Monthly Archives

Maj 2017

filip
macierzyństwo

Filip

Cześć Filip.
Chcę Ci zamówić konia.
Bo podobno bardzo lubisz konie.
Tak przynajmniej twierdzi wikipedia i ksiegaimion.com.

Koń jest pluszowy, niebieski i ma żółte ogrodniczki.
Więc mam nadzieję, że Ci się spodoba.

U nas w domu po staremu.
Kajka ma lekki katar.
Maciek zaczął jeździć do pracy na rowerze.
Bo wyobraź sobie, że nareszcie jest ciepło.

Ja mam co do tego mieszane uczucia.
Z jednej strony się cieszę.
Bo uwielbiam lato.

A z drugiej mam doła.
Bo jestem coraz grubsza.
I nogi mi spuchły.
I jest to częściowo Twoja wina.
A częściowo trufli i lodów o smaku słony karmel.

Gdy wczoraj poszłam wieczorem po chleb.
To powiem Ci, że się załamałam.
Bo wszystkie dziewczyny w sukienkach.
Mikro szortach.
I zwiewnych koszulkach.
Szczupłe.
Opalone.
Z błyszczykiem na ustach.
I rozwianym włosem.
Jak normalnie z okładki szejpa.
Jak z teledysku bijonse.

A ja idę po chleb.
Nie ja przepraszam, ja się toczę po chleb.
Nieopalona.
Bez mikro szortów.
O nie co to to nie.
Bez koszulki zwiewnej.
I bez błyszczyka.
Bo do cholery nie będę w drodze po chleb malować ust błyszczykiem.

Raz się umalowałam jak szłam do Piotra i Pawła i Maciek się na mnie podejrzliwie spojrzał.
Że czy ja przypadkiem tam sobie na dziale mrożonek.
Przy tej lodówce z lodami.
Jakiegoś nie podrywam Piotra bądź innego Pawła z działu wycieranie szmatą oszronionej szyby w lodówce.
I z działu dbam o to by zawsze były lody bakaliowe, oraz śmietankowe, oraz czekoladowe, oraz malaga.
Że niby ja się dla tego Piotra bądź Pawła z działu mrożonek tak umalowałam.

Więc idąc wczoraj po chleb błyszczyka nie nałożyłam.
Żeby uniknąć tego typu spojrzenia.
Tym bardziej, że u nas w podstawówce był taki jeden Chlebowski.
Co to się wszystkim dziewczynom podobał.
I teraz żałuję tego braku błyszczyka.
Bo może aż tak bym się nie zdołowała.
Widząc te wszystkie laski.

Potem wróciłam z siatami chleba.
Którego kupiłam pod wpływem tych szczupłych dziewczyn tylko w wersji razowej.
Postawiłam siatki w przedpokoju.
I łzy mi po twarzy popłynęły jak ten karmel słone.
A wraz z nimi takie popłynęły słowa.

Maciek Ty sobie nie zdajesz sprawy.
Ale ja w te lato nie założę mikro szortów wcale.
Bo pękło mi naczynko na udzie.
I ja po prostu nie dam rady.
Ja jestem już strasznie gruba.
I muszę już kupić ten żel chłodzący do stóp.
I leżeć z nogami do góry wieczorem.
Podczas gdy Ty będziesz wieszał pranie i zmywał naczynia.
I ja już więcej po ten chleb nie idę.
Bo ty nie wiesz co się wieczorem koło sklepu z pieczywem dzieje.
Wszyscy są umalowani i zwiewni i opaleni.
I jest mi bardzo przykro.
Bo ja jestem okropnie gruba i zupełnie nie jestem zwiewna.

Na to mój mąż, który jest wielkim fanem mikro szortów, spojrzał mi w oczy i rzekł.

Kochanie ale Ty jesteś przecież w ciąży.

Także tak.
Jestem w ciąży.
Zresztą Ty o tym Filip najlepiej wiesz ze wszystkich.
I zamiast mikro szortów.
Zamawiam niebieskiego konia.
W żółtych ogrodniczkach.
Dla Ciebie.
Dla mojego synka.

sarna2
życie

Wypatrywaczka saren

Od jakiegoś czasu się trochę miotam zawodowo.
Zastanawiam się co tak naprawdę lubię i umiem robić dobrze.
I co z tych rzeczy mogłoby się ewentualnie przenieść na polepszenie stanu mojego konta.
Tym samym przenieść na stan mojej fryzury.
Paznokci.
Długość rzęs.
Stan restauracji, do których chodzę.
A również na zawartość mojej szafy.
Kosmetyczki.
I wielu, wielu innych rzeczy.
Których stan się polepsza wraz z polepszeniem stanu konta.

