Monthly Archives

Wrzesień 2017

sloiki1
życie

Słoiki

Jeżeli zastanawiacie się jakie pytanie z ust mojego męża pada ostatnio w moją stronę najczęściej.
I bierzecie pod uwagę takie oto opcje:

1)  Czy mogę ci zrobić masaż?
2) Czy nie chciałabyś może skoczyć na kawę z koleżankami a ja w tym czasie zajmę się dzieckiem?
3) Czy kupić ci czekoladę z orzechami czy może krówki z Olecka?

Tu mała dygresja.
Koło mnie w sklepie zaczęli sprzedawać krówki z Olecka i to jest jakiś kosmos krówkowy.
Najlepsze krówki świata.
Serio!

W każdym razie, jeżeli zastanawiacie się, które z wyżej wymienionych pytań pada z ust mojego męża najczęściej.
To muszę Was zaskoczyć odpowiedzią.
Gdyż żadne.
No niestety.
Ale taka jest prawda.
Że w ostatnim czasie najczęściej padającym w moją stronę pytaniem jest…..

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

Po czym Maciek dodaje.

Bo wiesz. Powoli już nie mamy miejsca w spiżarce.
Słoików mamy już chyba milion.
Słoik na słoiku słoikiem pogania.
I serio już chyba wystarczy nam tych słoików do końca świata.
A ja już nie mam miejsca na swoje żarówki.
Oraz na swoje baterie.

Kolejna dygresja.
Mój mąż nie wiadomo po co.
Gromadzi niekończące się zapasy bateri.
Od takich mini płaskich kółeczek.
Po takie gigantyczne bateriowe bloki.
Każda jego wyprawa do obi, bricomana czy castoramy.
A nawet każda jego wyprawa do Ikei.
To nowa paczka bateri.
Dam sobie za to rękę uciąć, że jakieś baterie z półki sklepowej weźmie.
To samo jest z żarówkami.

Więc gdy mój mąż pyta:

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

Odpowiadam.
Tak.
Znowu.

Przyznaję się.
Że namiętnie kupuję słoiki.
Całe zgrzewki słoików kupuję.
Takich malutkich.
Na konfiturę z malin.
Dla mojej córki do kaszki.
Na jesienne chłody.
I na zimowe mrozy.
Robię jej na drugie śniadanie kaszę jaglaną z dwoma łyżeczkami takich ze słoika malin.

Kupuję kompulsywnie słoiki trochę większe.
Na dżem truskawkowy.
Który smakuje niebiańsko rozsmarowany na naleśnikach.
Na jakiś późny obiad gdy humor słaby.
Za oknem ciemno.
A w brzuchu burczy.
To ten talerz naleśników na środku drewnianego postawiony stołu.
I małe rączki, które po te naleśniki sięgają.
Od razu humor zmieniąją na lepszy.
I ta łyżka oblizana w truskawkowym dżemie.
I te pod nosem dziecięcym truskawkowe wąsy.

Zaopatruję się stale w średnie słoiki.
Idealne na konfiturę z moreli.
Która ze świeżą bagietką rano w niedzielę.
Gdy siedzimy razem przy śniadaniu.
We flanelowych piżamach.
I ciepłych skarpetach.
I nikomu się nigdzie iść nie chce.
I z tych piżam się nie chce wychodzić.
Bo jest zimno i mokro.
A w domu tak ciepło i miło.
I w ręku paruje kubek z kakao.
To ten dżem na tej bagietce wtedy.
To znika jak kot na widok mandarynki.

Tu znowu mała dygresja.
Mój świętej pamięci kot nie znosił zapachu mandarynek.
Jak tylko widział jakąś w swoim pobliżu od razu symulował odruch wymiotny.
I oddalał się w tempie ekspresowym.

Wracając do tematu słoików.
To kupuję jeszcze słoiki największe.
To znaczy bez przesady.
One nie są aż takie wielkie jak na przykład słoiki na ogórki.
Które nota bene kupiłam również.
Aczkolwiek do ogórków to ja talentu nie mam.
Bo po zawekowaniu.
Zaczęły mi syczeć.
Bulgotać.
I bardzo niebezpiecznie się w tych sloikach zachowywać.
Co mnie lekko stresowało ilekroć obok nich przechodziłam.
Czytałam oczywiście różne tego zjawiska opisy w internecie.
I znalazłam dwie odpowiedzi.
Z których do dzisiaj nie wiem, która jest właściwa.
A mianowicie:

1) to normalne.
Ogórki tak mają.
Posyczą trochę a potem przestaną.

