Monthly Archives

Czerwiec 2017

morze
życie

A pamiętasz jak…

A pamiętasz jak kiedyś nad morzem zaspałyśmy na autobus.
I w południe nas obudziła Asia zaglądając do namiotu.
A my już wtedy dawno za Wejherowem miałyśmy być.
W drodze na pociąg z powrotem do Warszawy.

A pamiętasz jak uciekałyśmy o piątej rano po plaży, przed tym facetem co nas gonił,
gdy się kąpałyśmy nago w morzu.
I jak on nas dogonił.
A Ty wtedy założyłaś majtki tył naprzód.
A to stringi były.

A pamiętasz jak do plastikowej butelki po wodzie nalewałyśmy malibu z mlekiem i piłyśmy podając ją sobie idąc brzegiem morza.
W drodze na dyskotekę.

A pamiętasz jak po przyjeździe od razu się leciało na flądrę z frytkami.
I na piwo z malinowym sokiem.
Do baru pod korzeniem.
U taty Kamila.

Jak się grało w bilard i rzutki.
I w cymbergaja się grało.

I wszystkie pieniądze na piwo i frytki.
I lody świderki.
I gofry z bitą śmietaną się wydawało.

A pamiętasz jak na imprezie w Holsztajnie pod bluzą wyniosłam popiersie Chopina.
I jak tańczyłyśmy na stole do rugby rugby oto chwila prawdy.

A jak prosto z plaży szliśmy wszyscy na pizzę.
Na grubym cieście.
Z czosnkowym sosem.
Za 12 złotych średnia.
Z czterema dodatkami.
Najlepsza pizza to była.
Pamiętam.

A pamiętasz jak leżałyśmy na plaży pod gwiazdami.
W tle leciało Kosheen „Catch you”.
A obok stały plastikowe kubki z piwem.

I wszystko było takie proste.
Jak ta słomka w piwie.
I wszystko było takie słodkie.
Jak ten malinowy w piwie sok.

A pamiętasz jak…

piesek_fisher
macierzyństwo

Piosenka pieska fisher price

Nadszedł taki moment w moim życiu.
Że mi sprawiają przyjemność różne dziwne rzeczy.
Których bym o sprawianie mi przyjemności nigdy nie podejrzewała.

Na przykład w sobotę wieczorem wracamy sobie z Maćkiem i Kajką do domu.
Jest piękna pogoda.
Cieplutko.
Ptaki ćwierkają.
I nagle mój mąż zaczyna śpiewać piosenkę.

Muszę Wam powiedzieć, że Maciek ma całkiem fajny głos i w przeciwieństwie do mnie umie śpiewać.
Poza tym lubi muzykę.
Głównie rockową.
Kiedyś też mocno hip-hopową.

No i ten mój mąż.
Fan guns n roses, Kazika oraz rage against the machine.
Zaczyna śpiewać piosenkę.
Piosenkę pieska fisher price.

A brzmi ona tak:

Jeśli humor masz od rana w dłonie klaszcz.
Jeśli humor masz od rana w dłonie klaszcz.
Jeśli humor masz od rana buzia się uśmiecha sama.
Jeśli humor masz od rana w dłonie klaszcz.

Ja się po chwili dołączam.
Klaszczę w ręce w tych momentach kiedy trzeba klaskać.
I cieszę się z tego zupełnie jak dzieciak.

Kajka też się cieszy.
I też zupełnie jak dzieciak.
Klaszcze w rączki i śmieje się do nas.

Nagle stop klatka.
W mojej głowie.
Co my robimy do jasnej cholery?
Jak my w ogóle wyglądamy?
Co my sobą reprezentujemy?
I jak my spędzamy sobotni wieczór…

Zamiast pić mojito w jakimś modnym klubie nad Wisłą.
Zamiast jeść wege burgery na nocnych marketach.
Zamiast stać w niekończącej się kolejce do toj-toja.
Na tym festiwalu co to ani jednego zespołu nie znamy.
A nawet nie umiemy wymówić poprawnie jego nazwy.
Zamiast pić prosecco zagryzane sushi rollem w najmodniejszej dzielnicy, przepełnionej ludźmi.
Takimi, że co drugi to piękniejszy, i fajniejszy, i bogatszy, i bardziej pachnący.

To my idziemy z małym dzieckiem.
Na dodatek własnym.
W jakichś porozciąganych szortach i bluzach.
Jedząc zupełnie nie modne maliny z pudełka.

No i śpiewamy piosenkę pieska fisher price.
Na głos przy innych ludziach.

I najdziwniejsze w tym wszystkim jest to.
Że sprawia nam to przyjemność.

Porównywalną przyjemność do picia mojito.
W jakimś modnym klubie nad Wisłą.
Do jedzenia wege burgerów na nocnych marketach.
Do stania w niekończącej się kolejce do toj-toja.
Na tym festiwalu co to ani jednego zespołu nie znamy.
A nawet nie umiemy wymówić poprawnie jego nazwy.
Do picia prosecco zagryzanego sushi rollem w najmodniejszej dzielnicy przepełnionej ludźmi.
Takimi, że co drugi to piękniejszy, i fajniejszy, i bogatszy, i bardziej pachnący.

