slonik
macierzyństwo

9 kilo

Byłam dziś z Kają u lekarza. Na szczepieniu. Na świnkę. Na odrę. I na różyczkę.

I przy okazji zaglądania do ucha. Do buzi. Przy okazji liczenia zębów czterech. I słuchania, jak bije jej maleńkie serce. Odbyło się Kai ważenie. Ważenie w pieluszce. A pózniej od wagi całkowitej. Wagę pieluszki odjęcie. No i wyszło 9 kilo. A dokładnie 9 i sto pięćdziesiąt.

Jak to możliwe, się pytam. Przecież ja dwa lata temu, ledwo kilogramowymi hantlami ćwiczyłam z Chodakowską, marne pół godziny. Dwa lata temu, zgrzewkę wody, ledwo do domu byłam w stanie donieść. Ziemniaki, buraki i jabłka, online zamawiałam, bo mi się ich targać nie chciało.

A tu proszę, 9 kilo i sto pięćdziesiąt gramów, codziennie po parę godzin noszę. Na brzuchu. Na biodrze. Pod pachą. Jedną ręką szybko z podłogi zgarniam, gdy się te 9 kilo w niebezpieczne rejony zapuszcza.

A te noszenie to nic. Bo ja się bujam. Przysiady robie. Odkurzam. W garnku mieszam i tańczę nawet. Te 9 kilo ze sobą nosząc.

To tak, jakbym szafkę nocną, z książkami dwoma w szufladzie, non stop ze sobą wszędzie targała. Tak jakbym wielką siatę kartofli do biodra miała przyczepioną. 9 opakowań mąki szymanowskiej.

Po szczepieniu pani doktor poprosiła, żebym została z dzieckiem pół godziny jeszcze. Na wszelki wypadek, żeby wykluczyć nagłą na szczepienie reakcję uczuleniową.

Więc przez pół godziny, nosiłam po korytarzu te 9 kilo, po szczepieniu popłakujące. Nosiłam w tę i z powrotem. Bo przecież nie postawię raczkującego dziecka na podłodze w przychodni, żeby się całe w zarazkach i bakteriach wytarzało. Do wózka nie włożę, bo jest ryk od razu. Więc noszę. Bujam. Piosenki do uszka śpiewam, i ptaszki na ścianie namalowane pokazuje. I noszę. A od paru dni mnie już bardzo lewy nadgarstek boli. Od podnoszenia i odkładania i wkładania i wyjmowania tych 9 kilo i stu pięćdziesięciu gramów.

A potem, jak te pół godziny mija, to idę obok do kawiarni po kawę na wynos. I tę z syropem karmelowym zamawiam. Patrzę na zegarek na nadgarstku nadwyrężonym. I widzę, że jest 9 rano dopiero. I nagła mnie dopada panika, że co będzie za miesiąc, co za dwa miesiące będzie. Karmelowa latte w gardle mi z przerażenia staje, gdy widzę przez okno kobietę, która dziecko od Kajki większe dwa razy, na rękach niesie.

Jakoś to będzie, pocieszam się. Bo przecież, dwa lata temu, tę jedną wody zgrzewkę, ledwo do domu donieść radę dawałam. I pewne jest, że jak przyjdzie potrzeba. To my te dzieci nasze na koniec świata zanieść radę damy. Bo najsilniejsze na świecie są wszystkie mamy przecież. I tak to już jest, że dzieci nam rosną, a razem z nimi siła nasza.

* zdjęcie słonika z mamą, ze strony: http://www.onegreenplanet.org/animalsandnature/baby-elephant-reminds-us-of-cost-of-ivory/

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply