Search results for

sklep

weleda3
życie

kosmetyki na uspokojenie i sklep na niby

No więc kosmetyki.
Achhh kosmetyki kosmetyki.
Moja miłość wielka.
Mój xanax, melisa i te ziołowe śmierdziele w jednym.

Gdy mam zły humor.
Albo czuję, że zaraz eksploduję bo tak już wszystkiego mam dosyć.
Albo po prostu spojrzę na siebie w lustrze.
Albo w sklepowej witrynie.
I sobie pomyślę o Chryste Panie.
Albo zobaczę na ulicy jakąś piękną dziewczynę.
I sobie pomyślę o Chryste Panie.

To wtedy na ratunek dla mnie pojawiają się kosmetyki.
Najlepiej te nowe w sklepie.
Ale również te w internecie.
Na blogach.
Na wizażu.
Na stronie Sephory.

Tak jak mój mąż się uspokaja oglądając najnowszy katalog węży ogrodowych.
Tak ja znajduję ukojenie nad katalogiem z Rossmanna.
Nawet odkrycie nowej pasty do zębów.
Czy wacików z podwójnej bawełny organicznej.
Sprawia, że poziom napięcia spada.

I tak co jakiś czas ja się w skupieniu relaksuję.
Zgłębiając nowinki kosmetyczne.
I często niestety robiąc zakupy tymi nowinkami inspirowane.

Już jakiś czas temu odkryłam blog srokao.
Który to mocno zmienił moje podejście do pielęgnacji.
Zarówno mojej jak i mojego dziecka.
Dzięki temu blogowi wymieniłam większość kosmetyków na naturalne.
Szczególnie te do ciała i twarzy.
Oraz również te do włosów.
Gorzej z tymi kolorowymi.
Ale tutaj też już mocno patrzę na to co kupuję.

Bo kiedyś to ja widziałam na przykład taką Cindy Crawford na stronie gazety, jak ona reklamuje puder brązujący z drobinkami złota.
I ona tam wygląda przepięknie.
Cerę ma olśniewającą taką pełną blasku.
Złocistą.
I tak wygląda na tej stronie jakby właśnie szła na jakąś wspaniałą imprezę.
Zapewne imprezę na plaży.
Na której będą jej super piękni znajomi.
I na której wszyscy razem będą pili truskawkowe margerity.

I ja ten puder kupuję za dwieście złotych.
Bo ja jestem przekonana, że ja będę wyglądać identycznie jak Cindy.
I że ja tak jak Cindy już w ten właśnie weekend zostanę zaproszona na imprezę na plaży.
Tymczasem wydaję dwieście złotych.
Nakładam puder z nadzieją na metamorfozę.
I nic się nie dzieje.
To znaczy dzieje się to, że w lustrze nadal jestem ja.
A na policzkach mam namazane jakieś brązowe plamy i osypujący mi się na bluzkę złoty brokat.
A w weekend idę na imprezę urodzinową dwuletniego synka znajomej.
I nici z Cindy.
I nici z margerity.

Więc z tą kolorówką trzeba uważać.
Łatwo się nabrać.

Maciek raz na jakiś czas się buntuje z tym moim eko trendem.
I kupuje sobie wielką butle jakiegoś palmolive o zapachu melona z wanilią i liściem mięty, który po paru myciach powoduje niesamowite swędzenie skóry.
I wraca z podkulonym ogonem do zeschłej kostki mydła z otrębami.
Nota bene jest to bardzo fajne mydło.
Aczkolwiek pod koniec można się nim nieco podrapać gdyż otręby wystają jak kolce jeża.

No i ja wczoraj wieczorem się jakoś zdenerwowałam.
Poddenerwowana byłam no i ewidentnie musiałam się uspokoić.
Więc weszłam na bloga sroki.
I odkryłam kosmetyki Weleda.
I również przypomniałam sobie.
Że te kosmetyki są w Hebe.
A potem uświadomiłam sobie, że Hebe jest koło mnie.

