Monthly Archives

Lipiec 2017

plusminus
macierzyństwo

Plusy i minusy bycia w ciąży

W ciąży wiadomo.
Bywa różnie.
Czasem bardzo źle.
A czasem jeszcze gorzej.

Czasem widok naszego męża jedzącego kotleta sprintem zanosi nas nad obręcz muszli klozetowej.

A czasem widok naszego męża jedzącego kotleta kończy się wyrwaniem mu talerza i połknięciem owego dania niczym pyton gazelę.

No bywa różnie.

Czasem patrzę w lustro i się nadziwić nie mogę.
Jaka to ja piękna w tej ciąży jestem.
Jaką mam skórę świetlistą.
I gęste włosy lśniące.

A czasem mąż mnie zastaje zalaną łzami.
I gdy pyta.
Kochanie co się znowu stało.
Tu kluczowe jest słowo “znowu”.
Gdyż w ciąży zastanie zalanej łzami żony jest bardzo prawdopodobne.
I często się zdarza.
Więc gdy on się pyta.
Kochanie co się znowu stało.
To ja szlochając odpowiadam.
Że jak chce to niech odejdzie ode mnie już teraz.
Bo ja się nie będę temu dziwić zupełnie.
Ponieważ wyglądam jak ostatnia meduza.
Jak wieloryb z obrzękłą twarzą kartofla.
I że jak spojrzałam dziś rano w lustro.
To od tej pory mój świat się zawalił.
W zetknięciu z moją brzydotą.

Więc różnie to bywa.

Chciałam Wam jednak jakoś to posegregować.
I wypunktować.
W takie najważniejsze minusy i plusy.
Zacznijmy więc.

MINUSY:

1) nie można pić alkoholu – zimne piwo w lato odpada, oraz kieliszek wina do spaghetti też, oraz pinakolada na plaży też, oraz mohito nad basenem też.

2) rozciąga się skóra na brzuchu i mogą nam się zrobić rozstępy – to jest bardzo przykre, ciało się rozciąga jak takie ręczniczki w mikro kostkach, które pod wodą nagle się stają normalnymi ręcznikami i za cholerę nie wiadomo jak do tego doszło. To tu identycznie nie wiemy. Jak to jest psia kość możliwe, że nagle mamy pod skórą piłkę do koszykówki albo nawet i piłkę lekarską albo i nawet oponę od tira a skóra nasza to opina i jakoś to wszystko w kupie trzyma.

3) kobieta w ciąży budzi się w nocy sto razy na siku – nie można się wyspać normalnie. Bardzo szybko kończy się papier toaletowy. Co powoduje nieznaczne ale zauważalne braki w budżecie.

4) nie można jeździć na rowerze – więc omijają nas te wspaniałe wypady za miasto. Opalone przedramiona. Oraz wiatr we włosach pełen zapachów lata.

PLUSY:

1) nie można pić alkoholu – więc nareszcie mamy okazję żeby oczyścić organizm, odpocząć od kaca i bez wahania zamówić wodę z kokosa za 25 złotych w takim kokosie prawdziwym ze słomką podanym, na którą nam zawsze było kasy szkoda. Bo jak to tak na coś bez alkoholu tyle pieniędzy wydawać.To teraz wydajemy. Bez mrugnięcia okiem.

2) rozciąga się skóra na brzuchu i mogą nam się zrobić rozstępy – koniecznie kupujemy sobie wszelakie balsamy, olejki i cudownie pachnące masła do ciała. Żeby tę skórę na brzuchu smarować i się tym zapachem po kąpieli napawać. Nie przejmujemy się ceną tych specyfików. Bo przecież sprawa jest wagi ciężkiej. Więc tutaj pozwolić sobie możemy na wszystko.

3) kobieta w ciąży budzi się w nocy sto razy na siku – mamy więc niepowtarzalną okazję, żeby zobaczyć jak wygląda księżyc oraz jak pięknie świecą gwiazdy o godzinie pierwszej w nocy, o godzinie drugiej w nocy oraz o godzinie trzeciej i czwartej.

