Monthly Archives

Lipiec 2017

agencja
życie

Kiedyś w jednej agencji

Bo tak tak, ja kiedyś pracowałam w różnych agencjach.
I ja w tych agencjach pracowałam dla coraz to innych klientów.
I ja tym klientom oddawałam wszystko co miałam najlepsze.
Cały mój czas oddawałam.
Całą moją energię.
Pomysły i kreatywność ja tym klientom oddawałam.
A oni to brali i jak ciastolinę play doh ugniatali tak długo.
Aż w końcu ugnietli z tego żyrafę.
Kiedy ja koniecznie im chciałam sprzedać nosorożca.

I kiedyś w takiej jednej agencji.
Reklamowej oczywiście.
Ja sobie malowałam z koleżanką paznokcie.

Miałyśmy na biurku masę lakierów.
Czerwonych, niebieskich oraz nawet żółtych i szarych.
I my co pare dni żeśmy sobie malowały tymi lakierami paznokcie.

To miało cztery zalety:

1) zapach lakieru i acetonu odstraszał chłopaków, a naszym dyrektorem był chłopak, więc w dni malowania paznokci u nas się nie pojawiał.

2) zapach lakieru i acetonu zwabiał na plotki i malowanie inne dziewczyny, co było zawsze bardzo miłe, bo wiadomo, że przy malowaniu paznokci plotki są najlepsze.

3) miałyśmy zawsze ładnie pomalowane paznokcie.

4) w sytuacji nagłego spotkania czy jakiegoś briefu można było wtedy powiedzieć – teraz nie mogę bo maluję paznokcie.

Myślicie sobie pewnie, że to jakaś sytuacja niedopuszczalna.
Oraz, że bardzo szybko przestałyśmy tam pracować.

Otóż nie.

Gdyż malowanie paznokci w agencji reklamowej miało jeszcze jedną największą zaletę.
Wyzwalało w nas niesamowite pokłady kreatywności.
Co się w agencji reklamowej ceni wysoko.
A przynajmniej powinno.

I tak na przykład malując paznokcie my wymyślałyśmy niesamowite scenariusze do reklamy nowego oprocentowania na lokacie w banku.
Albo nakładając top coat wymyślałyśmy błyskotliwy plakat na powakacyjną wyprzedaż modelu samochodu.

Tak mi się to teraz przypomniało bo ostatnio w ogóle nie mam czasu na malowanie paznokci.
Wspominam więc tamte czasy codziennego chodzenia do pracy z nostalgią.
Jako te, gdy czasu na malowanie paznokci miałam wystarczająco dużo.
By co kilka dni zmieniać ich kolor z czerwonego na niebieski oraz nawet na żółty i szary.

lody
życie

Czym się różni mój mąż od lodów

Gdy byłam w pierwszej ciąży.
To tak się jakoś złożyło, że wykryto u mnie cukrzycę ciążową.
A taka cukrzyca to nie przelewki.
Tak naprawdę nie można jeść prawie nic.
To znaczy nic słodkiego.
Oraz nic co ma w sobie cukier ale na pierwszy rzut oka słodkie nie jest.
Na przykład pieczywo.
Prawie każde ma dodatek mąki pszennej, która bardzo podnosi poziom cukru we krwi.
Albo makaron.
Albo ziemniaki.
Albo owoce a już szczególnie banany.

I gdy tak byłam w tej pierwszej ciąży.
To tak się jakoś złożyło, że byliśmy z Maćkiem nad tym
samym morzem co teraz.
W tym samym dokładnie miejscu.
I chodziliśmy do tej samej co teraz cukierni.
W której mój mąż za każdym razem przeżywa ekstazę.
Jego oczy pokrywają się taką cukrową mgiełką gdy zagląda do gabloty na równiutko ułożone ciastka.
Eklerki.
Biszkopty z truskawkami i galaretką.
Oraz miłość Jego największą – tartaletki z budyniem i malinami.

I w tej też cukierni poza ciastkami.
Są lody.
I ja te dwa lata temu raz na trzy dni kupowałam sobie wieczorem jedną kulkę śmietankowych.
W pojemniczku bo wafelek za słodki.

Jadłam tę kulkę z namaszczeniem.
Najwolniej jak się dało.
Oblizywałam plastikową łyżeczkę.
I to był raj.
Smak śmietanki rozpływał mi się na języku.
Wszystkimi tę śmietankę chłonęłam zmysłami.

A w tym roku zamówiłam sobie puchar lodowy bakaliowy.
W skład którego wchodzą trzy kulki lodów.
Polewa toffi.
Bakalie wszelakie.
Posypka z czekolady.
Dwa ciasteczka w kształcie misia.
Oraz fura bitej śmietany.

