Monthly Archives

Sierpień 2017

jedenztychdni
macierzyństwo

Jeden z tych dni

Wczoraj był jeden z tych dni, kiedy podczas usypiania Kai zatęskniłam za jednym z tych dni.

Na przykład za takim.

Jesteśmy z Maćkiem w Grecji.
Jest ósma trzydzieści rano.
Do naszego pokoju, przez otwarte okno.
Wpadają promienie słońca.
Niosąc w sobie ten niepowtarzalny zapach morza.
Wymieszanego z zapachem kwitnących oleandrów.
Wymieszanych z zapachem melona.

Budzimy się powoli.
Nasze opalone ciała.
Pod jednym białym prześcieradłem.
Splatają się na chwilę nogami.

Idziemy leniwie na śniadanie.
Do hotelowej restauracji nad samym brzegiem morza.

Mam na sobie jedną z tych kolorowych sukienek Roxy z mięciutkiej bawełny.
Jeszcze wilgotny, pachnący szamponem kosmyk włosów, zakładam bezmyślnie za ucho.

Brzęcząc delikatnie bransoletkami.
Na opalonym na złoto nadgarstku.
Sięgam po gruby plaster fety i porcję pomidorów.
Czerwonych jak krew.
Słodkich i soczystych.
Do tego chrupiący chleb.
Miseczka gęstego jogurtu polanego miodem.
Sok.
Kawa.

Siadamy przy stoliku nad samym morzem.
Lekka bryza wpada do soku.
Zostawiając w nim odrobinę soli.
Odrobinę piasku.
Uśmiecham się do niego.
On odgania osę znad rozlanego miodu.

Potem idziemy na plażę.
Nie możemy się zdecydować, który leżak.
Czy ten bliżej wody.
Czy ten trochę dalej.

Czytamy książki.
Przeglądamy pisma.
Machamy nogą w rytm greckich hitów lecących zza baru.
Pijemy pinakoladę.
Mohito.
Jemy słodkie melony.
Lody bounty i rożki algida.
Na zmianę kąpiemy się w morzu.
Leżąc na plecach dajemy się kołysać falom.
Przez przejrzystą wodę oglądamy małe rybki.

Nasz jedyny problem.
To czy iść na kolację do portu.
Gdzie serwują ośmiornicę z grilla.
Świeże ryby.
I owoce morza.

Czy może do tej urokliwej knajpki.
Z tarasem widokowym na morze.
Gdzie zamówimy jagnięce kotlety.
I pieczoną fetę.

Po kolacji spacerujemy wąskimi uliczkami.
Tak wąskimi, że jak się rozłoży ręce na boki.
To można opuszkami palców z dwóch stron dotknąć ściany.
Zaglądamy do sklepów.
Kupujemy na pamiątkę dwa ceramiczne kubki.

Moje turkusowe sandały stukają twardą podeszwą o kamienny chodnik.
I wszędzie te koty.
Siedzą.
Leżą.
Liżą sobie łapy.
Węszą w śmietnikach w poszukiwaniu kolacji.

Trzymamy się za ręce.
O może jeszcze tu wejdziemy na kieliszek wina.
Wieczór taki piękny.
Noc taka ciepła.
Nigdzie nam się nie spieszy.

Nagle słyszę.
Siki.
Mama siki.
Spokojnie kochanie.
Po to masz pieluszkę, żeby w nocy robić w nią siki.
Spróbuj zasnąć córeczko.
Pomyśl sobie o czymś miłym.
Dobranoc.

dwaobiady
macierzyństwo, przepisy

Dwa obiady

W życiu każdej matki jest tak, że zdarza jej się nie mieć zrobionego obiadu.
Tfu.
W moim życiu jest tak, że zdarza mi się nie mieć zrobionego obiadu.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że są też takie matki.
Które codziennie mają gotową zupę.
Najlepiej jeśli jest to krem z kilku warzyw sezonowych.
Na rosole z ekologicznej sztuki mięsa.
Na drugie są brokuły do wyboru z marchewką do wyboru z burakiem.
Bo każda matka wie, że przecież warzywa w diecie dziecka.
Oraz w swojej własnej diecie.
To podstawa zdrowia i dobrego samopoczucia.
Oraz to podstawa zgrabnego pośladka lewego oraz prawego.

Do tego tak zwanego bukietu warzyw.
Taka mama podaje indyka gotowanego na parze.
Albo ewentualnie rybę.
Najlepiej dziką z Alaski.
Niczym nie skażoną.
I wolną niczym Kevin Costner w filmie „Tańczący z wilkami”.
Albo nawet wolną niczym wilk z filmu „Tańczący z wilkami”.

