Monthly Archives

Maj 2017

inna2
macierzyństwo

Inna niż inni

Wczoraj się okazało, że jestem zupełnie inna niż wszyscy inni.
To wszystko się wydarzyło na urodzinach synka znajomej.
To się wydarzyło głównie na placu zabaw.
Ale też trochę na początku w mieszkaniu.

Wszystko się zaczęło od rozmowy o fotelikach.
Bo ja jestem panikarą.
A w szczególności to jestem panikarą jeśli chodzi o jazdę samochodem.
Mam bardzo rozbudowaną wyobraźnię.
I niestety nie zawsze są to wyobrażenia o szczęśliwości i pląsaniu po tęczy.
Czasem są to niestety wyobrażenia drastyczne.
Krwawe.
Mrożące krew w żyłach.
Nie do opisywania tu na tym blogu.
Tylko ewentualnie na innym o nazwie:
Straszny i drastyczny blog mrożący krew w żyłach.

No i ja wobec tego przed urodzeniem Kajki się naczytałam wszystkiego.
Wszystko sprawdziłam.
I wszędzie zajrzałam.
Żeby mieć sto procent pewności, że moje dziecko jest w samochodzie najbezpieczniejsze na świecie.

Okazało się, że najbezpieczniejsze na świecie, poza nie jeżdżeniem samochodem w ogóle,
jest przewożenie dziecka w samochodzie tyłem do kierunku jazdy.
I to nie przez rok.
Ale przez trzy a najlepiej cztery lata.

A dzieje się tak dlatego:
FILM

Mój mąż na początku nie chciał mnie słuchać.
Że co to za wymysły.
Że wszystkie dzieci jeżdżą samochodem przodem.
Że przecież ten fotelik, który ja wybrałam.
Jest najdroższy.
Najbrzydszy.
I że to nie jest fotelik tylko jakaś kolumbryna nieforemna, i że na bank będziemy żałować.

A wybrałam taki, który przeszedł bardzo rygorystyczny szwedzki TEST PLUS.
Taki, którym się wozi dziecko tyłem do czwartego roku życia.

Ile to się nagadałam.
Ile się natłumaczyłam.
Ile razy mu przesyłałam mailem artykuły na ten temat.
I nic.
On wie lepiej.
On nie ma czasu czytać.
Bo jak on jest w pracy to on pracuje a nie czyta maile.
To ciekawe, bo maila od firmy produkującej czujniki dymu o uznanej reklamacji przeczytał od razu.
Że jego brat woził dzieci przodem.
Jego koledzy wożą dzieci przodem.
Wszyscy wożą dzieci przodem.
I że ja jak zwykle, coś sobie ubzdurałam.

Ale w końcu i on przeczytał.
I się przekonał.
I mamy ten fotelik najbezpieczniejszy na świecie.

Wygląda jak czołg.
Brzydki jest jak czołg.
I nie wpina się do żadnego wózka.
Bo przecież to czołg.
Ale jest za to niezniszczalny.
Jak to czołg.

I wczoraj na tej imprezie się wywiązała taka rozmowa.
Że właśnie my wozimy Kaję tyłem.
A ma już olaboga dwa lata!
I że nikt.
Ale to absolutnie nikt.
Tak nie robi.
Poza całą Szwecją oczywiście.
I innymi skandynawskimi krajami.

Potem poszliśmy na plac zabaw.
Gdzie była masa dzieci.
Masa rodziców.
I masa piasku.
Huśtawek.
Zjeżdżalni.
I nienazwanych konstrukcji służących zabawie.

Rodzice sobie stanęli w kółku i zaczęli gadać.
Niektórzy siedli na leżakach nieopodal.
Część siedząca na tych leżakach nawet przymknęła powieki.
Bo słonko świeciło i było całkiem błogo.

A dzieci pognały na plac zabaw.
A za nimi ja i mój mąż.
Za naszą Kajką krok w krok.
Na zmianę raz on raz ja.
Na zjeżdżalnie razem.
Bo spadnie.
Na huśtawkę razem.
Bo się uderzy.
Do piaskownicy razem.
Bo zje piasek.

