Browsing Category

coś pysznego

deszcz
coś pysznego

Deszcz i racuchy

Od rana pada deszcz.
Kajka wkleja nos w szybę.
Próbuje zlizywać spływające krople.

Śnieg się rozpuścił już kompletnie.
Niebo jest popielate.
Herbata juz dawno ostygła.
Zapomniałam o niej jak zwykle.
Trudno, wypiję zimną.

Do tego herbatniki orkiszowe w kształcie zwierzątek jemy z Kajką na spółkę.
Ty masz misia. Ja biorę słonia.

Oglądamy na kanapie książeczki.
Kajka targa koc żebyśmy się pod nim schowały.
Najlepiej całe z głowami.
Pod kocem pisk radości.
I jeszcze po ciasteczku.

Lampy od rana zapalone.
Jakoś tak jest smętnie na dworze.
Ze spaceru nici.
Na naszej wierzbie wiszą srebrzyste kropelki.
Jak kolczyki.
Czasem jakiś ptak przeleci za oknem stapiając się z niebem w szarościach.

A może zrobimy szarlotkę.
Wczoraj jabłka kupiłam.
A może racuchy z jabłkami.

Coś zrobić z tym deszczem trzeba.
Coś trzeba z tym deszczem zrobić.

Racuchy z jabłkami*:

4 – 5 jabłek, mogą być kwaśne
1/2 łyżeczki mielonego cynamonu
CIASTO
140 g mąki pszennej
4 łyżki stołowe mąki ziemniaczanej
2 łyżki cukru
mała szczypta soli
2 duże jajka (oddzielnie żółtka i białka)
300 ml płynnej maślanki, kefiru lub jogurtu naturalnego, śmietany
1 łyżka cukru wanilinowego

Jabłka obrać, pokroić na ćwiartki, wyciąć gniazda nasienne, każdą ćwiartkę pokroić na 2 lub 3 podłużne części (w zależności od tego jak duże są jabłka i jaką wielkość mają mieć placki). Włożyć do miski, posypać cynamonem i wymieszać, odstawić.
Mąkę pszenną i ziemniaczaną przesiać do drugiej miski, dodać cukier, sól i wymieszać.
Dodać żółtka, maślankę i cukier wanilinowy, zmiksować na gładkie ciasto (nie może być zbyt gęste, dlatego możemy dodać mleko – ciasto powinno mieć konsystencję gęstej śmietany).
Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wmieszać ją w ciasto za pomocą łyżki.
Rozgrzać większą patelnię z nieprzywierającą powłoką, dodać tłuszcz.
Maczać jabłka w cieście i kłaść na patelni.
Smażyć po około 1 minucie z każdej strony na złoty kolor.
Posypać cukrem pudrem.

*przepis na racuchy z kwestiasmaku.pl

walek
coś pysznego, macierzyństwo

Terapia wałkiem

Przez te 14 miesięcy, wiele, oj jak wiele razy, miałam chwile zwątpienia. 
Chwile wycia, ścian gryzienia, i momentów totalnego oklapywania na łóżko z rozpaczy.
Czasem było tak źle, że od wyjścia z domu, i nigdy już nie wrócenia, dzieliła mnie sekunda, milimetr, jeden kroczek mały. 

W takich sytuacjach, taki oto schemat, działał u mnie zawsze:

Po pierwsze, ogarniałam się wizualnie. 

Ryczące, nie chcące zasnąć, stękające, czy z innego powodu jakiegoś, na maxa mnie w tym momencie irytujące, dziecko, wkładałam do kojca. Szłam do łazienki. Zapuchniętą od płaczu twarz, pod zimną wodę wkładałam. I malowałam się. Róż na policzki kładłam. Tusz na rzęsy. Włosy rozczesywałam. Jakąś ładniejszą bluzkę zakładałam, a czasem gdy bardzo źle było, w ogóle głowę myłam. Na wycie dziecka, w tym momencie, starałam się uwagi nie zwracać. 

