Monthly Archives

Listopad 2019

jedenpodrugim
życie

Sto dziewięćdziesiąty szósty po sto dziewięćdziesiątym piątym

Jedno zdanie w wywiadzie z dziewczyną sukcesu przykuło moją uwagę na dłużej.
Na jakieś od dwa lata temu do dzisiaj.
To było takie zdanie mniej więcej, że ona ten sukces osiągnęła nie jeżdżąc windą.
Tylko wchodząc mozolnie, po wielu wysokich i długich schodach.

Inne zdanie jakie zapamiętałam, z innego artykułu ze znaną i cenioną pisarką.
Było o tym, że zanim ją w końcu wydali, to trzysta czterdzieści dwa teksty, które napisała.
Odrzucono.
Niezauważono.
Określono jako nie warte niczego, czego ona chciała, żeby były warte.

O 7 rano Maciek wychodzi z dziećmi do pracy i przedszkola.
A ja w piżamie.
Z brudnymi włosami.
Nieumytymi zębami.

Patrzę na zlew.
Pełen kubków po herbacie.
Misek po mleku z płatkami.
Talerzy.
Łyżek.
Noży oblepionych miodem.

Otwieram zmywarkę zrobioną po nocy.
Pełną czystych kubków po herbacie.
Misek po mleku z płatkami.
Garnków.
Noży oblepionych miodem.
Czekających tylko, żeby odłożyć je na swoje miejsce na szklanych półkach.

Wchodzę do pokoi, gdzie łóżka nie posłane.
Ubrania z wczoraj porozrzucane na krzesłach, podłogach.

W łazience widzę kosz, z wysypującym się praniem.
Czarnym.
Kolorowym.
I białym.

A na suszarkach już suche i czyste ubrania.
Czarne.
Kolorowe.
I białe.
Czekają na złożenie.
Poskładanie.
I odłożenie na swoje miejsca na drewnianych półkach w szafie.
Te skarpetki krzyczące wręcz do mnie żeby dobrać je w pary i odłożyć do szuflady.
Widzę.

Ogarnia mnie niemoc.
Mam ochotę usiąść w piżamie.
Z brudnymi włosami.
Nieumytymi zębami.
I zapaść się w tej niemocy.

Patrzę na kartkę, na której napisałam.
Zrobić zakupy.
Pójść do urzędu.
Wyrobić kartę miejską.
Oddać garnitur Maćka do pralni.
Umówić Kaję do dentysty.

Ogarnia mnie niemoc.

Ale już to znam.
Przeczytałam te zdania kiedyś.
Jakieś dwa lata temu.

Najpierw otwieram okna w całym mieszkaniu.
Zimne powietrze wdycham głęboko.
I ścielę łóżka.
Jedne po drugim.
Układam ładnie poduszki.
Strzepuję kapę, żeby nie było ani jednego zagięcia.

Zbieram ubrania z wczoraj.
Z krzeseł.
Z podłogi.
Jedne po drugich.

Wracam do kuchni.
Odkręcam wodę w kranie i zmywam.
Kubki po herbacie.
Miski po mleku z płatkami.
Garnki po mleku.
Łyżki.
Noże oblepione miodem.
Jeden po drugim.

Po kolei.
Każdy nóż i każdą łyżkę myję.
Cały czas w niemocy.
Myślę sobie, że to się nigdy nie skończy.
Ale w końcu ostatni talerz ze zmywarki ląduje bezpiecznie na szklanej półce.
Jeden po drugim.

Wstawiam pranie.
Dzisiaj czarne.
Jedne po drugim.

Zbieram z suszarek już suche i czyste ubrania.
Czarne.
Kolorowe.
I białe.
Składam je, i odkładam na swoje miejsca, na drewnianych półkach w szafie.
Te skarpetki krzyczące wręcz do mnie żeby dobrać je w pary i odłożyć do szuflady.
Do pary dobieram.
I odkładam.
Jedne po drugich.

Idę pod prysznic.
Myję brudne włosy.
Brudne zęby myję.
Aż znowu są czyste.
Każdy jeden włos myję.
Każdy jeden po drugim ząb.

Ubieram się i wychodzę z domu.
Biorę ze sobą kartkę.
I po kolei.
Robię zakupy.
Idę do urzędu.
Zanoszę garnitur do pralni.
Dzwonię do dentysty.
Wysyłam wniosek o kartę miejską.
Jedną rzecz robię po drugiej.

A potem wracam do domu i piszę ten tekst.
Sto dziewięćdziesiąty szósty po sto dziewięćdziesiątym piątym.
Jeden tekst po drugim piszę.

brokat
macierzyństwo

Brokatowa dusza

Rozmawiam z Kają wieczorem.
Ona już w piżamie.
W łóżeczku.
Ja na fotelu obok.

Kaja patrzy mi w oczy i mówi:

– Mamo, boję się, że umarnę.

– A kto tak powiedział?

Pytam.

– Nikt nie powiedział, ale babcia Oliwki umarła.
Mamo, a czy to jest prawda, że potem zostają tylko kości?

– Nieprawda.

Mówię stanowczo.

– Poza kośćmi i ciałem, każdy człowiek i zwierzątko ma duszę.

– A jak ona wyglada?
Pokażesz mi jutro taką duszę?

– Nie wiem jak Ci pokazać…

– To może w telefonie?

– W telefonie też się nie uda, bo dusza jest przezroczysta.

Kaja jest mocno zawiedziona.

– A czy jest brokatowa?

Pyta z nadzieją.

-No pewnie!

Odpowiadam.

I wyobrażam sobie jej duszę.
Całą w różowym brokacie.