I ja nagle patrzę, że na tym placu zabaw to jesteśmy jedyni.
Bo nikt inny tak nie robi.
Nikt.
Nikt tak nie lata za dzieckiem z wywieszonym językiem jak ja.
Nikt się tak nie przejmuje.
Nikt tak nie panikuje.

Zrobiło mi się głupio.
Zrobiło mi się wstyd.
Że może ja dziecko blokuję.
Rozwój jej wstrzymuję.
Niezależność zabieram.
I nauki przez doświadczenie odmawiam.

Że może ja przesadzam.
Z tym za dzieckiem lataniem.
Z tym fotelikiem.
Ze wszystkim.

Że może ja wcale nie jestem normalną, wyluzowaną, fajną mamą.
Tylko znerwicowaną, blokującą swoje dziecko psychopatką.

Gdy nagle przypomniałam sobie jakiś czas temu odbytą rozmowę.
W której znajoma się przyznała.
Że dziecku podaje wodę mineralną z butelki najpierw w garnku ugotowaną.

I odetchnęłam z ulgą.
Bo ja tak nie robię.
I nikt tak nie robi.
Więc ona to już w ogóle jest inna niż inni.

weleda3
życie

kosmetyki na uspokojenie i sklep na niby

No więc kosmetyki.
Achhh kosmetyki kosmetyki.
Moja miłość wielka.
Mój xanax, melisa i te ziołowe śmierdziele w jednym.

Gdy mam zły humor.
Albo czuję, że zaraz eksploduję bo tak już wszystkiego mam dosyć.
Albo po prostu spojrzę na siebie w lustrze.
Albo w sklepowej witrynie.
I sobie pomyślę o Chryste Panie.
Albo zobaczę na ulicy jakąś piękną dziewczynę.
I sobie pomyślę o Chryste Panie.

To wtedy na ratunek dla mnie pojawiają się kosmetyki.
Najlepiej te nowe w sklepie.
Ale również te w internecie.
Na blogach.
Na wizażu.
Na stronie Sephory.

Tak jak mój mąż się uspokaja oglądając najnowszy katalog węży ogrodowych.
Tak ja znajduję ukojenie nad katalogiem z Rossmanna.
Nawet odkrycie nowej pasty do zębów.
Czy wacików z podwójnej bawełny organicznej.
Sprawia, że poziom napięcia spada.

I tak co jakiś czas ja się w skupieniu relaksuję.
Zgłębiając nowinki kosmetyczne.
I często niestety robiąc zakupy tymi nowinkami inspirowane.

Już jakiś czas temu odkryłam blog srokao.
Który to mocno zmienił moje podejście do pielęgnacji.
Zarówno mojej jak i mojego dziecka.
Dzięki temu blogowi wymieniłam większość kosmetyków na naturalne.
Szczególnie te do ciała i twarzy.
Oraz również te do włosów.
Gorzej z tymi kolorowymi.
Ale tutaj też już mocno patrzę na to co kupuję.

Bo kiedyś to ja widziałam na przykład taką Cindy Crawford na stronie gazety, jak ona reklamuje puder brązujący z drobinkami złota.
I ona tam wygląda przepięknie.
Cerę ma olśniewającą taką pełną blasku.
Złocistą.
I tak wygląda na tej stronie jakby właśnie szła na jakąś wspaniałą imprezę.
Zapewne imprezę na plaży.
Na której będą jej super piękni znajomi.
I na której wszyscy razem będą pili truskawkowe margerity.

I ja ten puder kupuję za dwieście złotych.
Bo ja jestem przekonana, że ja będę wyglądać identycznie jak Cindy.
I że ja tak jak Cindy już w ten właśnie weekend zostanę zaproszona na imprezę na plaży.
Tymczasem wydaję dwieście złotych.
Nakładam puder z nadzieją na metamorfozę.
I nic się nie dzieje.
To znaczy dzieje się to, że w lustrze nadal jestem ja.
A na policzkach mam namazane jakieś brązowe plamy i osypujący mi się na bluzkę złoty brokat.
A w weekend idę na imprezę urodzinową dwuletniego synka znajomej.
I nici z Cindy.
I nici z margerity.

