się zaczyna nasza przygoda, myję zęby bo wiem dobrze o tym, kto ich nie myje ten ma kłopoty. Bo to bardzo ważna rzecz, żeby zdrowe zęby mieć!

17:47 dobranoc kochanie, śpij słodko.

18:00 wkładam klocki do niebieskiego pudełka. Misie do koszyka. Książeczki małe na regalik. Książeczki duże na półkę. Plastikowe warzywa do szuflady. Śmieci do śmieci. Naczynia do zlewu.

18:15 wstawiam pranie, zmywanie.

18:17 zasnęła? Zasnęła. To co? Zamawiamy pizzę? Taaaak. Jaką chcesz? Boska jola i principesa a Ty? Ja diavola i tę z gruszką.

18:19 dzień dobry chciałabym zamówić dwie pizze pół na pół.

19:00 podaj mi ketchup. Jak było w pracy? Ciężko, pod koniec tygodnia to ja już siły w tej pracy nie mam. A jak u Ciebie? Byłam w urzędzie. Bułki kupiłam. Kajka zjeżdżała na zjeżdżalni. Te nowe rękawiczki za duże są na nią. I nie wiem czy jednak cieplejszej czapki nie trzeba jej kupić bo dzisiaj to było tak zimno, że masakra normalnie. Mmmm ale pycha. Daj kawałek tej diavoli.
Oglądamy coś? Może ten serial nowy. O płacze. Teraz ty idziesz. Nie teraz twoja kolej!

19:30 smoczek jej wypadł. Maleństwo takie. Rączkami machała, szukała tego smoczka i potem się do barierki przytuliła. Jaka ona jest przekochana no mowię Ci, zobacz film nagrałam dzisiaj telefonem jak w Twojej czapce po salonie biega.

20:27 zapauzuj muszę iść do toalety. Chcesz coś do picia? Herbaty? A może tę czekoladę otworzymy, którą dostałeś na urodziny?

23:00 i wiesz on wtedy powiedział – nic nie słyszę jak woda leci to nic nie słyszę co mówisz – mowię, że on wtedy powiedział, w radio w tym programie bal i szał czy jakoś tak – przesuń się bo muszę zęby umyć- i on powiedział, Anka przepraszam, że ja z Tobą zerwałem ale głupi byłem. Bo ja Cię kocham! – no co Ty na antenie tak powiedział? – no przecież mówiłem Ci, że ten program na tym polega, że oni dzwonią i proszą o wybaczenie – no i co ona na to odpowiedziała ta Anka? – że mu wybacza. I że też go kocha. Ale wiesz to takie jeszcze dzieciaki były. Ze dwadzieścia lat może mieli. Podaj mi pastę.

budyn
życie

Budyń

W papierowej torebce zamknięty żółty proszek.
Smak śmietankowy.
Budyń.

Weź pół litra mleka.
Odlej ¼ szklanki.
Wsyp zawartość torebki plus dwie łyżki cukru.
Resztę mleka zagotuj i dodaj to co w szklance.
Zamieszaj energicznie aż zabulgocze.
Przelej do miseczek.
Wstaw do lodówki.
Polej malinowym sokiem.
Poczekaj aż zastygnie budyniowa skórka i wbij w nią łyżeczkę czekając aż sok wcieknie w budyniową masę barwiąc ją na malinowo.

Ileż to razy oblizywałam tę łyżeczkę stojąc na ganku w domu na mazurach.
Wakacje nad jeziorem już zawsze kojarzyć mi się bedą z budyniem śmietankowym.
Z żabami pod publicznym prysznicem.
Z takim syropem do rozcieńczania z wodą o smaku coca coli.
Z naleśnikiem zwiniętym w rulon na szybko, w drodze na huśtawkę jedzonym.

Dzieciństwo ma swoje smaki.
Smak słonych frytek w nadmorskim barze.
W takiej papierowej torebce całej otłuszczonej.
Smak oranżady w foliowym woreczku, w który się wbijało kolorową słomkę.
Smak lodów Śnieżka w kształcie kostki masła zawiniętych w sreberko.

Dzieciństwo w fioletowym kolorze gencjany na każdym możliwym kolanie.
Podrapane od tych najwyższych na drzewie gałęzi.

Dzieciństwo o dziewiętnastej, gdy się na dobranockę pędem leciało bo niedziela,
więc Smerfy bedą. I to aż dwa odcinki.

Dzieciństwo z wiankiem z mleczy na głowie.
Szczerbatym uśmiechem w czeskich tenisówkach.
Dzieciństwo na rowerze.
Na wrotkach.
W nowych adidasach kupionych pod pałacem kultury.

Dzieciństwo z pełną buzią landrynek.
Wyjadające wiśnie z kompotu.

Dzieciństwo ufajdane masłem od tej piętki chleba.
Machające rozżarzonym patykiem przy ognisku nocą.

Śpiewające na cały głos o stokrotce piosenkę.
Nie przejmujące się wcale tym, że się fałszuje.

Szczękające zębami nad brzegiem morza.
Podglądające Twin Peaks i Dynastię przez szparę w drzwiach do salonu.

Dzieciństwo o smaku rurki z kremem.
Gdy ten krem przy pierwszym gryzie wylatuje z drugiej strony cały.

Skaczące w gumę.
Grające w klasy.
Wylizujące po murzynku miskę.

Dzieciństwo łapiące biedronki do pudełka zapałek.

Zrobiłam budyń śmietankowy.
Czekam z łyżeczką aż zastygnie budyniowa skórka.
Zrobiłam pierwszy raz budyń dla swojego dziecka.