4) nie można jeździć na rowerze – więc omijają nas te męczące wypady za miasto. Pot. Wiatr w oczach i muchy pomiędzy zębami. I ręce opalone do połowy niczym u pana Romka, który maluje pasy na przejściach dla pieszych w starym t-shircie z napisem lepsi piją pepsi.

To mi przypomniało o jeszcze jednym minusie.
Takim już na serio.
Którego na plus się nie da jakoś przełożyć.
A mianowicie nie można pić pepsi.
Więc ja to robie tak, że kupuję puszkę mężowi.
I biorę od niego łyka.
Tak jak na przykład wczoraj.
Gdy to mnie oszukali w sklepie.
Ponieważ się okazało.
Że w całej puszce był tylko ten jeden łyk, który wzięłam.
A dla mojego męża już nic nie zostało.

nie_wiem
życie

Nie wiem nie wiem nie wiem – czyli dylematy o czwartej nad ranem

Nie wiem.
Nie wiem.
Nie wiem.

W ostatnich dniach kompletnie nie wiem co robić.
I to dokładnie o godzinie czwartej rano to już zupełnie co robić nie wiem.

Budzę się o tej czwartej tak sama z siebie.
No może z lekką pomocą fikającego kozły akurat o tej porze syna mojego w brzuchu zamieszkałego.
I tak się budzę i myślę.

Że nie wiem czy kupować ten podwójny wózek.
Czy może jednak dostawkę.

Bo z wózkiem wygodniej.
I do sklepu można pójść.
I na dłuższy spacer.
I się nie trzeba siłować z dzieckiem jak nie ma ochoty po trzech godzinach wracać do domu z placu zabaw.
To my ciach do tego wózka i siup do domu.
I się w Rossmannie nie trzeba ze wstydu szkarłatem zalewać gdy nasze starsze dziecko do koszyka jakiegoś pana tampony XL największe opakowanie wrzuca.

Ale za to taki wózek kosztuje nie mało.
I wszyscy mi te dostawki polecają.
Że dali radę.
Do sklepów nie chodzili.
A na dłuższe spacery z rowerem.

Ale jak z rowerem?
A jak dziecko będzie chciało tym rowerem w przeciwnym jechać kierunku niż ja tym wózkiem?

Możliwe, że to jest tak, że inne dzieci się rodziców słuchają.
Jadą zawsze w tym samym co oni kierunku.
I jak im się powie.
Słuchaj Zosiu.
Teraz jedziemy w prawo a potem w lewo.
Na światłach stajemy i czekamy na zielone.
I nie schodzimy na środku jezdni z rowerku.
Żeby podnieść ślimaka.

To one się zastosują do tego typu instrukcji.
Moje dziecko na pewno nie.

Więc nie wiem.
No nie wiem.
Zupełnie nie mogę się zdecydować.

Czy Kajkę posłać od września do żłobka.
Czy może jednak dam radę z dwójką małych gremlinów te 9 godzin sama w domu wysiedzieć.

No nie dam chyba.
To znaczy dam oczywiście.
Ale jakim kosztem?

Możliwe, że kosztem mojego rozbieganego spojrzenia.
Niezjedzonego śniadania.
Oraz niezjedzonego obiadu.
Kosztem obgryzionych paznokci.
Niezliczonych tabliczek czekolady.
Litrów melisy.
Płaczu.
Brudnych dresów.
I włosów.
Nieumytych zębów.
I nieposłanych łóżek.
Niepozmywanych naczyń.
Nieodebranych telefonów.
Tików nerwowych.
I zgonu codziennego po powrocie męża.

Więc nie.
Chyba nie dam rady.

Ale znowu żłobek.
To moje dziecko płaczące w ramionach obcych kobiet.
Albo co gorsze bez ramion płaczące w jakimś kącie samo.
To niedokładnie wytarta pupa.
To tęsknota za mamą.
To moja tęsknota za nią.

Więc nie.
Nie wiem po prostu nie wiem.

Niech tę decyzję podejmie ktoś za mnie.
Niech ktoś najlepiej postawi mnie przed faktem dokonanym.
Ja tej decyzji podjąć nie umiem.

A kiedyś to się człowiek budził o tej czwartej rano i myślał.

Czy te kozaki kupić zamszowe.
Czy może te skórzane.
Bo jak te zamszowe.
To one takie piękne są.
I w dotyku miłe ale znowu jak deszcz nas na ulicy złapie.
To olaboga, łydka blada.
Zamsz zniszczony.
Kozaki do kosza.
A te skórzane za to już nie takie ładne, ale jakie praktyczne.

No nie wiem.
Nie wiem.

Chyba kupię dwie pary kozaków.
W końcu jesień się zbliża.

januszzplazy
życie

Pan Janusz niczym surykatka

Nad polskim morzem czekają na nas różne atrakcje.
Zaczynając od gofrów.
Poprzez lody i smażone ryby z frytkami.
Automaty do gier.
Piwo z sokiem.
Namioty z tanią książką i wszystkim za pięć złotych.
Aż po samo morze razem z plażą i wydmami wokoło.

Jak ktoś ma szczęście to może tak się zdarzyć.
Że będzie ładna pogoda i na tę plażę dotrze.
A wtedy to dopiero jest atrakcja nie lada.
Bo takie wyjście na plażę jest nieporównywalne z niczym.
No może z wyprawą pociągiem na trasie Warszawa-Ostrawa.
W lipcu.
W przedziale bez klimatyzacji.
Z klatkami pełnymi surykatek.
Z których każda ma na imię Janusz i je drożdżówkę z serem.
Ale nie.
Jednak nie da się tego porównać z niczym.

Takie wyjście na plażę zaczyna się od tego, że budzimy się rano.
Tak załóżmy o 8:30.
Patrzymy przez okno.
I nagle o Jezusie przenajsłodszy okazuje się, że świeci słońce.
Więc zbieramy całą rodzinę informując o tej wyjątkowej sytuacji.
I zaczynamy bardzo szybko się zbierać do wyjścia.
Żeby jak najwięcej z tego słońca skorzystać.

Wygląda to tak, że przez godzinę się myjemy i ubieramy.
Żeby za chwilę się jednak przebrać.
Bo przecież idziemy na plażę więc przydałoby się jakiś kostium kąpielowy założyć czy slipy a nie zwykłe gacie.
Potem przez godzinę jemy śniadanie.
Bo się okazuje, że nie ma chleba.
Więc ktoś na szybko jedzie na rowerze po bułki.

Ale spokojnie.
Słońce świeci nadal.
Jest temperatura powyżej 20 stopni.
Jest dobrze.
Jest pięknie.
Zaczynamy się spieszyć coraz bardziej.
Bo już prawie dziesiąta godzina.

Po śniadaniu zaczyna się pakowanie.
Które to trwa kolejną godzinę.

Bo trzeba przecież spakować:

1) prowiant, w skład którego wchodzą

– drożdżówki z serem kupione przez tego co po bułki pojechał rowerem
– czereśnie z wczoraj
– butelka wody
– herbatniki dla dziecka
– soczek w kartoniku dla dziecka
– banany dla dziecka
– chrupki kukurydziane dla dziecka
– i orzeszki w karmelu kupione w supermarkecie Dino

2) ręczniki plażowe

3) zabawki plażowe dla dziecka takie jak:

– wiaderko
– łopatka
– foremki
– sitko
– basenik
– kółko dmuchane

4) gazety/książki ( bo a nuż trafi się sekunda lub dwie żeby się oddać lekturze)

5) parawan plus młotek

6) leżak dla ciężarnej – nijak inaczej niż na leżaku się usadowić w tym stanie nie da

7) namiot dający cień od tego porażającego słońca

8) koc piknikowy

9) czapki, chustki, kapelusze

10) okulary przeciwsłoneczne

11) telefony

12) portfele

13) aparat fotograficzny

14) szlafrok dla dziecka

15) oraz najważniejsze – krem z filtrem

I tu następuje zwrot akcji.
Bo nam się przypomina, że o wiele wygodniej jest się nasmarować w domu.
Bo przecież na plaży do tego kremu się wszędzie przykleja piasek.
I w ogóle wszyscy się gapią jak my sobie smarujemy łydki w pozycji schylania się po dwa złote co wypadły z portfela.
Albo mąż mówi kochanie posmaruj mi plecy zawsze wtedy.
Gdy już sobie z gazetą na tym leżaku siądziemy.