No i ta mama, która zupełnie nie jest mną.
Codziennie po takim obiedzie.
Do którego zapomniałam dodać, że podaje kaszę jaglaną, albo kaszę jęczmienną albo kaszę quinoa.
To taka mama potem na deser podaje domową galaretkę oczywiście bez cukru na ekologicznej żelatynie.
Tak aby wzmacniać układ odpornościowy swój i swojego dziecka.

Taki obiad u takiej mamy to standard od poniedziałku do niedzieli.
Z wyjątkiem raz na miesiąc, kiedy to jest zbyt zmęczona żeby robić aż trzy rodzaje warzyw.
Więc pozwala sobie na małe szaleństwo i podaje mizerię.
Którą wiadomo, że każdy lubi.

A ja.
Niczym ten wolny wilk z „Tańczącego z wilkami”.
Zupełnie tak nie mam.
Budzę się około godziny trzynastej.
Gdy to zaczyna mi i córce burczeć w brzuchu.
I myślę sobie co by tu zrobić na obiad.

Czasem mam resztki z dnia wczorajszego.
I takie dni to ja lubię najbardziej.
Czasem wygrzebię z czeluści zamrażarki jakiegoś kotleta z 2009 roku.
A czasem to moja mama mi przywiezie taki obiad w stylu tego z zupą i drugim daniem.
A nawet powiem nieskromnie, że lepszy.
I to już jest wypas nad wypasy.
Cała rodzina ucztuje.
Maciek zabiera swoją porcję następnego dnia do pracy.
I szpanuje totalnie przed kolegami.
Nadziewanymi pieczarkami.
I pieczoną kaczką z pomarańczami.

Tymczasem gdy taki dzień się nie trafi.
I kończą się zamrażarkowe zapasy.
Gdy nie chce mi się iść do sklepu po naleśniki z serem.
Albo pierogi leniwe.
Firmy brawaty, które są mega dobre.
To ja mam takie swoje patenty.
Na zdrowe, zjadliwe i bardzo szybkie do zrobienia dwa obiady.
Zawsze jest szansa, że mam w domu składniki na zrobienie jednego z nich.

Pierwszy obiad to:

MAKARON Z POMIDORAMI

U nas w domu pomidory są prawie zawsze.
Bo to moje ulubione warzywo jest.
A jak akurat nie ma to chociaż jakaś puszka z pomidorami się znajdzie.
Makaron też zazwyczaj jakiś jest.
Staram się kupować pełnoziarnisty.
No bo jednak najgorszą matką nie jestem.
Oczywiście jak macie tylko zwykły to nie znaczy, że jesteście najgorsze.
Macie na pewno masę innych rzeczy, których nie mam ja.
Zresztą jakikolwiek makaron będzie świetny!
I teraz możemy poszaleć.
Bo do tych pomidorów na patelnię z oliwą wrzucamy co tylko chcecie.
Na przykład czosnek.
Zioła prowansalskie.
I jak macie to jakieś inne warzywa.
Na przykład cukinię.
Albo bakłażana.
Czekacie aż to się rozdziabdzia.
I mieszacie z makaronem.
Całość zajmuje około 20 minut.

Drugi obiad to:

RYŻ Z JABŁKAMI

To jest obiad dla mnie osobiście gorszy.
Wolę makaron.
Ale za to mój mąż lubi to bardzo, więc zabiera sobie resztki następnego dnia do pracy.
Przepis jest jeszcze prostszy niż ten pierwszy.
Wystarczy mieć kilka jabłek, cynamon i ryż.
Ryż gotujemy.
Jabłka obieramy i kroimy w małe kawałki.
Wrzucamy do garnuszka.
Dolewamy trochę wody.
Sypiemy cynamonem.
I czekamy aż się zrobi z tego taka beżowa breja.
Dodajemy do ryżu.
I jak chcecie wersję lux to można dodać trochę jogurtu naturalnego.
Albo serka waniliowego – ale tu już mniej zdrowo bo w tym serku UWAGA jest zazwyczaj cukier 😉

Takim oto sposobem.
Za pomocą tych dwóch obiadów.
Udaje mi się uratować wizerunek nie najgorszej matki.
Oraz nie zagłodzić oczekującej strawy rodziny.
I dzisiaj właśnie jest ten dzień kiedy jemy ryż z jabłkami.
Ponieważ wczoraj już jedliśmy makaron z pomidorami.

lodzwgarazu
życie

Łódź w garażu

To było trochę ponad dwa lata temu.
Przeprowadziliśmy się właśnie do nowego mieszkania.
I on zadzwonił do drzwi.

Na oko jakieś 70 lat.
Wysoki.
Barczysty.
Sąsiad.

Ja potem mówiłam Maćkowi, że on tak wygląda jak Morgan Freeman.
Tylko biały.
No identycznie.

Speszył się wtedy na widok mojego brzucha bo to już ósmy miesiąc ciąży był.
I mega upalne lato.

Pogratulował serdecznie.
Do środka nie wszedł.
Tylko o męża pytał.
Bo że on ma sprawę z garażem.

Ma miejsce parkingowe tuż obok dwóch naszych.
I te nasze drugie nie używane chciałby wynająć.
Na takich oto zasadach, że tam nikt nie będzie stawał, żeby nam było wszystkim wygodnie.

I tak mu ten garaż dwa lata wynajmujemy.
Co dwa miesiące przynosi pieniądze.
Zawsze na progu staje.
Dalej nie chce wejść.

Raz przyszedł wieczorem.
A u nas Kabaret Starszych Panów na gramofonie.
Kaja śpi.
Pijemy wino.
A on akurat z butelką.
Na przeprosiny bo się za garaż z płatnością spóźnił trzy dni.

Niech Pan wejdzie.
To się razem napijemy!
Mówię.

Nie, nie.
Nie chcę przeszkadzać.
Jeszcze będzie czas.

I poszedł.

Przez okno nad kanapą, widać jego pracownię.
Masa książek.
Ołówków.
Nie wiadomo czego.
Na ścianie plakat z lat sześćdziesiątych.
Kobieta topless.
Lekko rozchylone usta.
To wszystko widać z tej naszej kanapy.

Kim on jest?
Mówię do Maćka.
Może pisarzem jest znanym jakimś albo reżyserem a my nawet o tym nie wiemy!

Maciek ma sprawdzić w księdze wieczystej.
Jeszcze będzie czas.

Co wieczór gdy szykuję kolację sąsiad ogląda jednego z dziesięciu.
Słychać zza ściany piiiiip piiiiip gdy ktoś odpowie źle.

Raz kaszle tak jakby konał normalnie.
Jakby sobie miał wypluć płuca łącznie z przeponą i łącznie z tchawicą.

Dzwonię do Maćka.
Słuchaj.
Sąsiad tam rzęzi.
Kaszle jakoś okropnie tak.
Że chyba na pogotowie zadzwonię.
Jak myślisz?

W końcu nie dzwonię.

Na początku lata stawia doniczki na parapecie.
Tak od strony patio.
Za barierką tarasu.

Maciek mówi.
Nie no pogięło sąsiada.
Zlecą te doniczki komuś na głowę.
Trzeba mu powiedzieć.

Jeszcze będzie czas.

Spotykamy go w garażu.
Wiesza przed samochodem butelkę na sznurku.
Żeby nie wjechać w ścianę przy parkowaniu.

Opowiada o Mazurach.
Że ma tam dom.
Że kocha.

No my też.
My też.

Trzeba się kiedyś spotkać.
Pogadać.
Nalewki z Mazur napić.

Jeszcze będzie czas.

Miesiąc temu wysiada z windy.
My akurat idziemy na spacer.

O ma pan pieska!
Mówi mój mąż wskazując na wilczura.
Który to posępnie spuszcza stary bury łeb.

Ze schroniska w Giżycku trzy dni temu go wziąłem.
I już go kocham.
Mówi on.
Dłoń kładzie czule na psim łbie.
I ewidentnie już go kocha.

W niedzielę od 6 rano pies wyje na tarasie.
Trzy godziny tak wyje.
Widać go przez okno nad kanapą.

Kajka wisi na parapecie i krzyczy.
Łałał!

Od trzech tygodni w garażu stoi łódź.
Po co mu ta łódź?
Pytam.
Pewnie z Mazur przywiózł.

Ciekawe kim on jest.
Muszę sprawdzić w księdze wieczystej.

Jeszcze będzie czas.

Mąż wraca od fryzjera.
Wiesz spotkałem w windzie córkę sąsiada.
I wyobraź sobie, że on nie żyje.
Położył się spać.
I już się nie obudził.

Ale jak to?
I co teraz z tym psem z Giżycka będzie?
A jeszcze wczoraj oglądał jednego z dziesięciu.
Kroiłam chleb a tu piiiiiip zła odpowiedź.
Piiiiiiip zła odpowiedź.
A ta łódź cały czas stoi.
Trzeba będzie wywiesić ogłoszenie w garażu.