Więc z tą kolorówką trzeba uważać.
Łatwo się nabrać.

Maciek raz na jakiś czas się buntuje z tym moim eko trendem.
I kupuje sobie wielką butle jakiegoś palmolive o zapachu melona z wanilią i liściem mięty, który po paru myciach powoduje niesamowite swędzenie skóry.
I wraca z podkulonym ogonem do zeschłej kostki mydła z otrębami.
Nota bene jest to bardzo fajne mydło.
Aczkolwiek pod koniec można się nim nieco podrapać gdyż otręby wystają jak kolce jeża.

No i ja wczoraj wieczorem się jakoś zdenerwowałam.
Poddenerwowana byłam no i ewidentnie musiałam się uspokoić.
Więc weszłam na bloga sroki.
I odkryłam kosmetyki Weleda.
I również przypomniałam sobie.
Że te kosmetyki są w Hebe.
A potem uświadomiłam sobie, że Hebe jest koło mnie.

Więc dzisiaj rano wpakowałam Kajkę do wózka i pognałam do Hebe.
Gdyż naprawdę potrzebowałam się uspokoić.
W tym Hebe wzięłam do koszyka to po co przyszłam czyli szampon dla dzieci Weleda.
Oraz tak sobie zaczęłam oglądać co też jeszcze tam na półce stoi.
Bo się okazało, że jest promocja 20% na wszystkie kosmetyki tej marki.
Więc wzięłam jeszcze krem pod oczy z wyciągiem z róży.
Bo ja mam bardzo zmęczone te partie ciała pod oczami.
Olejek nawilżający.
Bo ja mam bardzo suchą skórę po zimie.
Mleczko do demakijażu.
Krem do rąk z grejpfrutem.
Krem do twarzy na dzień.
Oraz krem do twarzy na noc.
Oraz krem do twarzy na niepogodę.
I taki na pogodę z filtrem.

Potem wyjęłam jednak ten krem na niepogodę.
I ten do twarzy na noc.
Bo sobie przypomniałam, że na noc to ja już mam trzy kremy.
Podeszłam do kasy i zdębiałam.
Bo się okazało, że to wszystko kosztuje milion złotych.
I nagle się zdenerwowałam jeszcze bardziej.
Zestresowałam się tą sytuacją bardzo.
Bo jakże to tak, tyle płacić za chwilę uspokojenia, która mnie jednak wcale nie uspokaja.

Na szczęście pani kasjerka uratowała moje nadszarpnięte nerwy.
Bo okazało się, że nie działał terminal.
I można było płacić tylko gotówką.
Zrobiłam minę w stylu och co za szkoda.
Wygrzebałam z portfela trzydzieści złotych.
Co wystarczyło na szampon dla Kajki, batonika i butelkę wody.
I wybiegłam ze sklepu obiecując pani fałszywie, że po resztę wrócę dnia następnego.

I tak sobie myślę, żeby otworzyć kosmetyczny sklep na niby.
W którym można by sobie kupować kosmetyków do woli.
A nawet torebek i butów i ciuchów.
I czego tylko chcecie.
Wkładać to do koszyka.
Mierzyć.
Oglądać.
Wąchać.
Wybierać.
A potem płacić na niby przy kasie.
Taką na niby kartą do tego na niby sklepu.
Dostać to wszystko pięknie zapakowane.
I przy samym wyjściu wrzucić do specjalnego kosza.
Do kosza z napisem:
Spokojnie! To wszystko było na niby.

zulczyk
pomysły na weekend

Książka, bańki mydlane i pesto z jarmużu

– Książka – “Wzgórze psów”

Jest taki pisarz Jakub Żulczyk.
On już wydał kilka książek.
Napisał scenariusz do serialu.
I to fajnego serialu, a nie serialu o tym jak pani Kasia się okazała być matką swojego męża zaraz po tym jak się okazało, że jest zaginioną siostrą bliźniaczką swojego adoptowanego syna.
Nie.
On napisał scenariusz do naprawdę fajnego serialu.
I napisał kilka naprawdę fajnych książek.
I tak się składa, że właśnie skończył pisać kolejną.

Jak ja się dowiedziałam to w te pędy napisałam do męża esemesa.
Żeby on mi w te pędy się z pracy zwalniał.
Lunchu nie jadł.
Albo do toalety rzadziej chodził.
Ale żeby skoczył w tym czasie do Empiku obok i tę nową Jakuba Żulczyka książkę w te pędy mi kupił.

No i wyobraźcie sobie, że mój mąż.
Człowiek poczciwy.
Mi tę książkę kupił.
W te pędy.
Tego samego dnia.
Wspaniały on jest pod tym względem ten mój mąż.

Książka waży sto kilo.
Ma osiemset stron.
I tak naprawdę to ja nie wiem jak można napisać aż tyle stron.
Jak można aż tyle słów razem w tyle stron do kupy poskładać żeby to miało sens.

Słyszałam gdzieś, że pan Żulczyk, jest młodszy ode mnie o rok…
(tak wiem, ja nie napisałam ani jednej książki i ani jednego serialu… denerwuje mnie to strasznie jak widzę jego datę urodzenia na obwolucie tej nowej powieści)
I ten pan Żulczyk, w którymś wywiadzie powiedział, że pisał tę książkę dwa lata.
Codziennie ją pisał.
Co najmniej przez pół godziny.
Że miał wiele wersji początku.
Wiele wersji środka.
I końca miał wersji wiele.
Więc jakby to podsumować to by pewnie wyszło jakieś milion stron.

Książkę czytam już od tygodnia.
Jestem w połowie.
Czyli na stronie trzysta osiemdziesiątej piątej.
Co i tak uważam za nie lada osiągnięcie.
Biorąc pod uwagę ilość mojego wolnego czasu.
Wizytę u fryzjera.
Robienie prania.
Wieszanie prania.
Zmywanie.
Sadzenie kwiatków na tarasie.
Robienie grilla na tarasie.
Kupowanie butów dla dziecka w fashion house.
I inne typowe zajęcia.
To ja naprawdę każdą wolną minutę przeznaczam na czytanie tej cegły.

Książka nazywa się “Wzgórze psów”.
Jest okropna.
Bardzo nieprzyjemna.
Wulgarna.
I w ogóle strasznie dołująca.
A jednocześnie niesamowicie ciekawa.
Wciągająca na maxa.
I cały czas trzymająca w napięciu.
Zresztą kto czytał już coś tego pana ten wie.
To nie jest książka o małych dziewczynkach zrywających kwiatki na łące.
Ale jest dobra.
I ja ją polecam tym, którzy lubią się czasem wytarzać w błocie.
Żeby potem docenić kwiaty na stole u siebie w mieszkaniu.
I brak plwociny na czystej podłodze.

– Bańki mydlane

No baniek to ja przedstawiać nie muszę.
To zna każdy kto chociaż przez chwilę był dzieckiem.
Kupiłam je za trzy złote w papierniku obok.
I zabawa jest z tymi bańkami najlepsza na świecie.

Dziecko moje piszczy.
Gania je.
I łapie rączką.
Próbuje samo dmuchać i nawet coś tam jej wychodzi.
Uwielbia bańki.
I ciągle prosi o więcej.

A mamy innych zabawek sporo.
Niektóre były bardzo drogie.
I co z tego.
Wystarczy naprawdę trzy złote.
I mamy zabawę najlepszą.
Nieśmiertelne bańki mydlane.
Prostota dzieciństwa.
Brak lansu i zero szpanu.

I to jest w dzieciach najpiękniejsze.
Moja córka na przykład.
W piaskownicy pełnej wiaderek, ciężarówek i wypasionych kołowrotków.
Najlepiej się bawi kamieniem.

