Browsing Category

coś pysznego

cosiezmienilo
coś pysznego, życie

Co się zmieniło co się nie zmieniło – czyli przepis na najlepsze ciasto marchewkowe

Wczoraj mieliśmy gości i ja nagle zauważyłam, że na nogawce od jeansów mam kawałek kupy.
Jak to się stało nie wiem.
Ale tak ostatnio wygląda moja rzeczywistość.
Pół dnia spędzam w toalecie z dziećmi.
No i z ich kupami.
I jakimś cudem ta kupa się przypałętała.
Mówię do koleżanki.
O patrz kupę mam na nogawce.
I to jest tak jakbym powiedziała kiedyś.
O patrz dziurę sobie wyjarałam szlugiem w jeansach.
Taka zmiana we mnie nastąpiła.

No wiele się u mnie zmieniło na przykład też trochę poczucie humoru mi się zmieniło.
Bo na przykład byliśmy z Jasiem u lekarza.
Ja mówię przyszliśmy w sprawie penisa.
A ten lekarz w śmiech i mówi to pani syn ma penisa? Myślałem, że siusiaka.
No i on się śmieje.
Maciek się śmieje.
A ja się nie śmieję bo jak dla mnie to nic tutaj śmiesznego nie ma.
Ot penis.

Córka moja ostatnio się budzi w nocy z płaczem.
Ma takie ataki histerii, że nie może się uspokoić.
Aż ostatnio sąsiadka o pierwszej w nocy zaczęła walić w ścianę.
Następnego dnia spotykamy się na klatce.
Dzień dobry – dzień dobry.
Ona łypie na nas złowrogo.
A ja sobie myślę a co mnie to.
A co mnie to myślę sobie.
I to też się zmieniło we mnie.

Zmienił mi się kształt brzucha.

Obuwie zmieniłam na takie które można założyć i zdjąć bez używania rąk.

Myśli mi się zmieniły w głowie na takie jak:

– Ile zostało pieluch.
– Czy zdążę podbiec do tego stołka.
– Czy ten nóż nie leży za blisko.
– Gdzie jest zapasowy smoczek.
– Muszę umówić szczepienie.
– Kredki trzeba natemperować.
– Zjadłabym czekolady.
– O której następne karmienie.
– Czy te buty już nie za małe.

Kilka rzeczy się jednak nie zmieniło.
Na przykład to, że piekę najlepsze ciasto marchewkowe.
O z tego przepisu: CIASTO MARCHEWKOWE

plackiwiersz
coś pysznego, wierszyki

wiersz i placki bananowe

Nie wiem jak Wy,
ale ja bardzo lubię wiersze.
A wiersze księdza Jana Twardowskiego, to już w ogóle lubię bardziej niż inne.
To jeden z moich ulubionych:

„Rachunek dla dorosłego”

Jak daleko odszedłeś

od prostego kubka z jednym uchem

od starego stołu ze zwykłą ceratą

od wzruszenia nie na niby

od sensu

od podziwu nad światem

od tego co nagie a nie rozebrane

od tego co wielkie nie tylko z daleka ale i z bliska

od tajemnicy nie wykładanej na talerz

od matki która patrzała w oczy żebys nie kłamał

od pacierza

od Polski z raną

ty stary koniu.

Poza tym, że lubię wiersze księdza Jana Twardowskiego.
To bardzo lubię placki.
A placki bananowo-owsiane w szczególności.
Te placki są fajne, bo są zdrowe i słodkie.
Pomimo tego, że cukru do nich się nie dodaje.

Placuszki bananowo-owsiane

2 jajka

dojrzały banan

3 łyżki płatków owsianych

to wszystko miksujemy na gładką masę i smażymy małe placuszki.
Moja Kajcia uwielbia.
Mąż również.
Szczególnie polane miodem albo syropem klonowym.

deszcz
coś pysznego

Deszcz i racuchy

Od rana pada deszcz.
Kajka wkleja nos w szybę.
Próbuje zlizywać spływające krople.

Śnieg się rozpuścił już kompletnie.
Niebo jest popielate.
Herbata juz dawno ostygła.
Zapomniałam o niej jak zwykle.
Trudno, wypiję zimną.

Do tego herbatniki orkiszowe w kształcie zwierzątek jemy z Kajką na spółkę.
Ty masz misia. Ja biorę słonia.

Oglądamy na kanapie książeczki.
Kajka targa koc żebyśmy się pod nim schowały.
Najlepiej całe z głowami.
Pod kocem pisk radości.
I jeszcze po ciasteczku.

Lampy od rana zapalone.
Jakoś tak jest smętnie na dworze.
Ze spaceru nici.
Na naszej wierzbie wiszą srebrzyste kropelki.
Jak kolczyki.
Czasem jakiś ptak przeleci za oknem stapiając się z niebem w szarościach.

A może zrobimy szarlotkę.
Wczoraj jabłka kupiłam.
A może racuchy z jabłkami.

Coś zrobić z tym deszczem trzeba.
Coś trzeba z tym deszczem zrobić.