I najdziwniejsze w tym wszystkim jest to.
Że sprawia nam to przyjemność.

sztuka
życie

Co ja myślę o dzisiejszej sztuce

No ja bardzo przepraszam ale ja tego nie kupuję.
Po prostu nie kumam tego.

Na przykład taki wiersz.

„Kupa kupa
Dupa dupa
Garść kamieni
Rozsypane szkło
Tnę żyletką
Swoje trzecie ja
Krew jak szampan ścieka
Na złotą tapicerkę
Twojego porsche cayenne”

I do tego recenzja.

Jakie to dekadenckie.
Jakie to wizjonerskie.
Ostre a jednocześnie jakie miękkie to.
Trochę to elitarne a trochę to zen.
Może to sonet a może to tren.

No nie nie nie.
Ja tego nie kupuję.

Albo taka rzeźba.

W kształcie oka.
W oku penis.
W penisie kolejne oko.
W kolejnym oku kolejny penis.
W kolejnym penisie w kolejnym oku kolejny penis w oku.
I do tego wszystko z waty.
Cukrowej.

No nie.

A za tym grube miliony stoją.
Stoją za tym i nad tym panowie i panie.
W garniturach zac posen i gucci i dior.
Z torebkami hermes celine vuitton.

I oni w restauracji jedzą.
Faszerowane sercem ślimaka.
Wiewiórki.
Polane sosem ze śpiewu łabędzia.

I świat zwariował, oszalał, zapomniał.
O pomidorowej.
O Szymborskiej.
O Renoir.

Albo ktoś sobie robi z nas jaja.
Jaja nosorożca w panierce z karmelu.

slyszewiecej
macierzyństwo

W ciąży słyszę więcej

Odkąd zaszłam w ciążę słyszę więcej.
To się głównie dzieje podczas rozmowy z moim mężem.

Taki przykład.

Na stole stoi miska bobu.
Maciek mówi ten bob jest niedobry.

A ja dodatkowo słyszę:

Ten bob jest niedobry, bez sensu go zamroziłaś wtedy rok temu, co ci mówiłem, że to bez sensu ten bób mrozić. Wydałaś pieniądze na bób bez sensu. Całe sześć złotych bez sensu wydałaś i teraz się tego jeść nie da. Nie umiesz gospodarować pieniędzmi. Wydajesz za dużo bez sensu. Ten bób wygląda jak zmięte mysie embriony. Zupełnie bez sensu wygląda. Pieniądze zmarnowane i jakby tak policzyć ile jeszcze tego bobu zamrożonego mamy, to by wyszło co najmniej osiemnaście złotych. A to już są cztery kulki lodów o smaku słony karmel. Które są o miliard razy lepsze niż ten mrożony bób nieszczęsny. I po coś ty go mroziła i pieniądze na lody po coś bez sensu wydała.

Więc ja to słyszę właśnie gdy on mówi, że ten bób jest niedobry.
I płaczę.
I płaczę tak jakbym już nigdy tych lodów o smaku słony karmel miała nie zjeść.
Tylko ten bób co wygląda jak mysi embrion zmięty.

Albo na przykład wczoraj.

Byliśmy na imprezie z okazji dnia dziecka.
I Maciek spotkał kolegę, którego z żoną widzieliśmy ostatnio na naszym weselu.
Czyli jakieś stodwadzieścia lat temu.
On poszedł z nimi gadać a ja zostałam z naszą córką w namiocie tortur.
Takich jak plastikowe domki, baseny z kulkami, dmuchane zjeżdżalnie i sfora małych dzieci.

Maciek wraca po dziesięciu minutach.
Ja ledwo żyję.
Po raz setny zaglądam przez okienko do plastikowego domku mówiąc a kuku, w którym to moja córka okłada jakieś dziecko pluszową żyrafą.

Pytam jak kolega.
On mówi, że spoko.
Pytam jak kolegi żona.
Która to na naszym weselu jakaś taka była ponura.
On mówi a wiesz, że dzisiaj była mega radosna.

I ja słyszę:

A wiesz, że dzisiaj była mega radosna. Zupełnie inna niż Ty wiecznie nadąsana i ponura. Wolałbym żebyś była trochę bardziej jak ona. Pod kątem radości ale także pod kątem figury oraz pod kątem urody. I w ogóle ostatnio już mi się nie podobasz. I tak się zastanawiam, czy ciebie jednak nie zostawić. Dla jakiejś innej dziewczyny. Jakiejś mega radosnej, szczupłej i pięknej żony kolegi albo innej, jakiejkolwiek innej, byle nie takiej mało radosnej jak ty.

I ja to słyszę gdy on mówi, że żona kolegi była mega radosna.
I ja płaczę.

A on patrzy na mnie.
Jakoś tak głęboko oddycha.
I mówi.
No tak! już sobie przypomniałem, że na naszym weselu ona nie była taka radosna, bo przecież była w ciąży.

A potem dodaje.
O zobacz kotku tam sprzedają lody.

I ja słyszę:

O zobacz kotku tam sprzedają lody słony karmel, malaga, pistacja, śmietanka, orzech włoski, mascarpone, truskawkowe, bakaliowe, straciatella, czekoladowe…

I momentalnie przestaję płakać.