Więc dzisiaj rano wpakowałam Kajkę do wózka i pognałam do Hebe.
Gdyż naprawdę potrzebowałam się uspokoić.
W tym Hebe wzięłam do koszyka to po co przyszłam czyli szampon dla dzieci Weleda.
Oraz tak sobie zaczęłam oglądać co też jeszcze tam na półce stoi.
Bo się okazało, że jest promocja 20% na wszystkie kosmetyki tej marki.
Więc wzięłam jeszcze krem pod oczy z wyciągiem z róży.
Bo ja mam bardzo zmęczone te partie ciała pod oczami.
Olejek nawilżający.
Bo ja mam bardzo suchą skórę po zimie.
Mleczko do demakijażu.
Krem do rąk z grejpfrutem.
Krem do twarzy na dzień.
Oraz krem do twarzy na noc.
Oraz krem do twarzy na niepogodę.
I taki na pogodę z filtrem.

Potem wyjęłam jednak ten krem na niepogodę.
I ten do twarzy na noc.
Bo sobie przypomniałam, że na noc to ja już mam trzy kremy.
Podeszłam do kasy i zdębiałam.
Bo się okazało, że to wszystko kosztuje milion złotych.
I nagle się zdenerwowałam jeszcze bardziej.
Zestresowałam się tą sytuacją bardzo.
Bo jakże to tak, tyle płacić za chwilę uspokojenia, która mnie jednak wcale nie uspokaja.

Na szczęście pani kasjerka uratowała moje nadszarpnięte nerwy.
Bo okazało się, że nie działał terminal.
I można było płacić tylko gotówką.
Zrobiłam minę w stylu och co za szkoda.
Wygrzebałam z portfela trzydzieści złotych.
Co wystarczyło na szampon dla Kajki, batonika i butelkę wody.
I wybiegłam ze sklepu obiecując pani fałszywie, że po resztę wrócę dnia następnego.

I tak sobie myślę, żeby otworzyć kosmetyczny sklep na niby.
W którym można by sobie kupować kosmetyków do woli.
A nawet torebek i butów i ciuchów.
I czego tylko chcecie.
Wkładać to do koszyka.
Mierzyć.
Oglądać.
Wąchać.
Wybierać.
A potem płacić na niby przy kasie.
Taką na niby kartą do tego na niby sklepu.
Dostać to wszystko pięknie zapakowane.
I przy samym wyjściu wrzucić do specjalnego kosza.
Do kosza z napisem:
Spokojnie! To wszystko było na niby.

jajko
życie

Sklep na Mokotowskiej

Na Mokotowskiej mieszkałam od zawsze.
Od zawsze to znaczy od urodzenia.
W starej, przedwojennej kamienicy.
Z podwórkiem jak studnia.
Trzepakiem.
I kasztanowcem.
Takim samym od zawsze.

Obok bramy na dole był sklep spożywczy.
Taki mały sklepik co to było w nim wszystko.
Bułki, biały ser, jajka.
Długopisy bic, zeszyty i kredki.
Proszki do prania i papier toaletowy.
Lody były w zamrażarce.
I pepsi-cola w lodówce.

Pamiętam jak mój tata rano przynosił z tego sklepu kajzerki.
I jedna była zawsze dla mnie.
Tak już w przedpokoju do małej rączki przez tatę podana.
Drążyłam w tej bułce paluchem dziurę.
I potem z tej dziury wyciągałam miękkie bułkowe wnętrze.

Pamiętam jak po szkole, z kolegą który mieszkał obok kupowaliśmy w tym sklepie drożdżówki.
Obowiązkowo z makiem i białym lukrem na wierzchu.
Do tego plastikowy kubeczek kefiru z nadrukowaną krówką.
I to było najpyszniejsze na świecie.

Był taki czas gdy w tym sklepie na jednym regale stanęły kasety wideo.
I można było je wypożyczać.
“Alicję w krainie czarów” oglądałam chyba ze dwadzieścia razy.
I jak tylko oddawałam to zaraz leciałam, żeby ją wypożyczyć znowu.

Taki mieli tam biały ser na wagę.
W białym zawinięty papierze.
Który jadłam namiętnie z chlebem razowym i pomidorem czytając książki Musierowicz po kilkanaście razy.
Te strony otłuszczone z od herbaty plamami do dziś wspomnienie tego sera u mnie wywołują.