Więc zawracamy do łazienki.
Smarujemy się wszyscy cali.
Z łydkami, plecami oraz całą resztą.
Wybija godzina 11.
Nasze dziecko powoli robi się śpiące.

Nic to.
Wychodzimy.
Za chwilę wracamy.
Bo mi się zachciało siku.
I mąż stwierdza, że to on też jeszcze na zapas zrobi.

Wychodzimy.
Obładowani niczym dostawcy frisko.
Idziemy na plażę nareszcie.

Za i przed nami podąża tłum takich samych.
Niektórzy mają specjalne wózki.
W których wiozą pięcioro dzieci.
Inni ciągną leżako-taczki z siatkami pełnymi browarów Radler o smaku limonki.

Są też tacy co to tylko jeden leżak pod pachą mają.
Lub ręcznik z palmą z Majami.
Oni się tak po prostu uwalą.
Na tym ręczniku.
Na tym leżaku.
Gdzieś samotnie na piasku.
Pomiędzy obozami innych.
Piwo otworzą.
I mrużąc oczy przed piachem i wiatrem będą tak tkwić do wieczora.
Zasypani po kolana.
Nie jedząc.
Nie wstając tylko co jakiś czas popijając łyka tego samego browara.

Na plaży tłum.
Parawan obok parawanu.
Wypatrujemy czujnie jakiegoś skrawka metr na metr pomiędzy.
Najlepiej jak najbliżej morza.
I niedaleko wyjścia.

Gdy wreszcie udaje nam się rozstawić nasz obóz.
Ktoś obok chce pożyczyć młotek.
Bo widział jak mąż właśnie go chował do plecaka.
Młotek pożyczamy.
Pan pyta ile kosztował.
Podchodzi drugi pan i pyta czy może pożyczyć młotek po tamtym panu.
W tym samym czasie jedna pani.
Pyta czy może pożyczyć młotek po tym panu co to pożyczyć chce młotek po tym pierwszym panu.

Mąż jest już lekko zdezorientowany.
Wiem, że nie lubi takich akcji.
Młotek jest badziewny.
Kosztował dwa złote.
Po kilku użyciach odpada mu główka.
Więc takie pożyczanie mu nie posłuży.
No ale w końcu mąż młotek pożycza.
Siada na ręczniku naburmuszony.
I znad parawanu czujnie obserwuje co się z jego młotkiem dzieje.

Dziecko robi grzecznie babki.
Wiec siadam na leżaku.
Otwieram gazetę.
Mąż pyta czy jest coś do jedzenia.
Więc wstaję.

Wyciągam drożdżówki.
Czereśnie
Herbatniki.
I orzeszki w karmelu.
Jemy.
Pijemy wodę.
Zaczyna mi się znowu chcieć siku.
Za dużo wody wypiłam.

Obok jakaś pani widząc jak jemy.
Wyciąga kanapki z kiełbasą.
Inny pan otwiera paczkę popcornu.
Ktoś idzie po zapiekanki.
Po gofry.
Po lody.

Obok nas zawsze.
Ale to zawsze ktoś zaczyna grać w piłkę.
Nerwowo obserwuję w czyj ona parawan za chwilę trafi.

Jakiś chłopak krzyczy.
Kukurydza gotowana.
Popcorn.
Orzeszki w karmelu.

Mąż niepocieszony.
Chciałby coś kupić ale najadł się drożdżówek.
A orzeszki w karmelu mamy własne z supermarketu Dino.

Temperatura morza to jakieś minus dwadzieścia stopni.
Ale i tak wszyscy się kąpią.
Przy samym brzegu wydrążone tunele.
Doły i zamki z piasku.
Jakaś głowa wystaje z błotnistej brei.
Ktoś kogoś za nogi wciąga do wody.

A metr od nas stoi Pan Janusz.
I patrzy wokoło.
Niczym surykatka.
Z kierunkiem wiatru węszy ciekawsko.
Brzuch pełny Radlera dumnie wypina.
W kolorze nigeryjskiego brązu.
Co 10 minut wykonuje jedną czwartą obrotu.
Co by się równomiernie opalić.
I jednocześnie poszerzyć obserwacje.

