All Posts By

Iwa

dwojedzieci
macierzyństwo

Dwoje dzieci

Z dwójką dzieci to jest jak z tą kozą.
Na pewno znacie ten stary, żydowski dowcip:

„Mosze skarżył się rabinowi na warunki panujące w jego domu:
– Rebe, jaki u mnie hałas, ciasnota, żona krzyczy, dzieci płaczą, co mam robić?
Rabin poradził mu:
– Mosze, ty kup sobie kozę.
Mosze posłuchał rady i zrobił to, co radził mu rabin.
Po kilku dniach jednak Mosze znów przyszedł do rabina na skargę:
– Rebe, coś ty mi doradził? Teraz jest jeszcze gorzej, niż było, jest jeszcze większa ciasnota i hałas, żona krzyczy, dzieci płaczą, koza beczy.
Na to rabin odparł:
– Mosze, ty teraz sprzedaj tę kozę.
Żyd znów posłuchał rady i po kilku dniach powrócił do rabina, mówiąc:
– Dzięki ci, rebe, za radę, sprzedałem kozę. Jaki ja mam teraz spokój! ”

Bo gdy masz dwoje dzieci to nagle opieka nad jednym z nich wydaje się banalna.
Myślisz sobie no nie no przecież było tak pięknie.
Do toalety można było pójść.
Obiad zjeść.
Myć zęby dłużej niż 10 sekund.
Nogi ogolić.

A teraz jak jedno śpi to drugie nie śpi.
Jak jedno płacze to drugie też płacze.
Jedno jest głodne a drugie w tym czasie chce skakać ze stołu.
Jedno chce kupę a drugie właśnie zwymiotowało na Ciebie pół litra mleka.

No takie są różne sytuacje, że sobie człowiek myśli, że o co to chodziło z tym brakiem czasu przy jednym dziecku.

Ja naprawdę szczerze podziwiam rodziców wielodzietnych.
Znam takich co to mają dzieci czwórkę, a nawet piątkę.
No to już jest wyzwanie rangi tresera dzikich zwierząt w stylu kobra lub w stylu hiena w ich środowisku naturalnym w stylu tajga lub w stylu tundra.

Dodatkowo pierwsze dziecko nagle po urodzeniu tego drugiego rośnie i tyje w niesamowitym tempie jednego dnia.
I zmienia się z naszego słodkiego bobasa w gigantyczną jakąś osobę.

Zmiana pieluchy temu starszemu, wydaje się być teraz przeżyciem, porównywalnym z pracą przy renowacji kolumny Zygmunta.
A to wszystko dlatego, że nowy członek rodziny jest mikro mini mały.

Przy dwójce dzieci jest stanowczo o wiele trudniej.

Nagle wielkim problemem okazuje się brak możliwości rozerwania swojej osoby na pół.
Tak żeby jedna nasza połowa była stale przy jednym dziecku.
A druga przy drugim.
Wiążą się z tym nieustające wyrzuty sumienia.
Latanie jak kot z chorym pęcherzem od jednego do drugiego.
I przypominanie sobie o godzinie 20:30, że się od rana nie było w toalecie.

Przy dwójce dzieci jest też stanowczo o wiele łatwiej.

Tego szoku, który się pojawia przy pierwszym dziecku po prostu już nie ma.
No bo i tak już nie chodzimy na imprezy.
W kinie byliśmy ostatnio jak siostry Wachowskie były jeszcze braćmi.
Już dawno nauczyliśmy się jeść posiłki na zmianę.
A gazety i książki piętrzą się nieprzeczytane i pokryte smogiem z zeszłej zimy.
Więc co to za różnica, że w domu jest jeszcze jedna osoba do nakarmienia i wykąpania.

No więc różnica jest taka, że jest jeszcze fajniej.
Bo przybyła nam kolejna osoba do kochania.

spieszmy
życie

Śpieszmy się jeść naleśniki.