2) to nienormalne.
Ogórki tak nie powinny się zachowywać.
A jeżeli tak się dzieje należy się ich pozbyć.
Gdyż nic z nich dobrego nie będzie.

Najbardziej mnie przeraziła wizja wybuchu.
I rozbryzgu ogórków.
Wraz z resztkami słoików największych.
Dlatego na próbę otworzyłam jeden słoik.
I ogórki zjadłam.
A resztę schowałam do spiżarki.
Aby sobie tam syczały.
I ewentualnie wybuchały.

Wracając do tematu.
To kupuję te słoiki większe.
Ale mniejsze od tych największych.
Na najlepsze na świecie powidła.
Z polskich węgierek.
Z przepisu prababci.
No to już jest gwóźdź programu.
Najcenniejsze słoiki ever.
Najważniejszy etap słoikowego szaleństwa.
Mistrzostwo świata w słoiku.
Tyle emocji pod metalową nakrętką.

Na przykład wspomnienie bułki wrocławskiej z tymi powidłami właśnie jedzonej.
Trzydzieści lat temu.
Na ulicy Brackiej.
Podczas rżnięcia w karty po nocy.
W grę o nazwie Garibaldka.
Z ulubioną Babcią.
Gdy wielki drewniany zegar wybijał dwudziestą trzecią.
Bim bam.
Bim bam.
A ja krzyczałam jeszcze jedna partyjka!

To zapach kawy inki.
I mięciutka chałka.
Z tymi powidłami właśnie.
Które oblepiają palce.
Fioletowym sokiem.
Gdy siedzimy na kanapie pod kocem.
A w telewizji leci program o nosorożcach.
A za oknem śnieg.
I obok choinka pachnie jeszcze świętami.

Więc gdy mój mąż pyta mnie.

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

To odpowiadam.
Tak.
Bo te słoiki.
I ta ich zawartość, którą po nocach na patelni smażę.
To jest nasz dom.
To są wspomnienia z dzieciństwa.
To jest moja miłość do Ciebie.
To jest moja troska o Kaję.
To jest ciepły koc.
Otwarte ramiona.
Mocny uścisk dłoni.
Płomień świeczki na stole.
I uderzanie kropel deszczu o szybę.
Gdy siedzimy razem.
Z kubkiem gorącej herbaty.

Te słoiki najmniejsze.
Te średnie.
I te większe.
To jest nasza rodzina.
To leniwe poranki.
Wesołe uśmiechy.
Potargane włosy.
Okruchy pod stołem.
I oblizane łyżki.
To przytulne wieczory.
I rozchichotane popołudnia nad stosem naleśników.
Te słoiki to esencja domowego ogniska w najczystszej jego postaci.
To spokój i bezpieczeństwo.
To mój azyl.
To zamknięte w słoiku szczęście.

Na to mój mąż zawsze wzdycha z niedowierzaniem.
I pogodzony z tą sytuacją stwierdza.

Że no dobra.
Niech będzie.
Ale może już więcej nie kupuj.

okladka
książki

Coś fajnego coś wyjątkowego

Dzisiaj chciałam Wam pokazać coś super ekstra czadowo fajnego.

A mianowicie, jakiś czas temu Kaja miała urodziny.
Dostała oczywiście milion prezentów.
W tym właśnie ten jeden wyjątkowy.
Od swojej Prababci.

Moja Babcia.
Czyli Kajki Prababcia.
Surfuje po internecie lepiej niż mój Tata na Rodos.

I ona właśnie, gdzieś w odmętach sieci.
Wynalazła tę Panią.
Która robi własnoręcznie takie cuda.

To jest książka uszyta w całości z różnych materiałów.
Na każdej stronie jest jakaś inna historia/gra/zabawa.
Która angażuje dziecko bardziej niż świnka peppa czy inne masze i niedźwiedzie.

Kajka jest zachwycona.
Codziennie oglądamy/bawimy się nią co najmniej stodwadzieściatrzy razy.

Ulubione strony to ubieranie dziewczynki w ubranka wiszące w szafie.

szafa

Oraz łowienie ryb specjalną wędką i pakowanie ich potem do łodzi.

ryby2

Powodzeniem cieszy się też sklep z warzywami i upychanie filcowych marchewek do dołączonej torby na zakupy.

zakupy

A także pociąg, do którego z poczekalni wsiadają pasażerowie kot, myszka oraz miś.

pociag

Super jest grzybobranie.
Które powinno polegać na tym, że grzybki wkładane są do koszyczka.
Jednakże Kajka napycha nimi brzuszek żaby z sąsiedniej strony.
Będąc przekonaną o tym.
Iż jest to żaby ulubione danie.

zaba

Jest też pralka, do której wkładamy brudne ubranka.

pranie2

Dla trochę starszych dzieci nauka liczenia.

cyferki

Zabawa przednia.
Dla dziecka i dla rodziców.

Wykonanie piękne i bardzo solidne.
Książki są na zamówienie i personalizowane.
Więc na okładce naszyte jest imię dziecka.

Opcji stron do wyboru jest masa.
Zresztą zobaczcie sami:

HONO-LULU Pracownia

Ja jestem oczarowana.
Uwielbiam takie rzeczy.

Jedyny minus to brak jakiejś metki czy logo firmy na książce.
Bo gdyby nie moja Babcia.
Czyli Kajki Prababcia.
To nie wiedziałabym kto robi takie cuda.

Polecam w ciemno.
Jest to rzecz wyjątkowa.
W świecie tabletów.
Klocków lego.
I lalek barbie.
Po prostu fajna.

kalosze
macierzyństwo

Matka idealna nade mną dysząca

Znacie to uczucie w dziale mięsnym.
Kiedy ludzie stojący w kolejce MUSZĄ już w tej sekundzie zobaczyć jakie warianty szynki, która leży przed Tobą są dzisiaj dostępne.
I te serdelki metr przed nimi.
Czy jest ich wystarczająco dużo, żeby starczyło dla wszystkich łącznie z jamnikiem Azorem tej pani w palcie na końcu kolejki.

W związku z czym napierają na Ciebie całym ciałem i całym koszykiem.
Koszykiem pełnym napoju trzy cytryny, ogórków kiszonych, sera topionego i kawałków sękacza w foli.
I dyszą Ci do ucha, zaglądając przez ramię na te serdelki dla Azora.
Czy na pewno są.
I czy aby świeże.

To ja to odczuwam codziennie.
I to nie tylko w mięsnym.
A we własnym domu.
Na ulicy.
W sklepie.
W windzie.
We własnej łazience nawet.
No wszędzie.

I wcale nie chodzi o wędliny.
I o innych klientów.
Na mnie od tyłu napierających.
Ale o matkę idealną.
Którą sobie wymyśliłam sama.
I która dyszy nade mną.
Zagląda przez ramię.
W każdej sekundzie mojego życia.

Dyszy złowrogo za każdym razem gdy pozwolę córce umyć samej zęby.
Co trwa trzy sekundy i polega na zlizaniu pasty malinowej ze szczoteczki do zębów.

Pogardliwie sapie.
Gdy na śniadanie zaserwuję parówki.
Albo nie daj boże dżem truskawkowy wysoko słodzony.

Chrząka znacząco gdy tracę cierpliwość.
Prosząc po raz trzydziesty trzeci, aby moje dziecko zdjęło wreszcie piżamę.

Wzdycha z dezaprobatą.
Gdy włączam trzeci odcinek świnki peppy.
Żeby dopić w spokoju herbatę.

No po prostu to wymyślone przeze mnie babsko.
Dręczy mnie nieustannie.
Na każdym praktycznie kroku wzbudzając wyrzuty sumienia.

Oczywiście ona.
Ta wyimaginowana matka idealna.
Jest idealna.

Wyglądem przypomina trochę Julię Roberts.
A trochę Sarę Jessicę Parker.

Ma świetlistą cerę.
Delikatny makijaż.
Ciuchy nosi luźne, wygodne.
Z naturalnych mięciutkich tkanin.
W pastelowych kolorach.
Jest bardzo szczupła.
Ma zadbane paznokcie.
I śliczną biżuterię.
Na ustach lekki blyszczyk.
I falujące blond włosy.

Ona nigdy nie traci cierpliwości.
Emanuje spokojem i pozytywnym nastawieniem.
Kocha swoje dzieci.
I ten czas, który z nimi spędza docenia w każdym momencie.
Spokojnie wszystko tłumaczy.
Po sto dzwadzieścia pięć razy.
Przytula.
Jednocześnie pozwala na niezależność.
I nie daje sobie wejść na głowę.
Gotuje ekologicznie.
Prosto i zdrowo.
Wyciska codziennie soki.
Z marchewki.
Oraz z buraka.
Zszywa od razu dziury na kolanach podartych dziecięcych spodni.
Czeka na promocje w sklepach i wtedy kupuje kurtki na zimę.
I sandały na przyszłe lato.
Za maksymalnie pół ceny.

Telewizji nie włącza nigdy.
I ma w zanadrzu trylion kreatywnych pomysłów.
Jak zabawić dwulatka.
Trzylatka.
Czterolatka.
I tak dalej.
Aż do matury.

Gdy mąż wraca z prący.
To ona uśmiechnięta.
W bladoróżowej mięciutkiej bluzie.
I obcisłych jeansach rurkach.
Siedzi na kanapie z wtulonymi w nią dziećmi.
I melodyjnym głosem czyta im wiersze Tuwima.

W mieszkaniu unosi się zapach szarlotki.
Oczywiście na mące razowej z ekologicznych jabłek.
Podłoga lśni czystością.
Pralka się kręci.
I wszyscy są mega szczęśliwi.
I bardzo spokojni.

No tak mniej więcej się prezentuje ta nade mną dysząca osoba.
Więc jak sami widzicie – lekko nie jest.

No ale wyobraźcie sobie, że ja dzisiaj właśnie.
Zamordowałam normalnie tę wstrętną babę.
Padła dziś trupem na środku ulicy.
Normalnie padła tak jak za mną stała.
I mam nadzieję, że to już definitywny jest koniec.
Naszej znajomości.

A stało się to tak.
Że szłam sobie rano do mojego Taty.
Który mieszka niedaleko.
Jakieś trzy ulice od nas.

Deszcz lał jak siemasz.
Więc założyłam Kajce kalosze.
I wpakowałam ją do wózka.

Już w windzie spadł jeden kalosz.
To znaczy nie spadł tylko ona.
Moja kochana córeczka.
Machając nogami.
Go zrzuciła.

Mama kat!!!
Krzyczy.
Co oznacza.
Mamo spadł mi kalosz.

Schylam się po kalosza.
Wkładam na małą stopkę.
Mówię.
Spokojnie kochanie.
Już zakładamy.

Matka idealna nade mną dyszącą.
Wyjątkowo kiwa głową z aprobatą.

Wychodzimy z bloku.
Spada drugi kalosz.

Mama Kat!!!
Schylam się.
Co chcę podkreślić, w moim stanie przedporodowym.
Nie jest najprostszą oraz najmilszą czynnością do wykonania.

Zakładam kalosza i mówię.
O! Już jest z powrotem na nóżce.

Jedziemy.
Dwa metry.
Spada kalosz.

Mama Kat!!!
Ekhmmm.
Zaczynam tracić lekko cierpliwość.
Bez słowa zakładam kalosza.
Matka idealna nade mną dyszącą.
Czuję, że dyszeć lekko zaczyna.
Wyczuwa bowiem moją irytację narastającą.

Przechodzimy przez pasy.
Spada kalosz.

Mama Kat!!!
Ściągam drugiego kalosza.
I oba chowam pod wózek.

Dziecko w ryk.

Mama kat!!!!
Mama kat!!!!
Mama kat!!!!

Matka idealna bacznie mnie obserwuje.
Więc przełykam ślinę.
Kucam przed dzieckiem.
Zakładam nieszczęsne kalosze.
I mówię.
Kajusia.
Zakładam Ci teraz kalosze.
Ale bardzo Cię proszę.
Nie zrzucaj ich więcej.
Bo ja nie mam już siły się schylać.
I w tym tempie nigdy nie dojedziemy do dziadka.

Dziecko uśmiecha się radośnie.
Matka idealna nade mną dysząca również.

No fajnie.

Jedziemy dalej.
Dwa metry.
Spada kalosz.

Mama kat!!!
Dopomina się moje dziecko.

A W DUPIE MAM TE KALOSZE!

Mówię wystarczająco głośno.
By usłyszała i Kaja.
I idealna matka nade mną dysząca.
I wszyscy ludzie wokoło.

I wtedy ona.
Ta idealna matka pada.
Na zawał normalnie pada.
A ja ją mijam.
Wózkiem po niej przejeżdżam.

I mam już to wszystko w dupie.