I tak szczerze mówiąc to do tej pory nie udało mi się znaleźć odpowiedzi na to pytanie.
Aż do przedwczoraj.
Gdy to jechałam pociągiem intercity na trasie Warszawa-Poznań.

I nagle mnie olśniło.
Uświadomiłam to sobie, gdy na moich oczach po raz kolejny dokonało się objawienie mojego talentu.
A mianowicie ujrzałam sarnę.

Przez okno intercity na trasie Warszawa-Poznań ujrzałam daleko pod lasem najprawdziwszą sarnę.
Sarnę z lasu.
Sarnę żywą, która to jest przedstawicielką natury.
Przedstawicielką Planety Ziemia.
Istotą niewinną.
Nieskażoną.
Nieświadomą fejsbuka oraz promocji w Sephorze.
Sarnę przedstawicielkę slow life, minimalizmu i życia w stylu hygge.

A to nie jest pierwszy raz kiedy mi się to zdarzyło.
Bo ja muszę się nieskromnie przyznać.
Że udaje mi się wypatrzeć sarnę przy każdej podróży.
To znaczy każdej, która odbywa się poza centrum Warszawy, oraz poza Raszynem.
Bo tam jest bardzo dużo reklam, które od saren odwracają moją uwagę.

Mój mąż to wie.
I on mi nawet trochę nie wierzy, że ja te sarny widzę naprawdę.
Jemu się wydaje, że ja mam jakąś wadę wzroku.
Albo może nawet mózgu, która wyświetla mi sarny za każdym razem gdy gdzieś jedziemy.
I gdy ja mówię o sarna.
To on na to niemożliwe.

A to jest możliwe.
Bo ja te sarny widzę naprawdę.
Jakbyście się postarali to też byście je zobaczyli.
Zdradzę wam sekret, że sarny są wszędzie.
Jest ich cała masa, miliony tysięcy saren się kręci, stoi i przeżuwa trawę za każdym oknem.

Czasem się zatrzymujemy i ja wtedy Maćkowi pokazuję dokładnie.
O widzisz tam daleko pod lasem ten mikro punkt.
To sarna.

Albo kiedy indziej gdy sarna jest blisko.
Tak blisko, że gdy Maciek ją w końcu dostrzeże.
A on to wyjątkowo i zupełnie nie ma talentu do wypatrywania saren.
I wreszcie po piętnastu minutach patrzenia mówi o rany sarna.
To wtedy mi trochę bardziej wierzy.
A ja mu umawiam wizytę u okulisty.

No i ja przedwczoraj jadąc tym pociągiem intercity na trasie Warszawa-Poznań sobie uświadomiłam dwie rzeczy.

– Po pierwsze, że ja mam naprawdę ogromny talent do wypatrywania saren w podróży.

– Po drugie, że wszyscy inni w podróży, mają ogromny talent do siedzenia z nosem w smartfonie.

I że ja będę organizować wycieczki.
Bo ja się muszę tym talentem podzielić.
I tych ludzi ze smartfonów chociaż na dwie sarny wyciągnąć.
Będę tak zwaną wypatrywaczką saren.
I ludzie będą mi płacić za to, że ja im te sarny wypatrzę i palcem na szybie pokaże.
Aż w końcu sami nauczą się je widzieć.

Planuję to tak, że taki przykładowy pan Karol z Warszawy ma konferencję w Krakowie.
A chce w tej podróży od cywilizacji i internetu trochę odpocząć.
Wtedy pan Karol dzwoni do mnie.
Wypatrywaczki saren.
I płaci mi dwanaście tysięcy złotych netto.
A ja z nim jadę pociągiem na trasie Warszawa-Kraków i całą podróż razem z nim wypatruję i palcem wskazuję sarny.

