Monthly Archives

Kwiecień 2017

wielkanoc2
życie

Takie tam na Wielkanoc

Echhh co tu dużo pisać.
Jakoś w tym roku nie mogę się odpowiednio świątecznie nastroić.
Pogoda daje popalić.
Od paru dni się słaniam z kąta w kąt i jakiś mam spadek energii ogólnie.
Przysypiam na stojąco.
Nic mi się nie chcę i po rozmowach ze znajomymi wiem, że nie jestem w tym osamotniona.
Najchętniej nie wychodziłabym z łóżka.
Czekoladowe ciastka popijała kakao.
I czytała Anię z Zielonego Wzgórza.

Niestety nic z tych rzeczy.
Sprzątanie.
Zakupy.
Pieczenie mazurków.
Sernika.
Gotowanie jajek w cebulowych skórach.
I białej kiełbasy gotowanie bez skór cebulowych.

Stanie w kolejce o 7 rano po najbardziej chrupiące pieczywo.
To razowe.
I to wiejskie, które wszyscy wolą ale na zmianę z razowym jedzą, żeby zdrowiej było.
Wybieranie najpiękniejszej szynki.
Kiełbasy myśliwskiej i jałowcowej.
Pieczenie pasztetu i ze śliwką schabu.
Krojenie niezliczonej ilości warzyw na sałatkę jarzynową.
I w ostatniej chwili pędzenie po jeszcze jeden słoik majonezu bo jednak zabrakło.

Obieranie migdałów.
Mielenie orzechów.
Układanie na lśniącym kajmaku z tychże bakalii zajączków tudzież kurczaczków.

Wyciąganie dziecku z buzi bazi.
Serwetki prababci z sedesu.
Porcelanowej solniczki z maleńkich rączek.

Sprzeczki z mężem o priorytety.
Czy naprawdę w Wielki Piątek koniecznym jest załatwianie ubezpieczenia OC i AC na drugim końcu miasta – on twierdzi, że tak.
Czy wieszanie girlandy z papierowych pisanek i pieczenie trzech blach mazurka – ja uważam, że tak.

Tymczasem w tym wszystkim.
W tym zamieszaniu całym.
Dobrze jest jednak zatrzymać się trochę.
Być tu i teraz.
Dać dziecku łyżkę kajmaku do oblizania.
Przeczytać tej Ani z Zielonego Wzgórza rozdział choć jeden.
Sprzeczając się z mężem włożyć mu do portfela migdała gdy już się jednak po te ubezpieczenie wybiera.
Zadzwonić do mamy po na kiełbasę przepis.
I kupić dwa pęczki żonkili wracając z mięsnego.

Nie uprasować sukienki.
Nie umyć podłogi.
Nie wysłać życzeń do studwudziestu osób.
Nie pomalować paznokci.
I nie zrobić ryby po grecku.
Bo nie możliwe żeby na wszystko starczyło czasu.

I przede wszystkim zapomnieć o telefonie.
O innych tabletach i komputerach.
I każdą chwilę tych Świąt przeznaczyć na oblizywanie się po trzecim kawałku mazurka i łaskotanie dziecięcego brzuszka.

termometr
życie

O tym jak mój mąż nie wypadł przez okno

Mój mąż ma wiele zainteresowań.
W tym wiele, których ja kompletnie nie podzielam.
Ostatnio zamówił sobie prenumeratę Muratora.
I tam w tym Muratorze przepadł na jakieś pół godziny co chwilę wydając okrzyk zachwytu.
To trochę tak jak ja gdy oglądam nowy Harper’s Bazaar albo katalog Sephory.
Z tym że on się ekscytuje nową generacją kołków.
Karcherem do mycia okien.
Lub najnowszym modelem wiertarki Bosh.
Taaaak.