Racuchy z jabłkami*:

4 – 5 jabłek, mogą być kwaśne
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
CIASTO
140 g mąki pszennej
4 łyżki stołowe mąki ziemniaczanej
2 łyżki cukru
mała szczypta soli
2 duże jajka (oddzielnie żółtka i białka)
300 ml płynnej maślanki, kefiru lub jogurtu naturalnego, śmietany
1 łyżka cukru wanilinowego

Jabłka obrać, pokroić na ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne, każdą ćwiartkę pokroić na 2 lub 3 podłużne części (w zależności od tego jak duże są jabłka i jaką wielkość mają mieć placki). Włożyć do miski, posypać cynamonem i wymieszać, odstawić.
Mąkę pszenną i ziemniaczaną przesiać do drugiej miski, dodać cukier, sól i wymieszać.
Dodać żółtka, maślankę i cukier wanilinowy, zmiksować na gładkie ciasto (nie może być zbyt gęste, dlatego możemy dodać mleko – ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany).
Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wmieszać ją w ciasto za pomocą łyżki.
Rozgrzać większą patelnię z nieprzywierającą powłoką, dodać tłuszcz.
Maczać jabłka w cieście i kłaść na patelni.
Smażyć po około 1 minucie z każdej strony na złoty kolor.
Posypać cukrem pudrem.

*przepis na racuchy z kwestiasmaku.pl

walek
coś pysznego, macierzyństwo

Terapia wałkiem

Przez te 14 miesięcy, wiele, oj jak wiele razy, miałam chwile zwątpienia. 
Chwile wycia, ścian gryzienia, i momentów totalnego oklapywania na łóżko z rozpaczy.
Czasem było tak źle, że od wyjścia z domu, i nigdy już nie wrócenia, dzieliła mnie sekunda, milimetr, jeden kroczek mały. 

W takich sytuacjach, taki oto schemat, działał u mnie zawsze:

Po pierwsze, ogarniałam się wizualnie. 

Ryczące, nie chcące zasnąć, stękające, czy z innego powodu jakiegoś, na maxa mnie w tym momencie irytujące, dziecko, wkładałam do kojca. Szłam do łazienki. Zapuchniętą od płaczu twarz, pod zimną wodę wkładałam. I malowałam się. Róż na policzki kładłam. Tusz na rzęsy. Włosy rozczesywałam. Jakąś ładniejszą bluzkę zakładałam, a czasem gdy bardzo źle było, w ogóle głowę myłam. Na wycie dziecka, w tym momencie, starałam się uwagi nie zwracać. 

Taka wyszykowana, od razu lepiej się czułam, i płakać już dalej nie mogłam, bo bym przecież ten makijaż, co zrobiłam przed chwilą, rozmazała sobie. 

Po drugie, gdy już wyglądem przypominałam człowieka, dziecko pakowałam do wózka. Czy deszcz, czy śnieg, czy lato, czy zima – trudno! Z domu trzeba w tej sytuacji wyjść koniecznie. 

Rożne były u mnie etapy. Czasem się udawało do sklepu wejść, czasem nie, ale w tej wersji przyjmijmy, że sklep jest jednak jakąś opcją dla nas. A mam tu na myśli sklep spożywczy jakiś.

Dziecku w tym sklepie można kupić bułkę, albo wafle ryżowe, by paszczę zamknęło choć na chwilę krótką. A gdy jest za małe na pokarmy stałe, to trudno, niech płacze. Albo robimy zakupy w wersji w biegu, gdy nie przystajemy wcale. Kartę kredytowa już przed sklepem wyjętą, w wyciągniętej dłoni trzymamy, i wokół kasy krążymy wózkiem bujając, podczas gdy pani ekspedientka nam zakupy do siatki pakuje.

W sklepie kupujemy. Mąkę. Jajka. Cukier. Tak cukier. Masło. Czekoladę gorzką. I torebkę cukru wanilinowego.

Z tym wszystkim wracamy do domu. Wyciągamy z wózka dziecko, które po spacerze jest albo śpiące, albo wręcz przeciwnie, wyspane. I tutaj mamy różne opcje. Albo do łóżeczka je, albo do kojca. Jak nie śpi i płacze, bo zęby idą albo inne dziady, to bierzemy nosidło jakie kto ma, i dziecko na siebie wkładamy.

Z zakupami i dzieckiem, lub z zakupami bez dziecka, jeżeli tak się akurat cudownie złożyło, że postanowiło zasnąć w łóżeczku swoim, w co watpię. Idziemy do kuchni. I tam się zaczyna dziać magia. Terapia dla sfrustrowanych i zmęczonych matek najlepsza. Pieczenie ciasta, czekoladowego się rozpoczyna.

Rozpuszczamy w garnuszku czekoladę. Dodajemy cukier i masło. Mąkę z jajkami mieszamy. I to wszystko łączymy. Wstawiamy do piekarnika na 190 stopni. 30 minut czekamy. Z dzieckiem się chwilę bawimy. Włączamy muzykę jakąś, i tańczymy sobie.

I gdy tajmer pikając, gotowe ciasto nam anonsuje. To nagle się okazuje, że od załamania naszego, minęły już trzy godziny. Że zaraz właśnie, nasz mąż z pracy wraca. Że w mieszkaniu pachnie czekoladą obłędnie, a dziecko jakoś w tym czasie, o wiele mniej denerwujące się stało. I że tak naprawdę ten dzień, to całkiem fajny był.

A jeśli taka sytuacja, z gorszym nastrojem się częściej powtarza. Wtedy proponuję, zamienić te ciasto, na różne inne potrawy. Naleśniki, kopytka, ciasteczka owsiane, a i dla tych co na diecie, też masa przepisów się znajdzie.

Bo w kuchni jest magia wielka. Łyżką mieszanie, demony przegania. A wałek to najlepszy jest terapeuta. Wiedzą to nasze matki, i nasze babki wiedzą. Bo od prababek i praprababek, się dowiedziały o tym. Że nic na chandrę tak nie pomaga, jak fartuch mąką ufajdany. I racuchów smażonych z jabłkami zapach.

Przepis na brownie:

Perfect! Brownie!