Zamówiłam to sobie bo co.
Nie będę na wakacjach sobie przyjemności odmawiać.
Tym bardziej, że takiego deseru nie jadłam wieki.
I zawsze o takim marzyłam.
Jak innych taki lodowy puchar bakaliowy jedzących widziałam.

No i ja te lody ledwo zjadłam.
Przy drugiej kulce zagryzanej ciasteczkiem misiem oblepionym toffi zaczęło mi się robić niedobrze.
A kończąc trzecią kulkę z toną bakalii w bitej śmietanie to ja już żałowałam, że w ogóle nie zostałam na plaży.
Pomimo temperatury w wysokości 15 stopni.
Która towarzyszyła nam przez trzy czwarte wyjazdu.

No ale na tej plaży.
W bluzie, dresie i kurtce.
Z piachem sypiącym w oczy.
I rozwianym włosem.
Na pewno nie zamówiłabym pucharu lodowego bakaliowego.

I tu jest pies pogrzebany.
Bo jakby na to nie patrzeć.
Mój mąż z lodami ma wiele wspólnego.
Oboje cieszą się moją sympatią.
Po pierwszym chłodnym zetknięciu, wybuchają słodyczą.
I zarówno lody jak i mojego męża, najłatwiej znaleźć w cukierni.

Aczkolwiek jest jedna zasadnicza różnica.
Jedna kulka lodów smakuje lepiej niż trzy.
A z mężem odwrotnie.
Im go jest więcej tym lepiej.

A ja po wakacjach jestem na podwójnej diecie.
Jednej od lodów.
A drugiej od męża.
I powiem szczerze, że o wiele gorzej znoszę tę drugą.

burza
życie

Miejsca

Po burzy otwieram okno.
Ktoś gra na pianinie.
Gra pięknie.
Smutno tak jakoś na tym pianinie gra.

Stoję i słucham.
Bezwiednie przypominam sobie jak kiedyś.
Na Mokotowskiej w kamienicy był pewien pan.
Co na parterze mieszkał.
I na pianinie grał.
Grał pięknie
Smutno tak jakoś na tym pianinie grał.

Przypominam sobie jak nad nami mieszkał taki pijak jeden.
Na nazwisko Lebioda miał.
I codziennie o dziewiątej.
Jego żona na całe podwórko wołała.
Lebiodaaaaaa do domu!!!!!
I on wracał zataczając się od lewej do prawej.

Przypominam sobie jak pod moim oknem.
Rósł wielki kasztanowiec.
I jak czytając „Dzieci z Bullerbyn” wyobrażałam sobie.
Że po tym kasztanowcu w dół przez okno będę w nocy schodzić.
Na spotkanie z wyimaginowanymi przyjaciółmi.

Przypominam sobie jak dozorczyni na trzepaku pościel swoją suszyła.
I jak na imieniny na środku podwórka stawiała stół i krzesła.
I wszystkich sąsiadów łapała jak z pracy czy sklepu wracali.
Żeby przy tym stole z nią siedli i się wina napili.
I ptasiego mleczka zjedli.

I przypominam sobie klatkę schodową z drewnianymi poręczami i kamiennymi schodami.
Ze stopniami niższymi niż wszędzie indziej.
Tak, że jak z wakacji wracałam to się musiałam na nowo przyzwyczaić.
Żeby inaczej nogi stawiać.
I z krzesłem na każdym półpiętrze.
Tak, żeby wszystkie wiekowe sąsiadki.
Z siatkami zakupów wracając, miały gdzie przysiąść na chwilę.

Przypominam sobie.
Jak kiedyś po jakiejś imprezie.
Moi goście nad ranem zaczęli się domagać jedzenia.
I nagle dzwonek do drzwi sobie przypominam.
I panią Zosię sąsiadkę z talerzem kanapek stojącą.
Bo usłyszała, że młodzież głodna.
To i kanapek nam narobiła.

I przypominam sobie jak po rowerze z tatą do piwnicy szliśmy.
Po soki w butelkach zawekowane.
A tam korytarze były jak w labiryncie i na kłódki wielkie drzwi zamykane.

Bo są takie miejsca, że koniec tematu.
Pozamiatane.
I nigdy nie wrócą.

A są też takie.
Co to zostaną z nami na zawsze.
Wystarczy tylko otworzyć okno po burzy.
Wystarczy usłyszeć jak ktoś gra na pianinie.
Gra pięknie.
I smutno tak jakoś na tym pianinie gra.