Monthly Archives

Marzec 2017

jajko
życie

Sklep na Mokotowskiej

Na Mokotowskiej mieszkałam od zawsze.
Od zawsze to znaczy od urodzenia.
W starej, przedwojennej kamienicy.
Z podwórkiem jak studnia.
Trzepakiem.
I kasztanowcem.
Takim samym od zawsze.

Obok bramy na dole był sklep spożywczy.
Taki mały sklepik co to było w nim wszystko.
Bułki, biały ser, jajka.
Długopisy bic, zeszyty i kredki.
Proszki do prania i papier toaletowy.
Lody były w zamrażarce.
I pepsi-cola w lodówce.

Pamiętam jak mój tata rano przynosił z tego sklepu kajzerki.
I jedna była zawsze dla mnie.
Tak już w przedpokoju do małej rączki przez tatę podana.
Drążyłam w tej bułce paluchem dziurę.
I potem z tej dziury wyciągałam miękkie bułkowe wnętrze.

Pamiętam jak po szkole, z kolegą który mieszkał obok kupowaliśmy w tym sklepie drożdżówki.
Obowiązkowo z makiem i białym lukrem na wierzchu.
Do tego plastikowy kubeczek kefiru z nadrukowaną krówką.
I to było najpyszniejsze na świecie.

Był taki czas gdy w tym sklepie na jednym regale stanęły kasety wideo.
I można było je wypożyczać.
“Alicję w krainie czarów” oglądałam chyba ze dwadzieścia razy.
I jak tylko oddawałam to zaraz leciałam, żeby ją wypożyczyć znowu.

Taki mieli tam biały ser na wagę.
W białym zawinięty papierze.
Który jadłam namiętnie z chlebem razowym i pomidorem czytając książki Musierowicz po kilkanaście razy.
Te strony otłuszczone z od herbaty plamami do dziś wspomnienie tego sera u mnie wywołują.

Jajka były ze wsi.
Bielutkie.
W takich brązowych sprzedawane torebkach.
Na sztuki.
Bardzo trzeba było uważać, żeby się nie potłukły w drodze do domu.
Gdy się po schodach skakało a nie szło.

Sklep prowadziły takie dwie miłe panie.
Bardzo podobne do siebie.
Bo chyba siostrami były.
I ze względu na to, że ten sklep był od zawsze.
I że ja tam od zawsze z mamą do tego sklepu chodziłam.
To one mnie te panie od zawsze znały.

Więc ileż to razy na krechę coś kupowałam.
Albo klucze czy inne skarby im zostawiałam, żeby potem ktoś od nich odebrał bo mnie w domu potem nie będzie.

Dwa razy w roku na szklanych drzwiach sklepu pojawiała się kartka.
Taka zwykła z zeszytu, w kratkę.
A na niej napisane długopisem.
“Jesteśmy na urlopie. Wracamy za tydzień.”

Były w tym sklepie takie chrupki star foods.
Orzechowe, serowe i bekonowe.
Które kupowałam tonami bo w środku były poukrywane banknoty po 5 i 10 tysięcy.
I te panie mi odkładały pod ladę serowe.
Bo to moje ulubione były.

Były jajka niespodzianki.
Wiśniowa kola.
I batoniki ww.

I czuć było jakoś po prostu, że ten sklep jest przez te panie kochany.
Że te wszystkie rzeczy z miłością ustawiane są przez nie na półkach.
Jajka pakowane do toreb z wyjątkową uwagą.
Ser krojony tak, aby zawsze dostał Ci się ten ładniejszy kawałek.

A ja już w tej kamienicy dawno nie mieszkam.
I tego sklepu od dawna już nie ma.

Są za to żabki, biedronki i inne lidle.
Są jajka w pudełkach z fabryki, gdzie co najmniej jedno jest popękane.
Są przeterminowane jogurty.
Poustawiane tak, że te z najdalszą datą stoją na samym końcu półki.
Drożdżówki bez smaku.
Podgniłe warzywa.
I co miesiąc są inni sprzedawcy.

Myślę sobie czasem o tym, co teraz robią te panie.
Te dwie miłe siostry ze sklepu na Mokotowskiej.
Gdzie one teraz bułki i biały ser kupują.
I czy pamiętają, że im jeszcze pare złotych chyba każdy sąsiad wisi.
Bo nigdy żadnych list długów nie prowadziły.

I gdyby do tego doliczyć te wszystkie moje wspomnienia.
To ja dług u nich mam nie do spłacenia.

torebka
macierzyństwo

Zielona torebka

Ewidentnie mam w domu dziewczynkę.
Ukrytą w szarych dresach.
W za dużych bluzach.