Jajka były ze wsi.
Bielutkie.
W takich brązowych sprzedawane torebkach.
Na sztuki.
Bardzo trzeba było uważać, żeby się nie potłukły w drodze do domu.
Gdy się po schodach skakało a nie szło.

Sklep prowadziły takie dwie miłe panie.
Bardzo podobne do siebie.
Bo chyba siostrami były.
I ze względu na to, że ten sklep był od zawsze.
I że ja tam od zawsze z mamą do tego sklepu chodziłam.
To one mnie te panie od zawsze znały.

Więc ileż to razy na krechę coś kupowałam.
Albo klucze czy inne skarby im zostawiałam, żeby potem ktoś od nich odebrał bo mnie w domu potem nie będzie.

Dwa razy w roku na szklanych drzwiach sklepu pojawiała się kartka.
Taka zwykła z zeszytu, w kratkę.
A na niej napisane długopisem.
“Jesteśmy na urlopie. Wracamy za tydzień.”

Były w tym sklepie takie chrupki star foods.
Orzechowe, serowe i bekonowe.
Które kupowałam tonami bo w środku były poukrywane banknoty po 5 i 10 tysięcy.
I te panie mi odkładały pod ladę serowe.
Bo to moje ulubione były.

Były jajka niespodzianki.
Wiśniowa kola.
I batoniki ww.

I czuć było jakoś po prostu, że ten sklep jest przez te panie kochany.
Że te wszystkie rzeczy z miłością ustawiane są przez nie na półkach.
Jajka pakowane do toreb z wyjątkową uwagą.
Ser krojony tak, aby zawsze dostał Ci się ten ładniejszy kawałek.

A ja już w tej kamienicy dawno nie mieszkam.
I tego sklepu od dawna już nie ma.

Są za to żabki, biedronki i inne lidle.
Są jajka w pudełkach z fabryki, gdzie co najmniej jedno jest popękane.
Są przeterminowane jogurty.
Poustawiane tak, że te z najdalszą datą stoją na samym końcu półki.
Drożdżówki bez smaku.
Podgniłe warzywa.
I co miesiąc są inni sprzedawcy.

Myślę sobie czasem o tym, co teraz robią te panie.
Te dwie miłe siostry ze sklepu na Mokotowskiej.
Gdzie one teraz bułki i biały ser kupują.
I czy pamiętają, że im jeszcze pare złotych chyba każdy sąsiad wisi.
Bo nigdy żadnych list długów nie prowadziły.

I gdyby do tego doliczyć te wszystkie moje wspomnienia.
To ja dług u nich mam nie do spłacenia.

sklep2
życie

Sklep nad jeziorem

Siedzę pod sklepem nad jeziorem i czekam aż otworzą.

Jest już 9:03, wiec powinni otworzyć trzy minuty temu.
Jest niedziela. Słoneczny, sierpniowy poranek.

Siedzę pod sklepem na murowanym schodku, opieram się o ścianę i czekam.
Na ścianie ogłoszenia „Kupię poroża jeleni” , „Sprzedam głazy” „Dyskoteka dla dzieci od 17:00” .

Kiedyś na tej ścianie był telefon.
Taki z plastikowym daszkiem chroniącym od deszczu, że jakby padać zaczęło, podczas rozmowy ważnej, to można spokojnie kontynuować bez strachu że się zmoknie.
I ja z tej budki ważne rozmowy prowadziłam. Takie wtedy dla mnie najważniejsze.

Piętnaście lat miałam i do męża mojego dzwoniłam szesnastoletniego, że tęsknie i co tam u niego pytałam i wszystkie drobne w ten telefon wrzucałam.

A to było prawie dwadzieścia lat temu.
I budki już od paru lat nie ma tylko taka dziura zabetonowana w ścianie.
I sklep jest inny, budynek ten sam, ale w środku zmieniony zupełnie.
Pomidory suszone i sery brie na półkach leżą.
Z koszykiem się idzie wzdłuż sklepowych regałów, i win jest do wyboru z pięćdziesiąt.

