Monthly Archives

Kwiecień 2017

bardziej
macierzyństwo

Bardziej niż siebie

Jak to napisać myślałam długo.
I nic lepszego nie wymyśliłam.
Niż to.
Że moje dziecko kocham bardziej niż siebie.
Nie jak ojczyznę.
Nie jak czekoladę.
Jak wino.
Jak psa.
Czy kota.
Czy cokolwiek innego na świecie.

Bo dziecko się kocha tak.
Że jak o drugiej rano płacze stodwudziestąpiątą noc z rzędu.
To wstajesz i tulisz je do siebie.
A jak zaśnie na rękach to z nim na tych rękach śpiącym siadasz na skraju łóżka.
I siedzisz o tej drugiej w nocy, bo się boisz odłożyć żeby nie płakało znowu.

Gdy masz do wyboru zostać na kanapie i pić kakao.
Albo siedzieć w przykurczu na brzegu piaskownicy i prowadzić bezsensowne rozmowy.
Na tematy imion i wieku dzieci.
Wymiany piasku na nowy pod koniec kwietnia, bo czy aby to nie za wcześnie.
Oraz na temat plagi ślimaków w krzakach hortensji, bo zeżrą zalążki i kwiatów nie będzie.
To Ty wybierasz piaskownicę i o zalążkach rozmowę.

Gdy nie nosisz biżuterii.
Prawie się nie malujesz.
Bo za nic nie zrezygnujesz z przytulania się do mięciutkiego policzka.
I tych malutkich łapek wędrujących Ci po dekolcie.

Gdy na czworakach zeskrobujesz z podłogi wyplute kawałki awokado.
I niejednokrotnie ręce masz za przeproszeniem w kupie.

Gdy Twoje dziecko tańczy i wyglada to jak wygibasy kapibary po trzech kieliszkach martini.
A dla Ciebie to jest najcudowniejszy widok na świecie.
I masz już tego co najmniej czterdzieści nagrań na swoim ajfonie.

Gdy nastawiasz budzik co pół godziny żeby sprawdzić czy temperatura nie rośnie.
I budzisz się sama zanim zadzwoni za każdym z piętnastu razy.

I jak czasem pomyślisz, że coś by się mogło, to byś wolała żeby to tobie.

To znaczy, że kochasz swoje dziecko bardziej niż ojczyznę.
Niż czekoladę.
Bardziej niż wino.
Niż cokolwiek innego.
Bardziej niż siebie.

nogigolenie
życie

Nóg nie golenie

Ostatnio na fejsbuku krąży taki filmik o facecie, który rzucił żonę.
Rzucił ją z powodu nóg nie golenia.
Oczywiście ona kiedyś te nogi goliła.
I w ogóle myła włosy.
Zakładała sukienki.
I malowała paznokcie.
Ale w pewnym momencie nagle przestała.
A może nie nagle tylko to się działo stopniowo.
Najpierw przestała malować paznokcie.
Później zmieniła sukienki na dresy.
I w ostatnim etapie zaprzestała golenia.
Bo przecież i tak w dresie tych włosów na nogach nie widać.

Ten facet poczuł do niej odrazę.
Zniechęcił się jakoś przez to do niej.
I ją porzucił dla innej.
Która to regularnie nogi goliła.
A nawet o ludzie depilowała bikini.

Po jakimś czasie ten facet, którego włos na kończynach damskich tak mierził,
zrozumiał że wszystko jest kosztem czegoś.
Że te nieogolone nogi żony to był czas, który poświęcała ich dzieciom.
Że ten brak na paznokciach lakieru to były kotlety mielone na obiad i kurze spod szafy zmiecione.
Że uprasowana koszula, to była kosztem tych loków lśniących, które kiedyś tak skrupulatnie przed lustrem kręciła.

Filmik był badziewny i ogólnie rzecz biorąc słaby.
Ale jakoś tak dał mi do myślenia trochę.
Że coś w tym jest.
Coś w tym jest do cholery.
Że nie da się na wszystkich frontach ciągle dawać radę.