Umorusaną konfiturą z malin.
Wspinającą się na toaletkę, żeby zobaczyć w lustrze jak jej ta nowa czapka pasuje.

Zakładającą na rękę bransoletkę różową na zmianę z zieloną i na zmianę z żółtą.
Machającą rączką, żeby ta bransoletka brzęczała.

Skąd ona się tego machania bransoletkami, tego przymierzania czapek, tego wydymania usteczek nauczyła to ja nie wiem.
Nie przypominam sobie, żebym się tak przed lustrem ostatnimi czasy wyginała i nadgarstkiem obleczonym w korale machała.

Mam taką swoją ulubioną markę ubranek dziecięcych.
I oni mi wysyłają co sezon katalogi z nową kolekcją.
Te katalogi uwielbia oglądać Kajka.

I tak się złożyło, że z wiosennej kolekcji upatrzyła sobie jedną konkretną stronę.
A na tej konkretnej stronie jedną konkretną rzecz.
Torebkę.
Maleńką, zieloną torebeczkę na ramię.
Na maleńkie ramię, maleńkiej dziewczynki.

I ona z tym katalogiem.
Z tą stroną.
I z tą zieloną torebką.
Lata za mną dzień w dzień.

Siedzi nad tym i woła mnie mama.
Mama mama mama mama.
Podchodzę.
Patrzę.
A to znowu ta zielona torebka.
I paluch się w nią wkręcający.

Ewidentnie zielona jest na rzeczy, bo na stronie obok jest taka sama różowa, która nie wzbudza już takiego entuzjazmu u mojego dziecka jak ta zielona właśnie torebka.

Tak więc wczoraj wieczorem kupując ubranka na lato, zamówiłam dla mojej córeczki jej pierwszą w życiu torebkę.
Bo to, że to moja jest córka.
To jest już teraz na sto procent pewne.
Wystarczy do mojej szafy zajrzeć i zobaczyć czego jest tam najwięcej 😜

piaskownica1
macierzyństwo

Postrachy piaskownicy

No i zaczęło się.
Pierwsze cieplejsze dni.
Pierwsze promienie słońca.

Nadzieja na porzucenie kombinezonów.
Na pierwsze piegi na nosie.

Razem z tym całym ociepleniem wzrosła ochota na przebywanie poza domem.
Szczególnie u mojego dziecka.
Które odkąd się nauczyło chodzić to nie chce robić nic innego.

Każdy spacer kończy się krzykiem podczas mijania bramki do naszego patio.
Na którym to znajdują się skarby i atrakcje nie z tej ziemi.
A mianowicie piaskownica.
Huśtawka.
I zjeżdżalnia.

Obowiązkowo więc jest przystanek na placu zabaw gdzie dziecko moje wyszczerza w uśmiechu wszystkie swoje zęby.
By na początku oblecieć teren w zatrważająco szybkim tempie trzy razy.
I finalnie zadekować się w piaskownicy.
Walić łopatką w murek albo przenosić foremki z jednego miejsca na drugie przez nieskończenie długi czas.

Że też człowiek zapomina jaką radość może sprawić taki pojemnik z piaskiem.
Okazuje się, że większą niż nowa torebka albo perfumy.

Tak czy inaczej od paru dni, minimalnie lepsza pogoda zwabia na wyżej wspomniane patio inne dzieci.
Inne dzieci dla mnie mogłyby nie istnieć.
Przepraszam, że tak szczerze to piszę.
Mój mąż uważa, że jestem dziwna.
Ale ja poza swoim i kilkoma znajomymi dziećmi to generalnie za dziećmi nie przepadam.
Sto razy bardziej wolę szczeniaczki i małe kotki.

Inne dzieci przerażają mnie hałasem jaki sie z nich wydobywa.
Niekontrolowanymi ruchami.
I nie dającymi się przewidzieć różnymi zachowaniami.
Cześciowo im nie ufam.
Cześciowo traktuję jako miniaturki swoich rodziców.
I może tu właśnie jest pies pogrzebany.
Że ja ogólnie nie przepadam za rodzicami innych dzieci.

Teraz to się już wkopałam.
Bo miało być o piaskownicy a wyszło o moich antypatiach i wrogości do innych ludzi.
Ale co ja poradzę jak tak już niestety mam.
Najbardziej lubię siedzieć sobie sama w domu.
Albo na jakiejś działce bezludnej.
Otoczona książkami.
Ewentualnie najbliższą rodziną i przyjaciółmi.

No a w piaskownicy poza wspomnianymi dziećmi, zaczęły się na wiosnę pojawiać ich opiekunki.
Wstępnie są to dwie starsze panie nazywające siebie “ciociami”.
Ganiające za dziećmi z chlebem krzycząc “Szymuś zjedz tego kawałka bo poskarżę mamusi” bądź “Maciusiu daj cioci buziaka o tu o tu i tu”.