Jednym z tych wielu zainteresowań mojego męża, którego kompletnie nie podzielam i nie rozumiem są termometry.
Takie termometry wskazujące temperaturę powietrza na zewnątrz, wewnątrz i nie chcę myśleć gdzie jeszcze.
Poza tym pokazują zapowiedź pogody, która z mojego doświadczenia bezwolnej posiadaczki drugiego już modelu takiegoż termometru , nie sprawdza się nigdy.
Pokazują wilgotność powietrza.
Godzinę i obrazkowe przedstawienie sytuacji pogodowej czyli np.chmurę z deszczem gdy za oknem świeci piękne słońce.

Teraz mi się przypomniało, że najdziwniejszą dla mnie zajawką mojego męża są gałki do kaloryferów.
Maciek je nieustannie programuje, tak aby temperatura była wszędzie jak on to mówi optymalna.
Co się zazwyczaj nie udaje, gdyż nasze dziecko łazi za nim i przestawia ustawienia gałek po swojemu.
Ale nie o tym miał być ten post.
A szkoda bo zapowiada się zabawnie.

Wróćmy jednak do termometru, bo o tym będzie częściowo ta historia.
Nasz termometr składa się z dwóch części.
Takiego małego odbiornika, który powinien być na dworzu – i do tej pory leżał na tarasie przykryty doniczką aby nie zamókł.
I drugiej części, wyświetlacza temperatury i innych bajerów, który to znajduje się u nas w salonie na honorowym centralnym punkcie regału.
Tuż obok naszego zdjęcia ze ślubu.
Ja tego komentować nie będę.
Mój mąż ten termometr kocha żarliwie.
Cóż zrobić.

No i nagle w niedzielę Maciek wymyślił, że oto nadeszła pora żeby termometr (a raczej ten zewnętrzny odbiornik) powiesić w miejscu dla niego docelowym.
To jest za oknem w sypialni.
Od strony północnej.
Pod specjalnym daszkiem.
Gdzie to dla termometru jest według mojego męża miejsce idealne.

Dla mnie to jest bez znaczenia.
I tak zazwyczaj sprawdzam pogodę w telefonie bo jest dokładniejsza.
Ale oczywiście nie oponowałam i zabrałam się za szykowanie obiadu.
To jest obieranie ziemniaków z Kajką uwieszoną u nogi.

No i tak stoję w tej kuchni, obieram jednego ziemniaka.
Drugiego.
I nagle on wchodzi blady.

Opiera się o ścianę.
I drżącym głosem mówi.
O rany.
Ty nie wiesz co się właśnie stało.
Wieszałem termometr za oknem w sypialni.
I jakoś tak nagle zupełnie niespodziewanie zachwiałem się.
Zapomniałem się.
Zagapiłem.
Zamyśliłem.
I prawie, że przez chwilę wypadłem przez okno.

Patrzę na niego.
I widzę, że nie żartuje.
Widzę, że jest przejęty sytuacją jak siemasz.

Mogłem zginąć.
Wiesz.
Mówi.

I ja wiem.
Ja wiem.
Bo jestem kobietą.
I to mega panikarą.
Moja wyobraźnia jest większa niż kosmiczne przestworza.
Ja wiem.

Ja widzę siebie obierającą ziemniaki.
Słyszę krzyk męża z sypialni dobiegający.
Jakiś stłumiony taki.
Widzę ziemniaka, który mi z ręki wypada.
I spiralę ziemniaczanej skórki na jasnym kafelku podłogi widzę.
Moje nerwowe kroki i te spojrzenie na sypialnię pustą i okno na oścież otwarte.
Czuję swój strach przed przez to okno wyjrzeniem.
Czuję ten nagle w ułamku sekundy zakleszczający się na mym sercu bezsens wszystkiego.
Bezsens obieranych przeze mnie ziemniaków.
Bezsens obawy o jutrzejszą pogodę.
Bezsens chęci posiadania kolejnej torebki.
Czuję bezsens gniewania się na niego, że się spoźnił przedwczoraj godzinę.
Że nie wyniósł śmieci.
Że bazie kupił za krótkie.
Czuję ten bezsens narzekania na wieczne zmęczenie.
Bezsens wszystkiego co do tej pory miało sens a teraz zupełnie mieć sens przestało.
Czuję łapki Kajki zaciśnięte wokół mojej nogi.
I paniczną myśl, o tym co teraz.
Co teraz.