– Pesto z jarmużu

Trzecia rzecz to pesto z jarmużu.
To jest tak, że czasem zupełnie nie masz obiadu.
Masz za to w lodówce piętnastokilową torbę jarmużu.
Bo ja nie wiem dlaczego ale mniejszych nie sprzedają.
No i z tej torby to raz zrobiłaś koktajl i tak leży.
I puszcza jarmużowe soki.

Więc nie masz obiadu.
Masz za to dziesięć kilo jarmużu.
Bo pięć już zjadłaś tydzień temu.
Parmezan.
Orzechy włoskie.
Czosnek i oliwę z oliwek.

Więc wrzucasz to wszystko do blendera.
Proporcje na oko.
Ale rozsądnie.
Jednak z przewagą jarmużu.
Żeby nie było, że ktoś da dwadzieścia ząbków czosnku i tylko dwa liście jarmużu.
Bo wtedy to raczej coś innego wyjdzie.
I ja na negatywne komentarze odpowiadać nie będę.
Że się mąż nagle wyniósł do sąsiada.
I że wszystkie wampiry w bloku pozdychały.

To wszystko miksujemy.
W międzyczasie gotujemy makaron.
Podajemy razem.
Jemy też razem najlepiej z rodziną bo to zawsze milej.
Można na górę jeszcze rzucić kilka pomidorków koktajlowych dla orzeźwienia.
Jakby się jednak przesadziło z ilością czosnku.

Wspaniale smakuje z białym winem.
Ale woda z cytryną też ujdzie.

A i jeszcze jedno.
Jak nie macie jarmużu to nie szkodzi.
Może być coś innego zielonego.
Szpinak.
Bazylia.
Albo natka pietruszki.

A jak nie macie orzechów włoskich to też nie szkodzi.
Bo mogą być każde inne orzechy.
Nerkowca.
Migdały.
Piniowe, ale to dla bogatych bo te orzechy to są droższe niż złoto…
A nawet laskowe też mogą być.

Jeśli nie macie blendera to niestety już szkodzi.
Odpuście sobie to danie i w tej sytuacji go nie róbcie.

komunikacja
życie

Komunikacja miejska

No i pojechałam wczoraj do tego upragnionego fryzjera.
Pojechałam komunikacją miejską, żeby się nie pchać samochodem w największe korki.
I tak na relaksie, bez nerwów, w spokoju sobie do fryzjera jechać.
A ten fryzjer to za siedmioma górami, za siedmioma lasami.
Bo aż na Żoliborzu.

No i wyobraźcie sobie, pojechałam tą komunikacją miejską.
Najpierw autobusem.
Potem metrem.
A potem tramwajem.

Za jednym razem.
Na jednym bilecie czasowym 75 minut.
Obskoczyłam wszystkie możliwe środki miejskiej komunikacji.

Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej udało mi się coś takiego zrobić.
Ale chyba nie.

W każdym razie najpierw był autobus.
Wsiadłam na pętli więc była masa miejsc siedzących.
W związku z tym usiadłam sobie na jednym z tych miejsc i to przy oknie.
Przodem do kierunku jazdy.
Siadłam tak sobie przy oknie, przodem do kierunku jazdy i zaczęłam przez to okno sobie wyglądać.

Gdy nagle czuję na sobie czyjś wzrok.
Czuję go doskonale jakimś trzecim okiem go widzę tego co ten wzrok na mnie kieruje.
Delikatnie, tak niby że od niechcenia zerkam w stronę wzroku we mnie wbitego.
A tu jakiś dziad.
Jakiś facet wstrętny się gapi na mnie bezczelnie.

W tej sytuacji odwracam się w stronę okna bardziej.
Jak najbardziej się da odwracam się od tego wzroku.
Ale czuję go dalej na sobie.
No coś okropnego.
Myślę sobie.
Człowiek raz na rok się z domu wyrwie.
Autobusem chce sobie w spokoju i relaksie przez miasto do fryzjera pojechać.
Przez okno wyglądać.
A tu ten wstrętny dziad.