Ja udaję niewidzialną.
Chronię swoje dziecko przed uderzeniami łopatką Szymka oraz przed palcem w oku Maciusia.
Tłumaczę, że foremka w kształcie żółwia jest równie fajna jak ta w kształcie gwiazdki, i że zupełnie nie ma powodu, żeby wyrywać ją Szymusiowi podczas gdy ten przełyka szybko chleb wciskany mu w międzyczasie przez „ciocię”.

Dzisiaj rano jak zwykle poszłyśmy na patio ku niezmiernej radości mojej córeczki.
Oczom moim ukazał się widok dwóch znanych mi już “cioć” ociężale zwisających z huśtawek.
Oraz Maciusia i Szymcia rzucających sobie w oczy piachem z piaskownicy.

Już zaczęłam się wycofywać i niby nic skręcać w stronę klatki schodowej gdy wtem moje dziecko podniosło lament, że przecież jak to, że piaskownica, że obiecałam, i że ona chceeee na patio.

Kajka jeszcze tego oczywiście nie umie powiedzieć.
Ale ja to wszystko dokładnie rozumiem gdy widzę jej minkę i wielkie jak grochy łzy z tych jej niebieskich oczu lecące.

Więc ślinę przełknęłam i zawróciłam do piaskownicy.
Powiedziałam dzień dobry.
Bo w końcu bez przesady aż tak źle wychowana to ja nie jestem.
I zasiadłam na obramowaniu piaskownicy.

Kajka zaczęła wyrywać Szymkowi łopatkę.
Ten grzecznie oddał jej narzędzie.
A ciotki się poderwały z huśtawek ze swoim chlebem i buziakami i otoczyły mnie z dwóch stron zadając pytania jedno za drugim.

A ile ma?
Półtora roku? To tak jak Maciuś cztery miesiące temu.
A kombinezon jaki ma fajny.
A oczy to takie niebieskie po tatusiu czy po mamusi?
A włoski pod czapeczką to blond?
A to dziewczynka?
A czy to może Agatka?
A nie?
Acha.
A Kaja to takie imię?
No ładne ładne.
A to jest Szymuś.
Szymuś zjedz chlebka.
O a jaka ona bystra, jak piasek sypie sobie.
A Szymuś też bystry.
Za miesiąc na Legię będzie chodził.
Na zajęcia z piłki nożnej.
No zjedz kawałka.
Strój już ma cały kupiony.
Wie pani?
Że teraz takie stroje dla dzieci jak dla prawdziwych piłkarzy robią?
Nie wie pani bo pani ma córeczkę.
Agatkę.
A nie Kasię?
Aaaa Kaję.
Już będę pamietać.
A dziadziuś już pojechał? (Tu muszę wyjaśnić – dzień wcześniej byłam w piaskownicy z tatą swoim, co nie umknęło bystremu oku cioci Szymcia)

W końcu się poderwałam, z okrzykiem, że czas do domu.
I po tych pięciu okropnych minutach w piaskownicy pędem pomknęłyśmy z Kają w stronę naszej klatki.

Jakoś przetrwałam kolki.
Nocne pobudki.
Ciagłe płacze i awantury.
Ząbkowanie i alergię na mleko krowie.
Jakoś sobie poradziliśmy z logistyką wyjazdów.
Z ustawieniem drzemek.
Z dietą, glutenem i pierwszą gorączką.

Ale to?
O tym mnie nikt nie uprzedzał…
Teraz po fakcie żałuję bardzo, że nie wyprowadziliśmy się swego czasu do Szwecji na przykład.
Albo jeszcze lepiej do Chin!
Tam bym zupełnie nie musiała i nie miała jak rozmów tego typu z nikim prowadzić.
Mam jednak plan awaryjny, aby zainstalować prywatną piaskownicę na naszym tarasie.
Mąż się wzbrania narazie, tłumacząc problematycznym sprzątaniem piasku.
Wyślę go więc w ten weekend na nasze patio aby się lepiej poznał z ciociami.
Tak by w niedzielę wieczorem wybrać wspólnie model tarasowej piaskownicy nowej.

niemanic
wierszyki

I nie ma nic

Jest tylko ten długi budynek.
Tenisówki po starszym bracie.
I wielki garnek pomidorowej.
Drzewa bez liści.
I zardzewiała zjeżdżalnia.
W piaskownicy puszka po piwie.
Do bramki kopana.
Nawleczona na sznurek.
Pies na łańcuchu wytarzał się w konserwie.
Brat wbił sobie w stopę kawałek szkła.
Chłopiec biegnie.
I nie ma nic.
I wszystko ma.