ognisko
życie

Blizna

Mam na kciuku bliznę.
Bo kiedyś przy ognisku.
Zabrakło patyków do pieczenia kiełbasy.
Wzięłam scyzoryk i zaczęłam strugać sobie nowy.
Odpowiednio długi, żeby ogień był daleko od dłoni.
Kij trzymających.
Odpowiednio ostry.
By kiełbasa się dobrze nabiła.
Najlepiej taki z odnogą.
Co by go oprzeć na czymś, gdy już się dłużej nie chce go trzymać.
Można w tym czasie wziąć łyk piwa.
Albo przegryźć chleb z musztardą, w oczekiwaniu.
Fajnie też pogadać przez chwilę z przyjacielem, który stoi obok i swoją kiełbasę już je.
Kij musi być dobrze naostrzony.
Na odpowiednio dobranej długości.
Żeby kiełbasa nie spadła w kulminacyjnym momencie skwierczenia.
Żeby dała się nam podpiec, ze wszystkich stron równomiernie.
Upieczona na brązowo.
Albo na czarno osmolona.
Tak jak lubimy.
Kij musi nam dawać możliwość wyboru.
Spełniać wszystkie wymogi.
Musi mieć możliwość żarzenia.
Tak aby gdy zajmie się ogniem.
Machać nim w ciemności i rysować różne wzory.
Na przykład serce.
Czy imię kogoś, kogo kochamy otwarcie lub skrycie.
Podeszłam do tematu poważnie.
Wzięłam scyzoryk i zaczęłam strugać.
I tak jakoś się stało, że mi się omsknął ten scyzoryk prosto na kciuk.
Nie jestem mistrzynią strugania.
Niestety.
Więc krew się polała.
A blizna została.

Innym razem pomyślałam, że jestem taka młoda.
Taka zgrabna i fajna.
Że dlaczego by nie zrobić sobie kolczyka w pępku.
No i zrobiłam.
To były te czasy gdy obcinałam t-shirty tak, żeby były jak najkrótsze.
Najlepiej tuż pod biustonoszem.
Zaraz potem pojechałam z najlepszą przyjaciółką na obóz taneczny.
Tańczyłyśmy od rana do nocy.
Jadłyśmy naleśniki po grecku z fetą i pomidorami.
Wydawałyśmy kieszonkowe na solarium.
Bo pogoda była taka sobie.
Podkochiwałyśmy się w tancerzach.
Śmiałyśmy w piżamach do łez.
Ułożyłyśmy świetny układ taneczny, którym wygrałyśmy turniej.
Malowałyśmy paznokcie różowym brokatem.
I popijałyśmy śniadanie malinowym redsem.
To były piękne czasy.
Pełne muzyki.
Marzeń.
I Bajlejsa z mlekiem.
Było też jezioro.
Ja jak zwykle skakałam z pomostu.
Kolczyk się zerwał przy jednym ze skoków.
I zgubił bezpowrotnie w otchłani wodorostów.
Nie moja bajka te kolczyki w ciele.
Totalnie się jakoś nie lubią z opcją skakania.
No i została blizna nad pępkiem w kształcie kółeczka.

Byłam raz z rodzicami w Tunezji.
Byłam beztroska.
Opalona.
Trzynastoletnia.
Gdzieś tam po wakacjach, w szkolnej ławce czekał na mnie mój mąż teraźniejszy.
W głowie jeszcze wszystko możliwe.
W ciele energia tajfunu.
W oczach blask przyszłości, jaką tylko sobie wymarzę.
W żołądku trzy porcje lodów.
Oparłam się o krawędź basenu.
Kafelek nie do końca oszlifowany wbił mi się w przedramię.
Została blizna.
Długa na półtora centymetra.

Wiele lat później.
Na sali porodowej.
W oczekiwaniu na najlepsze.
Na najgorsze.
Na nie wiadomo co.
Na marzenie.
Na życie.
Na wszystko co ważne.
Na zmianę wszystkiego co znane.
Na Kaję.
Po kilkunastu godzinach walki z naturą, z bólem i z własnym ciałem.
Z ręką mojego męża w swojej.
Ze łzami szczęścia i strachu w oczach.
Z nadzieją i miłością w sercu.
Skalpel lekarski pomógł mojej córeczce wyjść na świat.
Położna nacięła mi krocze.
A blizna została.

Kocham dzisiaj moje blizny.
I myślę sobie.
Jak dobrze, że są.
Bo aparat był schowany na inne, potencjalnie lepsze okazje.
Bo czasu na pisanie pamiętnika, w tamtych momentach nie było.

A tu wystarczy zerknąć na kciuk.
I znów nad ogniskiem siedzę.
Otoczona przyjaciółmi.
Ogniska łuną.
Z kiełbasą idealnie przypieczoną.
Na brązowo z jednej strony.
A z drugiej na czarno osmoloną.
Tak jak lubię.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply