Monthly Archives

Grudzień 2019

man-in-santa-claus-costume-716658
macierzyństwo

Co wypada powiedzieć Mikołajowi a czego nie wypada

Kaja od paru dni już bardzo przeżywała przyjście Mikołaja do przedszkola.
Dzisiaj rano przy śniadaniu, tak dziesięć minut przed wyjściem z domu, mówi do mnie tak.

– Mama a wiesz co?

– Co?

Odpowiadam, pomiędzy podawaniem jej tranu, a wsypywaniem płatków do mleka Jasia.

– Jak Natalka przytuli się do Mikołaja, to ja też się przytulę.

– Acha. To fajnie. Na pewno będzie mu miło.

Mówię pomiędzy ścieraniem rozlanego mleka ze stołu, a krojeniem cytryny do Maćkowej herbaty.

– A potem powiem mu, no nareszcie jesteś Mikołaju!

– Koła! Koła!

Krzyczy Jaś.
Co w jego języku oznacza Mikołaja.
I co oznacza w jego języku również to, że jest jego wizytą bardzo podekscytowany.

Moja córka popija tran wodą z różowego bidonu.
I mówi dalej.

– Ale DUPA do niego nie powiem, no bo mi nie da prezentu. Plawda?

– Prawda.

Odpowiadam.
Pomiędzy rozlewaniem Maćkowej herbaty a krztuszeniem się własną.

magazyn
życie

Andrzejki

W Andrzejki sobie wróżymy, o czymś marzymy.

To mogą być marzenia w stylu Pontiac Firebird.
Albo bardziej przyziemne.

Takie jak:

– Zmieścić się w jeansy z zeszłego roku.
– Zjeść kolbę kukurydzy bez tych w zębach utkniętych łupinek.
– Żeby jeden kawałek pizzy się nigdy nie kończył.
– Żeby dzieci były zdrowe.
– Żeby nowe buty z Zalando pasowały rozmiarem.
– Żeby krem pod oczy wygładził naszą skórę niczym u Kai Gerber.
– Żeby mieć kasę na wakacje w Grecji.
– Żeby lubić swoją pracę.
– Mieć jakąś pasję.
– Super moc.
– Jędrne pośladki.
– Albo zawsze perfekcyjnie układające się włosy.
– Żeby od 20 jak dzieci pójdą spać, do 23 jak my idziemy spać, było sześć godzin zamiast trzech.
– Albo żeby wreszcie ktoś wynalazł czekoladę, która nie tuczy.

No a ja marzę dodatkowo też o tym, żebym zawsze miała w głowie jakiś nowy temat do pisania.

Bo myślę sobie, że już nie mam o czym pisać.
Że już napisałam o wszystkim chyba, o czym napisać mogłam.
Bo ile można pisać o dzieciach.
O praniu.
O przepisie na szarlotce.
O fajnej książce.
O mężu, który jest na tyle spoko, że aż to jest nudne do opisywania.

Więc z tych nudów zapisałam się na kurs fotografii.
I tam robię zdjęcia.
Aparatem.
Każdy na kursie pyta, jaki ten aparat powinien być.
Czy za pięć tysięcy.
A może za dziesięć.
I jaki obiektyw?
A może kilka obiektywów.

A pan Karol prowadzący, za każdym razem jak mantrę powtarza.
Że to nie pieniądze są ważne.
Że to nie aparat robi zdjęcia.
Tylko ludzie.

A potem mówi.
Macie dwie godziny.
Idźcie.
Fotografujcie.

No to idziemy.
Mój aparat jest z tych raczej poniżej pięciu tysięcy.
Ale tak jak pan Karol powiedział, nie przejmuję się tym.

Wychodzę na dwór.
Jest zimno.
Nie wzięłam z sali szalika.
Ale już widzę otwartą bramę do magazynu.
W środku pan w pomarańczowym uniformie się krząta.
Pytam go, czy może stanąć na chwilę, bo chciałam zrobić zdjęcie.
A mam długi czas naświetlania.
On stoi ale za chwile już się rusza.
Nie rozumie co to jest długi czas naświetlania chyba.
Pyta:
– I jak wyszedłem? Pani pokaże, może powtórkę zrobimy.
A zdjęcie wciąż się naświetla.

Widzę dwie windy obok siebie.
Drzwi się zamykają.
Drzwi się otwierają.
Nigdy nie wiadomo co będzie w środku.
Czasami są ludzie.
A czasem nic nie ma.

Więc robię zdjęcia.
Windom.
Magazynom.
I ludziom.
W ruchu nieustannym.
Pomimo długiego czasu naświetlania.
Bo bez nich te zdjęcia nijakie wychodzą.
Nudne takie bez życia.

Robię zdjęcia.
Skrzynce pocztowej.
Ciężarówce DPD.

I przypomina mi się, jak kiedyś pracowałam w agencji reklamowej DDB.
I na jakimś spotkaniu mój wiekowy już dziadek.
Powiedział do mnie:

– A wiesz, że ja ciągle widuję ciężarówki z tej twojej firmy?
Codziennie pod moim domem kursują.

Także robię zdjęcie ciężarówce DPD, moim aparatem za mniej niż pięć tysięcy.
Ze skórą nie tak gładką, jak ta Kai Gerber.
W nowych jeansach, bo te z zeszłego roku mnie cisną w pasie.
Robię zdjęcia ludziom, albo temu co mi o ludziach przypomina.
Bo tylko to ma dla mnie jakąś wartość na zdjęciu.

A potem wracam do domu autobusem.
Pełnym ludzi.
Oni stoją.
Siedzą.
Tłoczą się niemiłosiernie, na każdym przystanku przybywa ich coraz więcej.
I więcej.
Aż myślę, że już więcej się nie zmieści.
A każdy z nich ma swoją historię.
Swoje andrzejkowe wróżby, marzenia.
Ten dzisiaj będzie oglądał nowy film Martina Scorsese.
A tamten będzie usypiał trójkę dzieci.
Ta pani idzie na wino z koleżankami do knajpy, w której podają creme brulee palce lizać.
A tamta musi się dzisiaj spakować, bo jutro rano ma samolot prosto do Tel Avivu.

W domu czekają już na mnie moi ludzie.
Kaja podbiega i krzyczy.

– Mama!!!! A dzisiaj w przedszkolu była u nas Wróżka…Tata jak ona się nazywała ta wróżka?

– Estera.

Odpowiada z tajemniczym uśmiechem Maciek.

– Estera!!! Mama!!! Ona była bardzo podobna do cioci Ani z przedszkola, ale wiesz ciocia Ania nie mogła dzisiaj przyjść. Została w domu. Ale za to była prawdziwa wróżka! Estera!

Ach ci ludzie.
Myślę sobie.
Taka na przykład ciocia Ania z przedszkola.
Wróżka Estera dzisiaj.

– I zobacz co ona mi wylosowała z klucza!

Patrzę i widzę jakiś z wosku glut, gruda jakaś no nie wiem co to.

Ale potem jak Kaja już śpi.
Gaszę światło.
Zapalam latarkę.
I do tego od latarki kółka na ścianie przykładam tę wosku bryłę.
Dla mnie to embrion, dla Maćka smok.
Pytam go co Kaja w tym zobaczyła, bo w natłoku kolacji, kąpieli i czytania książeczek zapomniałam zapytać.

– A wiesz Kaja tu widzi przytulające się niedźwiedzie.

Wrzucam nową świeczkę do rondla.
Wyciągam mosiężny klucz z szafy.
Wlewam przez niego roztopiony wosk do zimnej wody.

Zapalam znowu latarkę.
I przykładam do ściany mój kawałek wosku.

Widzę latający dywan.
A na nim dżina.
Który spełni każde moje marzenie.

Myślę sobie co ja bym tak naprawdę chciała.
O czym tak naprawdę marzę.
I chyba nie są to nowe buty z Zalando pasujące rozmiarem.
Ani nowy krem pod oczy, który wygładzi moją skórę niczym u Kai Gerber.
Ani nawet aparat fotograficzny za dziesięć tysięcy.

Tylko ludzie.
Bo w ludziach jest wszystko to.
Czego mi do szczęścia potrzeba.