Taka wyszykowana, od razu lepiej się czułam, i płakać już dalej nie mogłam, bo bym przecież ten makijaż, co zrobiłam przed chwilą, rozmazała sobie. 

Po drugie, gdy już wyglądem przypominałam człowieka, dziecko pakowałam do wózka. Czy deszcz, czy śnieg, czy lato, czy zima – trudno! Z domu trzeba w tej sytuacji wyjść koniecznie. 

Rożne były u mnie etapy. Czasem się udawało do sklepu wejść, czasem nie, ale w tej wersji przyjmijmy, że sklep jest jednak jakąś opcją dla nas. A mam tu na myśli sklep spożywczy jakiś.

Dziecku w tym sklepie można kupić bułkę, albo wafle ryżowe, by paszczę zamknęło choć na chwilę krótką. A gdy jest za małe na pokarmy stałe, to trudno, niech płacze. Albo robimy zakupy w wersji w biegu, gdy nie przystajemy wcale. Kartę kredytowa już przed sklepem wyjętą, w wyciągniętej dłoni trzymamy, i wokół kasy krążymy wózkiem bujając, podczas gdy pani ekspedientka nam zakupy do siatki pakuje.

W sklepie kupujemy. Mąkę. Jajka. Cukier. Tak cukier. Masło. Czekoladę gorzką. I torebkę cukru wanilinowego.

Z tym wszystkim wracamy do domu. Wyciągamy z wózka dziecko, które po spacerze jest albo śpiące, albo wręcz przeciwnie, wyspane. I tutaj mamy różne opcje. Albo do łóżeczka je, albo do kojca. Jak nie śpi i płacze, bo zęby idą albo inne dziady, to bierzemy nosidło jakie kto ma, i dziecko na siebie wkładamy.

Z zakupami i dzieckiem, lub z zakupami bez dziecka, jeżeli tak się akurat cudownie złożyło, że postanowiło zasnąć w łóżeczku swoim, w co watpię. Idziemy do kuchni. I tam się zaczyna dziać magia. Terapia dla sfrustrowanych i zmęczonych matek najlepsza. Pieczenie ciasta, czekoladowego się rozpoczyna.

Rozpuszczamy w garnuszku czekoladę. Dodajemy cukier i masło. Mąkę z jajkami mieszamy. I to wszystko łączymy. Wstawiamy do piekarnika na 190 stopni. 30 minut czekamy. Z dzieckiem się chwilę bawimy. Włączamy muzykę jakąś, i tańczymy sobie.

I gdy tajmer pikając, gotowe ciasto nam anonsuje. To nagle się okazuje, że od załamania naszego, minęły już trzy godziny. Że zaraz właśnie, nasz mąż z pracy wraca. Że w mieszkaniu pachnie czekoladą obłędnie, a dziecko jakoś w tym czasie, o wiele mniej denerwujące się stało. I że tak naprawdę ten dzień, to całkiem fajny był.

A jeśli taka sytuacja, z gorszym nastrojem się częściej powtarza. Wtedy proponuję, zamienić te ciasto, na różne inne potrawy. Naleśniki, kopytka, ciasteczka owsiane, a i dla tych co na diecie, też masa przepisów się znajdzie.

Bo w kuchni jest magia wielka. Łyżką mieszanie, demony przegania. A wałek to najlepszy jest terapeuta. Wiedzą to nasze matki, i nasze babki wiedzą. Bo od prababek i praprababek, się dowiedziały o tym. Że nic na chandrę tak nie pomaga, jak fartuch mąką ufajdany. I racuchów smażonych z jabłkami zapach.

Przepis na brownie:

Perfect! Brownie!

1wrzesnia
coś pysznego, życie

1 września i powidła śliwkowe

Poszłyśmy z Kają po śliwki, bo już od paru dni, planowałam powidła.
Pogoda taka ładna, więc poszłyśmy dalej. Do parku.