Muszę Wam powiedzieć, że ostatnio mam jakoś problem z pisaniem pozytywnych postów.
Co jakiegoś napiszę to zaraz kasuję.
Bo same smęty.
Jakieś narzekania.
Strachy na lachy.
I inne przedporodowo-końcowo ciążowe teksty.
W stylu:
Mam wszystkiego dosyć.
Jestem wielką foką.
Wszystko mnie boli.
Dajcie mi wszyscy święty spokój.
Boję się porodu.
Boję się, że oszaleję z dwójką małych dzieci.
Wkurza mnie, że nie znam dnia ani godziny porodu.
Nie mamy wystarczającej ilości jedzenia w lodówce na czas po porodzie.
Jak ja dam sobie radę jak mnie po porodzie położą w szpitalu na korytarzu.
I tego typu tematy.
Zawładnęły moim pisaniem.
Co się kończy finalnie kasowaniem tego.
Bo ja nie chcę żebyście pomyśleli, że ja taka jestem marudna.

Tak więc dzisiaj zamiast narzekać to ja właśnie na przekór napiszę coś pozytywnego.
I mimo tego, że z mądrością życiową mam tyle wspólnego co jarmuż z nutellą.
Na co wskazuje chociażby fakt taki, że gdy tylko mam wybór między tymi dwoma to bez wahania wybieram nutellę.
I tak wiem, że amerykańscy naukowcy odkryli, że nutella jest oszałamiająco szkodliwa.
To jednak się trochę pomądrzę.

A mianowicie.
Cieszcie się życiem.
Polubcie to co macie.
Rozejrzyjcie się wokół siebie.
I zobaczcie co Was otacza.
Jacy ludzie.
Jakie emocje.
Relacje.
Rzeczy.

Jeżeli jest bardzo źle.
No to sorry.
Współczuję.
Nie ma rady.

Ale pewnie tak źle nie jest.
A prawda jest taka.
Że zakładam.
I mam szczerą nadzieję.
Że każdy z Was ma co jeść.
Ma gdzie mieszkać.
I nie jest kompletnie sam.

Nic nie jest nam dane raz na zawsze.
Każdy dzień kiedyś się skończy.
Każdy rozdział zamknie.
Kiedyś.
Musimy o tym pamiętać.
Na przykład robiąc naleśniki.
Że kiedyś w końcu je zjemy.
I czy to będzie naleśnik pszenny z nutellą.
Czy też orkiszowy z jarmużem, to tak naprawdę jutro będzie już poza nami.
Mam przynajmniej taką nadzieję.
Chyba że macie problemy gastryczne.
Wtedy może chwilę dłużej.

Jest taki wiersz Twardowskiego.
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…
Na pewno go znacie.

Ostatnio odszedł ktoś, kto odejść jeszcze nie powinien.
Zresztą kto powinien.
Ciężko tu spekulować.

I w takich sytuacjach.
Nagle sobie przypominamy.
Że o rany ale ja byłam głupia.
Że tak na niewygody ciążowe narzekam.
Ale ze mnie idiotka, że się na męża wściekam.
Bo byle jak pranie wiesza i rękawów nie odwija.
Że chyba mi odbiło.
Że na dziecko fukam.
Bo akurat zawsze w środku śniadania.
Gdy herbata paruje.
I jajecznica gorąca.
To ona chce na nocnik siadać.
A tu komuś się życie zawala.
Ktoś kogoś najważniejszego na świecie na zawsze traci.

Więc z tymi ludźmi.
Najważniejsze, że są.
Trzeba to codziennie doceniać.
Pamiętać.