Nad nami chmura.
Zaczyna kropić.
Nic to.
Siedzimy.
Nie zauważamy tego.
Bo przecież dopiero pół godziny minęło.
Tego naszego pobytu na plaży.

nauka_stania
przepisy, życie

Nauka stania i ciasto z malinami

Małe dzieci uczą się chodzić.
A jak już ruszą to ciężko je zatrzymać.

Nieustanny ruch.
Zazwyczaj do przodu.
Jest wpisany w nasze życie już od małego.

I nagle czasem.
Pojawia się taki moment, że trzeba stanąć.

A my nie umiemy.
Umiemy biec, pędzić, lecieć.
Przed siebie.
Coraz dalej i dalej.

A stać nie.
Bo od razu w głowie myśli.
Że ktoś nas zaraz wyprzedzi.
Że coś nas ominie.
Gdzieś nie dotrzemy na czas.
Coś daleko przed nami cały czas będzie przed nami daleko.

No ale bywa tak.
Że nie ma wyjścia.
I stanąć trzeba.

Różne to są sytuacje.
Czasem jakaś choroba.
Strata pracy.
A czasem po prostu macierzyństwo.
Siedzenie z dzieckiem w domu.
Dzień w dzień.
Każdy dzień.
Stoimy.

Przy zlewie.
Przy garnku.
Przy nocniku.
Przy klockach duplo.
Przy łóżeczku dziecięcym stoimy.
I się na to dziecko śpiące tak stojąc patrzymy.

A nogi nam się rwą gdzieś indziej.
Gdzieś dalej.
By razem z tymi innymi biec.

Nauka stania to nie jest łatwa nauka.
Wielokrotnie trzeba przełknąć ślinę.
I mimo wszystko stać dalej.

Wielokrotnie trzeba odetchnąć głęboko.
Widząc jak inni biegną i są już daleko przed nami.

Trzeba w tym staniu znaleźć głębszy sens.
I nauczyć się odpowiednio stawiać stopy.

Tak żeby było nam w tym staniu wygodnie.
I przede wszystkim stabilnie.

Ja na przykład mam czasem tak.
Że jak tak stoję i stoję.
To sobie myślę gdzie bym to nie poszła.
I dokąd bym nie pobiegła.

A potem sobie przypominam.
Że żeby gdzieś dojść.
Żeby umieć tak naprawdę chodzić.
To małe dzieci najpierw uczą się stać.

Tak żeby było im w tym staniu wygodnie.
I przede wszystkim stabilnie.
I wtedy dopiero stawiają pierwszy krok.

I wierzę, że nie bez powodu.
Takie się w życiu człowieka momenty trafiają.
Że tego stania się musi nauczyć od nowa.

Bo pędził już gdzieś za szybko.
Za daleko wybiegał do przodu.
A wtedy można się łatwo przewrócić.
Albo po prostu przegapić ten cel, do którego się biegło.

Więc stoję cierpliwie codziennie.
Trenuję przy desce do prasowania.
I przy rosole.

A dzisiaj rano na przykład uczyłam się stania przy mikserze.
Robiąc moje ulubione wakacyjne ciasto z malinami.
Polecam je z czystym sumieniem.
I brudnym zlewem.
To klasyczny placek z owocami lata.
Którym zajada się cała rodzina.
W tym wypadku jednak mimo wszystko wygodnie i stabilnie siedząc 😉

PLACEK Z OWOCAMI LATA
(u mnie z malinami, pyszny wychodzi też z truskawkami, jagodami albo z miksem wszystkiego po trochu)

4 jajka
1 szklanka cukru trzcinowego (może być zwykły)
1,5 szklanki mąki
1,5 łyżeczki proszku do pieczenia
3 łyżki oleju kokosowego (może być inny)
1 łyżka octu jabłkowego
2 łyżki wody
szklanka owoców – maliny, truskawki, jagody i co tylko chcecie.

Nagrzać piekarnik do 190 st C.
Jajka utrzeć z cukrem.
Dodać pozostałe składniki, zaczynając od płynnych, a na końcu mąkę z proszkiem.
Formę do ciasta wyłożyć papierem do pieczenia.
Wlać ciasto.
Poukładać na nim owoce.
Piec ok. 40 minut.
Przed podaniem posypać cukrem pudrem.