Jeszcze będzie czas.

taksietrafilo2
macierzyństwo

Tak nam się trafiło

Tak nam się trafiło.
Że nasze dziecko jest cały czas w ruchu.
Wiecie o co chodzi.
Czasem się widzi takie dzieci co to zamiast iść to biegną.
Zamiast siedzieć to cały czas z krzesła schodzą i wchodzą żeby zaraz z niego zejść znowu.

Dzieci, które jak jedzą to w między czasie machają nogami i rękami.
Dzieci w ciągłym ruchu.
No chyba, że śpią.

Wtedy aż się jakoś robi dziwnie i duszno.
Bo przepływ powietrza od tego biegania się zatrzymuje.
I nagle nie ma czym oddychać.
Więc się zastanawiasz czy kupić do mieszkania wiatrak.
Żeby się nie czuć aż tak nieswojo.

Byliśmy teraz na Mazurach.
I raz na jakiś czas chodziliśmy a raczej biegliśmy za naszą córką do takiej fajnej restauracji, w której można karmić króliki.

Tych królików jest tam sporo.
Niektóre są już bardzo duże.
A niektóre bardzo malutkie.
I te bardzo malutkie cieszą się największym powodzeniem.
Bo dodatkowo można je wziąć na ręce i trochę pougniatać.

Pewnego razu gdy dobiegliśmy wszyscy razem do tych małych królików.
I córka moja nakarmiła je garścią mleczy w tempie ekspresowym.
To jest wrzuciła im do klatki całą zawartość swojego wiaderka na raz.
Łącznie z mleczami, kilkoma kamieniami oraz plastikową świnką Peppą.
To ja siedząc przy stoliku i czekając na pierogi z jagodami tak sobie zaczęłam myśleć.

Psia jego mać.
Moja córka nie potrafi w miejscu usiedzieć.
Jak opętana lata po całym świecie.
Wszystko musi z ziemi podnieść.
Wszędzie łapki wsadzić.
Na wszystko wleźć.
Wszystkiego spróbować.
Biega od rana do nocy.
Na tych swoich krótkich nóżkach.
Codziennie ze sto kilometrów robi.
W miejscu nie usiedzi.
A my tak za nią latamy.
I te pierogi z jagodami połykamy w biegu.
Tak nam się trafiło.

I tak sobie myślałam.
Czekając na te pierogi z jagodami.
Podczas gdy mój mąż po raz trzynasty właśnie pokonywał biegiem całe podwórko restauracji.
Goniąc nasze dziecko, które pędziło niczym pendolino.
Pchając przed sobą plastikowy wózek pełen siana dla królików.

Pani kelnerka przyniosła pierogi z jagodami.
Maciek tęsknym wzrokiem spojrzał w moją i pierogów stronę.
I w tej właśnie krótkiej chwili jego nieuwagi.
Córka moja zanurzyła całe ręce w fontannie aż po łokcie.
Które to były obleczone w ciepłą bluzę teraz do połowy mokrą.

Odwróciłam wzrok od tej wodnej jatki, która przy fontannie z udziałem męża i córki zaczęła się odbywać.
I wtedy ich zobaczyłam.

W domku obok po schodach wchodził pan.
Taki pan co to jeszcze bardziej chłopak po prostu młody facet taki w naszym wieku.
I on szedł po schodach drewnianych do jednego z letniskowych domków, które wynajmują na terenie tej restauracji z królikami.

Na stopach mu stała mała dziewczynka.
Na oko jakieś cztery może pięć lat.
Trzymał ją za ręce.
I tak sobie szli.
To znaczy on szedł.
A ona szła na nim.
I bardzo się śmiała.

Pomyślałam sobie o jak fajnie.
I wtedy zobaczyłam taki mały wózek.
Inwalidzki.
Obok tych schodów zaparkowany.

Oni weszli do środka.
Widziałam jeszcze jak on ją ze stóp swoich zestawił i na ręce wziął żeby do środka wnieść.
W tym zestawienia momencie nogi się pod dziewczynką na sekundę zapadły.
Totalnie bezwładne nogi.
Oklapły pod nią jakby były w środku wypełnione frużeliną.

Pieróg mi z jagodami w gardle stanął.
I tak sobie pomyślałam.

Psia jego mać.
Moja córka nie potrafi w miejscu usiedzieć.
Jak opętana lata po całym świecie.
Wszystko musi z ziemi podnieść.
Wszędzie łapki wsadzić.
Na wszystko wleźć.
Wszystkiego spróbować.
Biega od rana do nocy.
Na tych swoich krótkich nóżkach.
Codziennie ze sto kilometrów robi.
W miejscu nie usiedzi.
A my tak za nią latamy.
I te pierogi z jagodami połykamy w biegu.
Tak nam się trafiło.