I nie tylko ludzie.
Ale te naleśniki na przykład.
Śpieszmy się je smażyć.
Śpieszmy się piec ciasta.
Śpieszmy się biegać na bosaka po trawie za naszymi dziećmi.
Puszczajmy bańki.
Znajdźmy po pracy chwilę na spacer.
Zróbmy popcorn i obejrzyjmy razem komedię.
Pływajmy w jeziorze na golasa.
Wydajmy ostatnie pieniądze na bilet nad morze.
Kupmy sobie wymarzoną torebkę.
Usmażmy mężowi kaszankę po pracy.
Śpieszmy się puszczać latawce.
Skakać w kałużach.
Układać puzzle.
Upieczmy kurczaka w miodzie.
I zjedzmy go całego z frytkami.
Zamówmy pizzę peperoni.
Z podwójnym serem.
Idźmy do włoskiej knajpy na tiramisu.
Śpieszmy się włożyć nową sukienkę.
Użyć różowej szminki.
Rozpuścić włosy.
Zmoknąć na deszczu.
Pośpieszmy się z tym, co wiecznie odkładamy.
O czym marzymy.
Na co czekamy.
Nie głódźmy się.
Nie katujmy.
Nie wymagajmy od siebie zbyt wiele.
Nie wieszajmy codziennie prania.
Nie stawiajmy nieosiągalnych celów.
Nie bójmy się pobrudzić sukienki.
Mieć kurzu za kanapą.
Ani lepiącego się stołu.
Pijmy wino.
Grajmy w pokera.
Śpieszmy się jeść naleśniki.

filmksiazkaciasto
pomysły na weekend

Film, książka i ciasto, którego nie zrobiłam

FILM

W weekend udało nam się z Maćkiem obejrzeć film.
Ostatnio z tym ciężko, bo Kaja później zasypia.
I te wszystkie prania, zmywania, sprzątania, na następny dzień gotowania obiadów i inne tego typu przyjemności.
Zajmują nam już całą resztkę wieczoru.

W sobotę jednak udało nam się wreszcie na chwilę siąść na kanapie.
I obejrzeliśmy film pod tytułem:

„Jutro będziemy szczęśliwi”

To jest taki film w sumie niewiadomo jaki.
Niby komedia ale jednak dramat.
Śmichy chichy a na końcu ryk.
Niby fajny, ale też czasem nie do końca.
Jednakże na mój stan obecny.
Przedporodowy.
I na ogólnie jakiś taki wczesno jesienny, zamulony czas.
To ten film jest spoko.
Gra w nim Omar Sy.
Taki bardzo czarny murzyn.
Możecie go znać z cudownych „Nietykalnych”.
Który to jak się uśmiechnie to jego zęby i różowy język zajmują pół ekranu.
I nie da się po prostu z nim nie uśmiechnąć razem.
Jest o byciu rodzicem.
O cieszeniu się chwilą.
Jest o tym.
Że warto spędzić każdy dzień tak.
Jakby jutra miało nie być.
I to jest chyba w tym filmie najważniejsze.
Żeby nie czekać.
Tylko zrobić wszystko na co mamy ochotę już teraz.
Chcesz dzisiaj zjeść lody zamiast obiadu?
Nie ma sprawy.
Chcesz iść do wesołego miasteczka zamiast do szkoły?
Czemu nie.
Chcesz zamiast schodów mieć w domu zjeżdżalnię?
Już się robi.
I wiecie co?
Mi się to podoba.
Bo życie jest takie niestety.
Że czasem płata nam figle.
I jutra może już nie być…
A mój mąż słuchajcie pod koniec się wzruszył.
A to jest sytuacja jedna na milion!
Z takiego powodu jego wzruszenie.
Bo ostatnio to on się wzruszył.
Jak była promocja w obi.
Na jego wymarzoną wiertarkę.