Otrząsam się nagle z tej wizji koszmarnej.
Odkładam ziemniaka.
I mówię.
Weź Ty mi nawet nie mów.

Za jakiś czas jemy obiad.
Filety z kurczaka.
Ziemniaki.
Mizeria.

Maciek kroi kotleta w maleńkie kwadraciki dla Kajki.
Uśmiecha się do mnie znad swojego talerza.
Ja też się uśmiecham do niego.
Wdzięczna jestem na maxa, że jemy ten obiad razem.
I nagle on mówi.
Wiesz tak sobie myślę.
Że jednak w złym miejscu powiesiłem ten termometr.
Chyba go muszę przewiesić na tę ścianę od strony tarasu.

weekend2
pomysły na weekend

Film, książka i ciasto marchewkowe

A może by tak zacząć pewną tradycję.
Tradycję dzielenia się z Wami raz w miesiącu fajnymi pomysłami na weekend.
Fajnymi oczywiście w moim przekonaniu, bo wiadomo, że nie każdy się tym samym ekscytuje tak samo.

Ponieważ to już po raz drugi, to założyłam specjalny dział “pomysły na weekend”, pod którym będą właśnie tego typu posty.

Także tak.
Zacznijmy może od filmu.

– Film

Film jakoś udało nam się znowu w miarę szybko (czytaj w 45 minut) wybrać.
I aż nie byliśmy do końca pewni czy już go nie oglądaliśmy, bo film się wydawał atrakcyjny od pierwszego wejrzenia, to jest od tytułu i aktora na okładce.
A nie jest to bynajmniej nowość, tylko film z 2012 roku.
Tytuł filmu to “Magiczne lato” więc sami widzicie – bardzo atrakcyjny – zarówno pod kątem lata jak i kątem magii.
Aktor to Morgan Freeman i tutaj już od razu wiadomo, że to nie może być zły film.
Kto Pana Morgana zna ten wie.
Film jak dla mnie cudny.
Akcja płynie bardzo wolno.
Właściwie to prawie jej nie ma.
Są za to prawdziwi ludzie.
Emocje.
Miłość.
Lato.
I dzieci.
Beztroskie.
Nad jeziorem.
W brudnych tenisówkach i za dużych ogrodniczkach.
A!
I jest oczywiście pies.
Jest coś takiego w tym filmie dobrego.
Coś czego ja zawsze w każdym filmie i każdej szukam książce.
Coś takiego, że potem się długo uśmiechasz.
Ten film to ma.
Od początku do końca.
Maćkowi też się podobał!
Więc polecam na wieczory we dwoje.