Sarny z lasu.
Sarny żywe, które to są przedstawicielkami natury.
Przedstawicielkami Planety Ziemia.
Istotami niewinnymi.
Nieskażonymi.
Nieświadomymi fejsbuka oraz promocji w Sephorze.
Sarny przedstawicielki slow life, minimalizmu i życia w stylu hygge.

mamawiersz
wierszyki

Chcę

Chcę Ci pachnieć szarlotką.
I świeżo upraną pościelą.

Chce sobą zasłonić fałszywe uśmiechy.
Rzucane kamienie.

Mieć dla Ciebie zawsze,
to czego Ci potrzeba.

Dać ten najcieplejszy koc.
Na te najzimniejsze dni.

I żeby Twoja ręka do mojej,
na pamięć znała drogę.

Chcę być zawsze o milimetr,
od bycia za blisko.

Chcę dla Ciebie być mamą.
Najlepszą na świecie.

facetwciazy
życie

Facet w ciąży i torebka

W zeszłą sobotę poszłam na pobranie krwi.
Poszłam tam wcześnie rano.
Na samo otwarcie.
Licząc, że będę jedyną osobą, która wpadła na ten pomysł.

Okazało się, że się pomyliłam.
Bo w kolejce było już przede mną osiem osób.
W tym trzy kobiety w ciąży.
Recepcja była jeszcze zamknięta.
Bo to było za dwanaście ósma.

Wtem przyszła kolejna osoba.
A była to bardzo ładna pani.
Z przepiękną torebką, co to kosztuje miliony monet.
Taką na ramię.
Ze skóry w kolorze karmelu.
Trochę jak worek.
Trochę jak szoperka.
No świetna torba.
Aż żal, że taka droga.

I ona stanęła razem z tą torebką.
Co to trochę jak worek.
A trochę jak szoperka.
Przed samą recepcją.
Normalnie stanęła tak, że się ewidentnie oparła o blat.

Wśród czekających, którzy od recepcji byli nieco dalej, zaszumiało.
I w końcu jeden facet powiedział.
Że proszę pani tutaj jest kolejka.
A pani z torebką na to.
Że ona jest w ciąży, i że ma pierwszeństwo.

W tym momencie oderwałam wzrok od torebki.
I przeniosłam go na brzuch tej pani.
Który się okazał faktycznie bardzo duży.
I na dodatek ewidentnie w ciąży.

Facet sapnął.
Natomiast odezwała się inna pani.
Że ona też jest w ciąży, oraz że była tu wcześniej.
Na dowód czego zaplotła dłonie na pokaźnym brzuchu i również sapnęła.
Wydaje mi się, że sapnęła też trochę dlatego, że jej torebka nie była taka ładna jak torebka tamtej pani.
Jej torebka była wręcz brzydka.
Bo to była już stara złachana torebka.
Na suwak.
Zupełnie niepodobna do worka.
Ani do szoperki.
I zupełnie nie w kolorze karmelu.

W tym właśnie momencie odezwała się jeszcze jedna pani.
Że ona też jest w ciąży.
A potem jeszcze jedna.

Aż w końcu ten facet, który odezwał się pierwszy, nie wytrzymał napięcia i rzekł.
Drogie panie, wszyscy się tutaj źle czujemy.
Ale nie róbmy z tego tragedii.
Jak jest kolejka to jest kolejka.

Na to się już nie mogłam zgodzić.
Więc powiedziałam do roztrzęsionego tłumu.
Że proponuję, żeby jednak te osoby w ciąży poszły na badanie pierwsze.
A dopiero po nich poszła cała czekająca reszta.

Bo chyba każdy wie.
Że ciąża to nie przelewki.
I to nie chodzi tylko o złe samopoczucie.
Ale o permanentny stan życia z ruszającą się osobą w brzuchu.
Życia cięższego o wiele kilogramów.
Uboższego o wieczorny kieliszek wina.
O sery pleśniowe.
Zimne piwo.
I sushi.
Z finałem w postaci porodu.
A już ciąża na czczo i to za dwanaście ósma to już w ogóle.

Facet prychnął.
Spojrzał na mnie z miną chyba cię pogięło bezrozumna istoto.
Po czym wstał i oznajmił wszystkim zebranym.
Że w takim razie on musi iść pierwszy.
Ponieważ on również jest w ciąży.

I muszę przyznać, że brzuch miał większy.
Niż pani z torebką.
Co to trochę jak worek.
A trochę jak szoperka.