KSIĄŻKA

Druga rzecz, którą chce Wam polecić.
To książka takiej jednej blogerki.
Którą czytam regularnie od ponad dwóch lat.
Ta dziewczyna nazywa się Agnieszka.
A jej blog to mrspolka-dot.com
Lubię do niej zaglądać z kilku powodów.
Po pierwsze świetnie pisze.
No ma dziewczyna talent.
Pisze z pazurem.
Szczerze.
Ale też czasem pięknie.
Nie owija w bawełnę, że życie to tylko wata cukrowa i bita śmietana.
Aczkolwiek przepisy na słodkości u niej znajdziecie i to z takimi zdjęciami, że szczęka opada, ślina cieknie, i cukier sam wyskakuje z szuflady żeby coś takiego samego zaraz zrobić.
Agnieszka jest mamą.
Która kocha swoje dzieci i chce dla nich jak najlepiej.
Aczkolwiek nie boi się napisać, że jej córki to czasem małe potwory.
I że czasem wychodzi z domu trzaskając drzwiami i ma ochotę już nigdy nie wrócić.
Poza fajnymi tekstami i super przepisami.
Na jej blogu znajdziemy dużo inspiracji wnętrzarskich.
Ponieważ Agnieszka ma mega talent do wyszukiwania fajnych rzeczy.
Tu muszę się przyznać, że niejedną wydałam przez nią złotówkę.
Na kubek z gwiazdką.
Na kolorowe puszki z herbatą.
Na pojemnik do przechowywania pieczywa.
I tak dalej i tak dalej lepiej nie będę pisać na co więcej.
Bo zdarzy się czasem, że mój mąż tu na bloga wpadnie.
I znowu się zacznie, że po co nam piętnasta herbata zielona w turkusowej puszce.
Skoro mamy już taką w żółtej i miętowej i w ogóle nie pijemy bo wolimy czarną.
A turkusowy i miętowy kolor to przecież to samo.
Także tak.
Agnieszka napisała niedawno książkę.
Pod tytułem „Suma drobnych radości”.
I to jest książka trochę o tym czym jest tak naprawdę szczęście.
Trochę o tym, że życie jest fajne jeżeli przestaniemy oczekiwać od niego i od siebie zbyt wiele.
A trochę o tym, że nie każdy i nie wszystko musi być super i to jest jak najbardziej ok.
Mi się bardzo podoba.
Parę razy się wzruszyłam.
Na końcu jest kilka przepisów.
W tym przepis na Szakszukę, którego to dania wcześniej nie znałam.
A gdy je w pewien deszczowy wieczór wykonałam na kolację.
To mój mąż się we mnie zakochał na nowo.
Serio.

CIASTO

Trzecia rzecz do polecenia to kruche ciasto ze śliwkami.
Ciasto którego nie zrobiłam.
Bo od ponad miesiąca nie mamy piekarnika…
Nie chcę o tym mówić.
To temat drażliwy.
Może napiszę o tym osobnego posta.
Ale wciąż czekam na finał tej historii.
Która gdyby nie to, że jestem w ciąży i nie mogę pić alkoholu.
Na pewno skończyłaby się jakimś mocnym drinem.
W każdym razie piekarnika nie ma.
Więc ciasta też nie ma.
A przepis jest.
I czeka.
Robiłam to ciasto w zeszłym roku.
I jeszcze rok wcześniej.
I jest REWELACYJNE.
To jest takie ciasto.
Że jak je zrobiłam po raz pierwszy.
To zjedliśmy z Maćkiem sami trzy czwarte blachy na raz.
I zjedlibyśmy i więcej ale już nie mieliśmy miejsca w brzuchach bo to było po obiedzie.
No mówię Wam ciasto mistrz!
Przepis z książki Elizy Mórawskiej WHITE PLATE „słodkie”:

Kruchy placek ze śliwkami – przepis na małą blaszkę

Ciasto kruche:
125 g mąki
125 g schłodzonego masła, pokrojonego w kostkę
75 g drobnego cukru do pieczenia
1 żółtko

Na wierzch:
500 g śliwek – przepołowionych
1 łyżka cukru do posypania

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st.C.
Składniki na ciasto wymieszać.
Ciastem wylepić foremkę.
Na wierzchu ułożyć śliwki, nacięciami do góry.
Posypać cukrem.
Piec 45-50 minut.

Mówię Wam – jest przepyszne!

pexels-photo-326055
wierszyki

Byliśmy tu już kiedyś

Byliśmy tu już kiedyś.
Byliśmy wiele razy.

Na początku jakiejś drogi.
W połowie.
I na końcu.
Byliśmy wiele razy.

Czasem bardzo pijani.
Czasem bardzo trzeźwi.

Zakochani.
Porzuceni.
Zdradzeni.
I odurzeni latem.

Obolali.
Szczęśliwi.
Bardzo przestraszeni.

Drżący.
Śpiący.
Totalnie rozbudzeni.

W panice.
W niemożności podjęcia decyzji.
W samym centrum nic nie rozumienia.

Oczekujący.
Syci.
I pewni swego.

Byliśmy tu już kiedyś.