Na szczęście na kolejnym przystanku do autobusu wtoczył się tłum.
Który to pochłonął i zasłonił ten dziadowski wzrok przede mną.

W drodze do metra doznałam lekkiego szoku.
Gdyż metra nie było już tam gdzie było metro jeszcze rok temu.
Było za to zupełnie gdzie indziej.
Jakieś sto metrów obok.
A trafiłam do niego niesiona falą innych ludzi wysiadających z autobusu.

Mijając po drodze stragany pełne sznurowadeł.
Wkładek ortopedycznych do butów.
Truskawek z Hiszpani.
Drożdżówek tak ciasno owiniętych w folię, że misterne różyczki z budyniu rozpłaszczone zostały i rozmazane tworząc drożdżówkowo budyniową masę.
Perfum szanel oraz kaszarel za trzydzieści złotych flakon.

Za straganami siedzieli ludzie nieludzie.
O twarzach zupełnie bez wyrazu twarzy.
Pokracznych nosach.
Trzęsących się szponach wystających z brudnych rękawów.
Po resztkach przetłuszczonych włosów można się było czasem domyślić, czy są oni płci męskiej czy żeńskiej.

W końcu wejście do metra.
Po schodach w dół.
Z tłumem w jeszcze większy tłum.

Jak dawno nie jechałam metrem.
Jak dawno nie widziałam tylu ludzi na raz.
Jak dawno nie byłam tak blisko obcych tkanek.
Oddechów.
Pryszczy.
I wbijających się łokci.
Poszerzonych porów.
Aparatów na zębach.
Wyziewów kebaba.
Potu.
Miętowej gumy do żucia.
Wody old spice po goleniu.

Przez jakiś czas próbuję sie skupić na tym żeby się nie skupiać na niczym.
W końcu wyciągam z kieszeni telefon i oglądam cokolwiek byle nie patrzeć na uszy, nosy, popękane usta i brudne okulary pięć centymetrów ode mnie.

A kiedyś ja przecież jeździłam metrem codziennie.
Sto razy dziennie jeździłam.
I w nocy jeździłam.
I nad ranem jeździłam metrem.
Kiedyś.

Potem jeszcze tramwaj.
Wskakuję do niego w ostatniej chwili.
Oczywiście jest pełny.
Stoję przy drzwiach, które na każdym przystanku otwierając się miażdżą mi kolano.
Nie jestem pewna czy wsiadłam w dobrym kierunku.
Ale nie mam szans żeby dojść do rozkładu.

Skąd się wzięli Ci wszyscy ludzie.
Pytam.
Gdzie oni jadą.
Czego oni chcą tutaj w tej Warszawie.
Bo chyba nie jedziemy wszyscy do tego samego fryzjera.
Jest ich coraz więcej.
Na każdym przystanku dosiadają się nowi.
Tracę poczucie stania na własnych nogach.
Gdyż wszyscy ludzie zlewają się w jedną masę o wspólnych kończynach i nieświeżych oddechach.

Tramwaj wręcz wypluwa mnie na moim przystanku.
Idę jeszcze pare metrów na piechotę do tego upragnionego fryzjera.
Siadam na kanapie.
Oddycham głęboko.
Napawam się zapachem lakieru do włosów.
Widokiem czystych ludzi.
Zadbanych.
Pachnących.

Obok mnie staje mały chłopiec.
Krzysiu włącz sobie bajkę na smartfonie.
Krzysiu jedz żelki.
Krzysiu nie przeszkadzaj pani.

No jak można przyjść do fryzjera z dzieckiem.
No jak można.
Przecież ja przez całe miasto tutaj jechałam.
Przecież ja się wytarzałam w tłumie obcych ludzi.
Żeby właśnie od dziecka odpocząć.

Krzyś wkłada sobie palec do nosa.
Tak głęboko, że mu ten palec prawie okiem wychodzi.
I dłubie.
Pięć centymetrów od mojej twarzy.
I gapi się na mnie.
No wstrętny dziad mały.

I marzę już o tym by być z powrotem w domu.
W moim nudnym, czystym, bezludnym domu.