– Książka

W sobotę wybrałam się na Targi Książki Dziecięcej Przecinek i Kropka.
Targi odbywały się w centrum handlowym, więc korzystając z okazji wcześniej pobuszowałam po paru sklepach.
Co się skończyło tak, że na targi trafiłam objuczona torbami.
Winę zwalam trochę na wyżej opisany film.
Bo nie mogłam po prostu się oprzeć za dużym ogrodniczkom w jakich występowała jedna z głównych bohaterek i nabyłam identyczne w dziale dziecięcym ha i em dla swojej magicznej dziewczynki na jej magiczne lato.
Poza tym słomkowy kapelusz i espadryle.
Na lato magiczne niezbędne.
Na targi poza torbami zakupów, trafiłam w puchowym płaszczu gdyż rano wychodząc z domu mój termometr pokazywał stopni 4.
Na targach jednakże było stopni conajmniej 24 więc po chwili zrobiło mi się słabo.
Na szczęście byłam z koleżanką, która przejęła ode mnie na chwilę torby i ogólnie jakoś zrobiło się lepiej.
Niestety dopiero przy wyjściu zauważyłam, że była na targach szatnia.
Do tego darmowa.
Na targach jak to na targach na początku chciałam kupić wszystko.
Pod koniec nie chciałam już kupować niczego, tylko jak najszybciej wrócić do domu, gdzie jest względna cisza, względny spokój, zimna woda do picia i tylko jedno dziecko.
Bo na tych targach było dzieci milion.
Było też milion balonów dla każdego z tych miliona dzieci.
I mniej więcej co dwie minuty, któryś z tych balonów pękał.
Wywołując atak płaczu u właściciela pękniętego balona.
I stan przedzawałowy u mnie.
Finalnie kupiłam dwie książki.
Ale dzisiaj pokaże Wam jedną.
Książeczka “Przesuń paluszkiem. Na nocnym niebie” jest super.
Na każdej stronie, łącznie z okładką jest specjalne okienko na mały paluszek.
Którym można przesuwać elementy i zmieniać obrazek.
Zapalać i gasić światła w oknach.
Tworzyć na niebie tęczę.
Albo płynąć po wodzie stateczkiem.
Na Kajce książeczka zrobiła piorunujące wrażenie.
Szczególnie okładka, na której w jednym z mikro okienek pojawia się po przesunięciu paluszkiem mikro kotek.
Bardzo, bardzo fajna książeczka!
Jest kilka różnych z tej seri.
Z tego co pamietam to chyba cztery.
Także do wyboru do koloru.

– Ciasto marchewkowe

No i jak na tradycję przystało nie ma weekendu bez czegoś słodkiego.
Gdyby nie pogoda to pewnie wybralibyśmy się na lody.
Ale ze względu na ponurą atmosferę na dworzu i powoli gnijące marchewki w lodówce, powstało ciasto marchewkowe.
Z mojego ulubionego przepisu.
Tym razem nie White Plate a z Kwestii Smaku.
Ja je modyfikuję trochę, nie daję ananasa (bo nigdy nie mam go w domu) i wiórków kokosowych też nie daję (bo też ich w domu nigdy nie mam).
Polewy nie robię bo mi szkoda czasu – i nie mam połowy składników w domu 😉
Więc tak naprawdę to przepis jest zupełnie inny niż ten podany na stronie…
Ciasto jest wilgotne.
Pachnące cynamonem.
I bardzo słodkie.

Przepis według moich modyfikacji wygląda tak:

2 jajka
200 g drobnego cukru lub cukru pudru
150 ml oleju roślinnego
200 g drobno startej marchewki
50 g posiekanych orzechów włoskich
200 g mąki
po 1 łyżeczce cynamonu i sody
szczypta soli
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Jajka ubić.
Dodać cukier i dalej ubijać aż masa będzie gładka i puszysta.
Wciąż ubijając na wysokich obrotach, dolewać ciągłym, cieniutkim strumieniem olej.
Dodać marchewkę i orzechy.
Delikatnie wymieszać.
Do osobnej miski przesiać mąkę, dodać cynamon, proszek do pieczenia, sodę i sól, wymieszać. Przesypać do miski z marchewką i delikatnie połączyć wszystkie składniki. Piekarnik nagrzać do 150 stopni C.
Ciasto wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia.
Piec przez 1 godzinę, do suchego patyczka.
Jeśli użyjemy mniejszej tortownicy, np. ok. 21 cm, ciasto należy piec dłużej, ok. 1 i 1/2 godziny.

pieprz
wierszyki

Pieprz

Życie jest niebieskie.
Niebieskie jak oczy mojej córeczki.
Zielone jak pierwsze listki na wiosnę.
Czerwone jak te truskawki polane śmietaną.
Złote jak loki na maleńkiej główce.
Szare jak jego ciepły sweter.
Białe jak prześcieradło świeżo uprane.
Żółte jak jajecznica w niedzielę.
I czarne jak ziarenko pieprzu.
W tej jajecznicy niezbędne.