Pogoda ładna, w parku tłumy. Wokół parku też tłumy. Tłumy dzieciarni na galowo ubranej.
Do lodziarni kolejki, w sklepie z zabawkami oblężenie.
Karuzele, huśtawki, zjeżdżalnie oblepione żywą masą.

Rodzice ciągani za ręce w stronę waty cukrowej. Kaczek.
Pana, który gigantyczne bańki mydlane, długim sznurkiem na kiju produkuje.

Uśmiechnięte dziecięce twarze, umorusane lodami, piegowate, szczerbate.
I dumni rodzice, mamusie z tuszem lekko rozmazanym i rozwianym włosem, tatusiowie w koszulach wygniecionych od przytulania i usmarkanych rękawach.
Dam sobie głowę uciąć, że też lekko wzruszeni choć bez tuszu na rzęsach, który mógłby ich zdradzić.

I tak ich mijając, natknęłam się na chłopczyka, w garniturze za dużym o rozmiarów kilka.
Jak szybko przez pasy, ze spuszczoną głową przechodził.

I smutek bił straszny, spod czupryny jasnej, dawno nie ostrzyżonej.

I jakoś tak mi się bardzo przykro zrobiło, że są takie dzieci wsród nas.
Że są takie dzieci, z którymi nikt na początek roku szkolnego nie poszedł.
I nie ważne czy to ten pierwszy raz, czy drugi czy trzeci.

I nie ważne, ze może tego wstydu mniej, bo mama nie dała buziaka i żuczkiem przy kolegach nie nazwała. I krawata/spódniczki po raz stopiętnastyosiemnasty poprawić nie musiała, akurat jak się z nowym kolegą/koleżanką, o kapslach/naklejkach, rozmowę fascynującą zaczęło.

Bo ten, kto sam przyszedł, dużo by dał, i kapsle i wszystkie naklejki świata za tego krawata przy wszystkich, po stokroć poprawianie.

Tak mi się żal tego chłopczyka zrobiło, i humor miałam już zsiadły. Że jak to, na lody nikt go dziś nie zabierze. Że jak to, nikt go dzisiaj bohaterem nazywać nie będzie.
A potem się w głowę pukać zaczęłam. Bo co to ja jestem wyrocznia jakaś.
Skąd ja to wiem, ze on tych lodów, ze tego krawata.

A może on na chwile tylko po tych pasach wracał.
Minę miał smętną, bo mu ojciec kazał iść jeszcze raz do parku, po zegarek plastikowy co zgubił.

A zamiast na lody, to on tego zegarka szukać musiał.
A to nie lada wyzwanie, bo taki zegarek to już dawno ktoś mógł zwinąć z parkowej alejki.

I pewnie Ci rodzice, czekają w kawiarni na niego, aż on z tym zegarkiem wróci.
Wtedy mu największy puchar lodowy zamówią, z bitą śmietaną i w kształcie klucza wiolinowego ciasteczkiem.

I jak on wróci bez zegarka, ze łzami w oczach, to oni mu nowy obiecają kupić, i że przecież dziś dzień jego jest, i on jest bohaterem.

A ten garnitur za duży, to tak na wyrost kupiony, babcia z rozmiarem nie wcelowała, jak oni w Chorwacji się świetnie bawili.

A te włosy za długie, to przez to, że do fryzjera on chodzić nie lubi. A ciotka, co to go zawsze strzyże, z wakacji jeszcze nie wróciła.

Wiec myśląc to, szybko się po alejkach parkowych rozglądać zaczęłam, czy tego zegarka zagubionego gdzieś nie ma.
Żeby mu pomoc jakoś, i na te lody już żeby wracał szybciutko.
Bo na pewno tak było przecież.
Bo jakże by mogło być inaczej.

POWIDŁA ŚLIWKOWE BABCI ASI:
– Na 1 kg  wydrylowanych WĘGIEREK polskich (żadnych innych) 20 dkg cukru.