A pamiętam jak dziś, te dwadzieścia lat temu, jak długa lada przez sklep się ciągnęła.
Za ladą dwie panie w fartuchach stały, i cały asortyment za plecami miały.
I pamiętam jak piwo EB tylko Uli sprzedawały, bo myślały ze to siostra nasza starsza, a Ula po prostu taka wysoka zawsze była.

Siedzę pod sklepem i czekam aż otworzą.
I widzę nas kilkunastoletnich jak z tego sklepu z lodami Mini Milk wybiegamy.
Jak z dziewczynami Bravo Girl kupujemy i potem nad jeziorem chichocząc testy robimy i horoskopy czytamy.

Obok mnie kilka osób się zebrało i czeka również.
Nogami przebierają, na zegarek nerwowo patrzą.

Jest coś takiego w ludziach, że jak się ich trochę pod sklepem zbierze to jakaś panika i nerwowa atmosfera się robi , bo a nuż tych bułek świeżych nie wystarczy dla wszystkich, a może bochenków chleba za mało będzie.

A tamtego lata gdy chleba nam za dużo zostawało, to się na palniku od kuchenki kromki piekło, czosnkiem nacierało i oliwą polane zjadało nad blatem jeszcze.

Otworzyli. Wchodzę. Lekko nerwowo się robi na trasie do działu z pieczywem, bo może faktycznie tych bułek za mało. Jeden pan już od progu do ekspedientki woła „Gdzie kawa, gdzie kawa tu jest w tym sklepie!” Dwóch chłopców się zdecydować nie może czy Nutellę czy masło orzechowe kupić. Ten drugi co woli Nutellę tłumaczy „Nikt tego masła poza Tobą nie lubi”.

Biorę te bułki a jest ich oczywiście tyle, że wystarczy spokojnie dla wszystkich. Biorę cztery. Dla mnie półtorej, dla Maćka dwie i pół dla Kajki. Płacę. Wychodzę. Drzwi za sobą zamykam.

Drzwi te same co wtedy, dwadzieścia lat temu, za nami z lodami w rękach codziennie trzaskały.

parasol
życie

Ekstremum niesamowitości i parasol w żywopłocie

Mój mąż uważa, że jestem niesamowita.

Normalnie ciagle mi to powtarza.

 

To się przytrafia w różnych sytuacjach.

Na przykład takich, kiedy idę na szybko do sklepu po cebulę.

Idę po tę cebulę do spaghetti, które to będę zaraz robić na obiad.

A w sklepie przypominam sobie nagle, że przecież się kończy mleko i jajka.

Zauważam naprawdę soczyste jabłka więc, biorę dwa kilo, bo są naprawdę soczyste.

Mamby truskawkowe dla dzieci, obiecałam im rano, że kupię.

I ulubione czerwone wino, bo jest akurat w promocji.

Do spaghetti będzie super pasowało.

Dorzucam dwie chrupiące bułki na kolację.

I jeszcze przy kasie zawracam po kwasek cytrynowy, bo mi się przypomniało, że trzeba odkamienić oczyszczacze i nawilżacze.

 

Wtaczam się do domu z tymi siatami.

A Maciek rozszerza źrenice, zaskoczony moją powracającą ze sklepu osobą.

I mówi.

 

Nie no Mała!

Przecież miałaś kupić jedną cebulę!

Ty jesteś niesamowita.

 

Zabiera ode mnie dwie pełne siatki zakupów.

Niestety nie ma tam cebuli.

Uświadamiam to sobie znienacka, gdy Maciek porusza jej temat.

Chcę zawracać do sklepu od razu.

Ale Maciek stanowczo uznaje, że teraz jego kolej, i że to on pójdzie kupić cebulę.

 

Wraca po dwudziestu minutach z jedną cebulą.

Miodowym piwem Ciechan.

Oraz serkiem do smarowania o smaku łososia.

Bo ty mi nigdy takiego nie kupujesz serka o smaku łososia, a ja go bardzo lubię.

Tłumaczy swój zakup nie patrząc mi w oczy.

A piwa miodowego to już od lat nie piłem.

Akurat na infekcje gardła się nada.

 

Kolejna sytuacja gdy jestem niesamowita, to ta, gdy Maciek szuka na przykład swoich słuchawek.

Otwiera szufladę gdzie do tej pory były jego słuchawki i ich nie widzi.

Nie widzi ich, bo ich już tam nie ma.

 

Staram się osiągnąć perfekcję oraz optymalizację, jeśli chodzi o organizację i umiejscowienie rzeczy w naszym mieszkaniu.

Osiąganie tej perfekcji oraz optymalizacji, wymaga ciągłego przeorganizowywania oraz przekładania rzeczy z miejsca na miejsce.

Tak, aby finalnie znaleźć dla nich miejsce idealne pod względem perfekcji oraz optymalizacji.

Maciek wie o tym moim staraniu, zaznaczył dość stanowczo, żebym nie starała się osiągać perfekcji i optymalizacji w jego szafie.

Po tym, jak mu wszystkie tiszerty poukładałam kolorami, a nie tak jak się okazało, że on układa, czyli przeznaczeniem do noszenia w różnych sytuacjach.

Tymczasem Maciek nie mogąc znaleźć swoich słuchawek w szufladzie, zwraca się do mnie mówiąc.

 

Nie no Mała!

Gdzie znowu przełożyłaś moje słuchawki?

Ty jesteś niesamowita.

 

Tymczasem ostatnio, to już było ekstremum mojej niesamowitości według mojego męża.

Jak jednego dnia poszłam na pocztę i padał deszcz.

Ten deszcz padał dość mocno.

A to była sobota.

Maciek został w domu z dziećmi bawiąc się z nimi w stadninę koni, którą zbudowali z poduszek, kocy i fotela.

A ja poszłam na pocztę, biorąc ze sobą elegancki czarny parasol.

 

Muszę się przyznać, że nie cierpię parasoli.

Taka zawaliręka jest z tego parasola totalna.

Prawie zawsze jest tak, że ten deszcz pada przez chwilę.

Potem padać przestaje.

A ty zostajesz z parasolem w ręku.

 

Trochę można go używać jako podpórki w kolejce po mięso, albo czekając na autobus.

Trochę jakiś połowiczny nordicwalking można uprawiać z takim parasolem.

Ale ja to nie czuję tego tematu parasolowego, więc unikam tego sprzętu jak ognia.

 

Tym razem jednak wzięłam parasol ze sobą, bo lało srogo.

Oczywiście jak przeszłam dziesięć metrów to lać przestało.

Zamknęłam parasol i już miałam go użyć jako kijka do połowicznego nordicwalking.

Gdy nagle mój wzrok zatrzymał się na wysokim żywopłocie obok chodnika, po którym właśnie szłam.

Nie zastanawiając się długo, wcisnęłam parasol do środka żywopłotu.

Obiecując sobie i parasolowi, że zabiorę go z powrotem w drodze powrotnej.

 

Wracając poszłam jednak inną drogą i zupełnie zapomniałam o parasolu w żywopłocie.

W mieszkaniu zastałam armagedon.

Stadnina koni przestała już być stadniną, gdyż wszystkie jej elementy poza fotelem zostały rozrzucone po całym mieszkaniu.

Maciek i dzieci w kocach niczym pelerynach i wełnianych czapkach na głowach dziwacznie się  gibali po salonie, w rytm piosenki kosmiczna żabka.

Taka tam zwykła sobota.

Już miałam zdjąć buty gdy nagle mnie olśniło.

 

Maciek wiesz co, ja jeszcze muszę wyjść na chwilę.

 

Ale jak to?

Zapytał mój mąż z przerażeniem w oczach, spoglądając na Kaję i Jasia którzy właśnie urządzili sobie na kanapie trampolinę.

 

No bo wiesz, zapomniałam wyjąć parasol z żywopłotu.

 

Tym razem mój mąż nic nie powiedział.

Zdjął z głowy wełnianą czapkę, z ramion różowy koc w indiańskie wzory.

I tylko jego spojrzenie, którym obrzucił cała moja osobę, bez dwóch zdań go zdradziło.

Że oto właśnie w jego mniemaniu, osiągnęłam ekstremum swojej niesamowitości.