Że jest taki czas kiedy się układa loki.
I taki kiedy się układa śpioszki w szufladzie.
Taki czas kiedy się maluje paznokcie.
I taki kiedy się maluje kotka na płocie i pieska i świnkę.
Taki kiedy się co drugi dzień goli nogi.
I taki kiedy się co drugi dzień zasuwa do warzywniaka po świeże marchewki na soczek.

I mi jest czasem bardzo przykro.
Że ja tak w niepomalowanych paznokciach chodzę.
Ale patrzę wtedy na męża, który był u fryzjera chyba sto lat temu.
I myślę sobie, że nigdy nie byliśmy piękniejsi.

koszmar
życie

Koszmar

Siadamy wieczorem do kolacji.
Jest dosyć późno bo Kajka nie chciała zasnąć.

Ostatnio często jej się to zdarza. Mówię do Maćka krojąc pieczywo.
Pamiętasz jak w zeszłym roku ją usypialiśmy czasem nawet dwie godziny?
To był koszmar.
Moim zdaniem to przez to, że w pokoju jest za jasno.

Stawiam koszyk z pieczywem obok masła na stole.
Wykładam wędliny na talerz.
Za oknem zawodzi wiatr.
Wieje deszcz.

Ech co to za pogoda. Mowię.
Zimno jest tak i nieprzyjemnie jest tak, że się odechciewa wychodzić z domu.
Psa z kulawą nogą w parku nie uświadczysz.
Szafa nam pęka w przedpokoju od kurtek, kombinezonów, bezrękawników, polarów.
I ja już mam tego po dziurki w nosie.
No mówię Ci koszmar.

Maciek zalewa wrzątkiem herbatę.
Ja wrzucam do kubka cytrynę on nie.

Jak byłam dziś w mięsnym po mięso.
To sobie nie wyobrażasz co się znowu stało.
Wychodzę objuczona siatami.
Bo do tego nowego wózka to siatek ni przypiąć ni wypiąć.
I na dodatek w tych kurtkach i czapkach na głowie wychodzę.
Pcham przed sobą jedną ręką wózek, który jedną ręką pchany za nic nie chce prosto jechać.
Więc skręca skubaniec na ścianę.
W drugiej ręce mam siatkę z mięsem.
Trzecią ręką zakładam dziecku czapkę, a czwartą próbuje sobie drzwi otworzyć.
Kajka wpycha nogę pomiędzy taki regał z chrzanami, musztardami i grzybkami w occie.
Co mi bardzo utrudnia jakikolwiek manewr.
A za mną baba czeka aż wyjdę.
Rozumiesz?
Ona czeka aż wyjdę, a w ręku ma siatkę gdzie dynda jej 10 deko sopockiej.
Reszta rąk wolna.
Na twarzy wyraz znudzenia, że ja tak wolno rozumiesz wychodzę.
No powiem Ci, że ja nie wiem co się teraz z ludźmi dzieje.
Ale nikt Ci nie pomoże już drzwi Ci nie przytrzyma dziś w mięsnym nikt.
To jest koszmar co się z ludźmi dzieje.

Maciek smaruje chleb masłem.
Nakłada plaster szynki w wyżej opisanym mięsnym przeze mnie kupionej.

A potem to ja poszłam do tego warzywniaka. Kontynuuję.
Kupiłam wyobraź sobie dwa ogórki.
Dwa ogórki kupiłam i zapłaciłam za to sto złotych!
Sto złotych.
Ceny są w tym sklepie koszmarne.
Ja nie wiem już co robić gdzie dobre i tanie warzywa kupować.
No koszmar.

Maciek przerywa nakładanie sobie na talerz ogórka.
Cofa widelec.
Zamiast trzech plasterków kładzie na kanapkę dwa.

A potem to poszłyśmy na patio.
I ja za tym naszym dzieckiem to latam jak głodna mewa za kutrem.
Bo Twoja córka nie usiedzi w miejscu sekundy.
Sekundy nawet nie usiedzi tylko biega po schodach.
Na zjeżdżalnie się wspina.
Kwiatki z rabatek wyrywa i zjada kamienie wyobraź sobie.
Ja w ostatniej chwili te kamienie jej z buzi wyciągam.
A inne dzieci siedzą w tej piaskownicy i dłubią grabkami godzinę.
No koszmar.

Jemy przez chwilę w milczeniu.
Otwieram słoik powideł.
Pyszne są te powidła, takie są pyszne, że to już ostatni słoik ich jemy.

A co tam w pracy? Pytam.
Bo trochę już mnie wkurzać zaczyna, że mąż mój tak nic się dziś nie odzywa.
Znowu Ci trzy projekty na raz wrzucili?
W tych korporacjach to teraz zero szacunku do pracownika mają.
Tyle Ci tej roboty dadzą, aż skończysz w sanatorium.
Z co najmniej trzema nerwowymi tikami i do końca życia lękiem przed odebraniem telefonu.
Te korporacje to koszmar jest nad koszmary.

I wtedy mój mąż przełknął.
Kanapkę z powidłami odłożył na chwilę na talerz i rzekł do mnie takie oto słowa.

Koszmar to był jak Twój dziadek miał siedem lat.
I podczas wojny spadająca bomba w jego dom rodzinny trafiła.

 

 

Ps. Mój mąż jest taki mądry bo przeczytał Zapiski mojego Dziadka.
To jest świetna rzecz.
Kupcie to koniecznie swoim dziadkom i babciom.
Albo swoim rodzicom jeżeli są już dziadkami.
Mogę się założyć, że po przeczytaniu będziecie w lekkim szoku.
I może trochę inaczej spojrzycie na własne problemy.
Tę książeczkę można kupić na przykład tu: link

gepard
życie

Superlaska i najszybsze zwierzę świata

Rozmyślam sobie ostatnio o tym, że mam córkę.
Zazwyczaj chodzi w dresie, ale w ostatnich dniach nie chodziła w dresie z uwagi na Święta.
Z uwagi na Święta bowiem chodziła w sukience.
I zupełnie w tej sukience wyglądała jak dziewczynka.
A nie jak w dresie na co dzień zupełnie jak chłopak.

W sukience biegała po mieszkaniu.
W rajstopach koloru zgaszony róż.
I loki jej blond dodawały całości już zupełnie dziewczęcy charakter.

Takie mnie wtedy zaczęły myśli nachodzić:
– że przyjdzie taki dzień, że ona będzie superlaską
– że tego dnia ja już raczej nie będę superlaską
– że ten dzień będzie dla mnie smutny z tego właśnie powodu
– że tego dnia będę za to mogła wyjść wieczorem na wino z moimi przyjaciółkami, które to tego dnia nie będą już superlaskami również
– i że trudno, takie jest życie.

Tym tokiem myślenia doszłam do rozmyślań na temat tego dnia kiedy to ja byłam superlaską.
A było to już jakiś czas temu.
Na przykład jakieś szesnaście lat wstecz, gdy miałam lat osiemnaście.

Byłam wtedy akurat superlaską singielką.
A mój mąż był wtedy akurat ogłupiałym wyrostkiem w szerokich spodniach.
I akurat tego dnia był zupełnie gdzie indziej.

Ponieważ obracałam się w różnych kręgach towarzyskich.
To w tychże kręgach towarzyskich poznawałam chłopaków wszelakich.
I czasem wpadałam na pomysł, żeby się z którymś umówić na randkę.
Potem zazwyczaj tego pomysłu żałowałam, bo moje randki były jakoś wyjątkowo nieudane.

I tak od tych sukienek, rajstop w kolorze zgaszony róż i superlasek doszliśmy do historii o mojej najgorszej randce świata.

Na osiemnastce takiego jednego, poznałam kilku innych.
A ponieważ wtedy naprawdę byłam superlaską to Ci inni to zauważyli i prosili mnie o numer telefonu.
Akurat na tej osiemnastce miałam humor w stylu a co mi tam szkodzi żyje się raz jak to teraz mówią YOLO więc rozdawałam swój numer na prawo i lewo.

I potem pare dni później zadzwonił do mnie on.
Jakiś jeden z tych, którym swój numer telefonu na tej imprezie podałam.
I ja zupełnie po głosie byłam pewna, że to jest jeden z tych, którego uznałam za najfajniejszego.

Umówiliśmy się pod metrem centrum.
Pod tym grafitti co wtedy zawsze się wszyscy umawiali.

Przyszłam totalnie zła na siebie, że przyszłam.
I że w ogóle do takiej sytuacji, że przyjść musiałam doprowadziłam.
Bo ja nie znosiłam chodzić na randki.
Z ludźmi obcymi przeciwnej płci.
Z którymi zupełnie nie wiadomo o czym rozmawiać.
I przed którymi trzeba udawać, że się jest superelokwentną, superinteresującą, superzabawną, superlaską.
A nie po prostu sobą.

I słuchajcie idę pod to metro.
A tego kolesia co myślałam, że to on dzwonił nie ma.
No nie ma go na pewno.
Bo jest inny.
Którego jak przez mgłę z imprezy pamietam, że gdzieś tam z boku stał jak ten swój numer dawałam na prawo i lewo.
Strasznie jakiś nie w moim typie z wyglądu zupełnie.
A z charakteru to nie wiedziałam, ale na pierwszy rzut oka raczej też nie.
Bo ubrany był ten człowiek w różową skórę.
Powtarzam.
Różową skórę.
Kurtkę taką ze skóry.
Różowej.
Tak.

Ja zawsze na randki miałam plan awaryjny.
Więc jak tylko zobaczyłam tego chłopaka co to miał być kimś innym.
I tę jego nieszczęsną kurtkę skórzaną.
To sobie przypomniałam, że moi znajomi z liceum są dwieście metrów obok w jednym pubie.
Tak więc udając, że o tym nie wiem zaciągnęłam tam do nich moją różową randkę.

A oni tam wszyscy siedzieli.
Żłopali piwo za piwem i jedli frytki.
I w ogóle się świetnie jak zawsze bawili.

My wchodzimy.
Ja nerwowo chichoczę.
On w różowej skórze.

Ja widzę znajomych i krzyczę.
O rany co za zbieg okoliczności!
Wy tutaj!
Zobacz kolego (niestety nie pamietam teraz jak ów biedaczyna miał na imię).
Zobacz kolego toż to akurat dwudziestu moich znajomych z liceum siedzi właśnie żłopie piwo i je frytki!
No to jest znak, że się musimy dosiąść do nich.
I również piwo zamówić.
Oraz zamówić musimy frytki.

No i się dosiedliśmy.
Zamówiliśmy piwo.
Zamówiliśmy frytki.
Gwar był niesamowity więc ciężko było rozmawiać ze sobą.
Lecz żeby nie wyszło, że jestem superniewychowaną superlaską to raz na jakiś czas próbowałam jakąś konwersację z chłopakiem nawiązać.

Na przykład taką:

(ja) Znasz jakiś dowcip?

(on) Znam.

(ja) To dawaj.

(on) Jakie jest najszybsze zwierzę świata?

W tym momencie jakoś wszyscy moi znajomi z liceum w liczbie dwadzieścia zamilkli i skupili uwagę na chłopaku w różowej skórze.
Mnie to bardzo speszyło, bo bardzo nie chciałam żeby biedaczyna się poczuł speszony.
Więc postanowiłam sobie, że jaka by to nie była odpowiedź to się będę śmiała jak szalona.
Żeby on sobie pomyślał, że jest taki super zabawny i się poczuł lepiej.
Bo chyba się nie najlepiej czuł wśród moich znajomych z liceum w liczbie dwadzieścia żłopiących piwo i jedzących frytki.

No i on mówi że gepard.

Ja w śmiech.
On zbladł.
Inni w śmiech.
I tak się śmialiśmy z pięć minut.
Bo wiecie jak to jest z tym śmiechem nerwowym.
Jak zaczniesz to nie możesz się uspokoić.
I łzy Ci takie histeryczne lecą.
Tusz rozmazują i w ogóle tragedia z tym nerwowym śmiechem.
I w końcu jak już śmiać się tak histerycznie przestałam.
A reszta przestała się śmiać z tego, że ja się tak histerycznie śmieję.
To chłopak w różowej skórze dokończył, bo to zupełnie nie był jeszcze tego dowcipu koniec.

A jaki jest najszybszy ptak świata?
Ptak geparda.