Browsing Category

macierzyństwo

background-balls-beads-1614991
macierzyństwo

Różowy poranek

Dzwoni ten jego budzik.
Słyszę go, a jakże inaczej tego budzika się nie da nie słyszeć.
Ale on mimo to zaczyna palcem mnie w głowę pukać i puka i puka i tak niby głaszcze po włosach. Ale tak bardziej puka i gmera coraz gwałtowniej, więc w końcu otwieram jedno oko i syczę.
Tak syczę, żeby nie obudzić Jasia, który śpi w łóżeczku metr od nas.

– Przecież nie śpię! Czy Ty myślisz, że ja nie słyszę tego budzika twojego, i że musisz mnie jeszcze pukać w głowę dodatkowo tak myślisz? 

Jaś się coś poruszył, zaszemrał pomimo mojego najcichszego z możliwych syczenia usłyszał coś jednak, więc poddaję się i bezszelestnie zwlekam z łóżka.
Zakładam grube skarpety i na palcach sunę w stronę kuchni.

Smród z wczoraj jakby zelżał.
Malują drzwi wejściowe do budynku i tak się akurat złożyło, że wszystkie farby i lakiery i wszystkie specyfiki o wysokim stężeniu smrodu i toksyn trzymają w kanciapie, której komin jest połączony z naszym kominem i ten nasz komin ma ujście w garderobie/spiżarce inaczej mówiąc graciarni naszej ten komin ma ujście.
Jak wczoraj wróciłam do domu z dzieciakami wieczorem, to już śmierdziało.
Maciek na drabinie zakleił ujście komina reklamówką z Rossmanna.
Także smród zelżał na tyle, że można było normalnie odetchnąć rano w tej kuchni.

Wstawiłam wodę, wyjęłam masło i tak sobie pomyślałam, że dzisiaj idealny poranek na jajka. Wrzuciłam trzy jajka do garnka.
Dwa zrobię na miękko a jedno na twardo dla Kai.

Drzwi do pokoju otwarte na oścież.
Czajnik szumi, tajmer do jajek pika, golarka w łazience goli i w ogóle za cicho to nie jest, a Kaja śpi jak zabita w tym swoim różowym śpiworku. 

No jasne.
Myślę sobie.
Jak tylko w sobotę o piątej rano kołdrą zaszeleszczę przy zmianie pozycji to od razu się budzi.
No jasne.
Myślę sobie.
Jak tylko na palcach przechodzę do toalety w nocy i w kolanie mi strzyknie to już Kaja się budzi.
A teraz śpi. 

W końcu Maciek ją budzi. 
Nie spodobało jej się to oczywiście.  
Więc fuka i krzyczy, że nie, że ona jest śpiąca jeszcze. 
Dobra niech dochodzi do siebie.

Smaruję masłem chleb.
Kroję pasztet. 
Wyciągam serek almette z pieprzem. 
Dwa jajka na miękko jedno na twardo. 
Kaja w swoim pokoju zaczyna rozrzucać zabawki.

– O dzień dobry kochanie! Jak Ci się spało? 

– Nieeeeeeee! 

Odpowiada moja córka i wygląda jak aniołek w różowej piżamie w myszki.
Z tymi blond włosami I błękitnymi oczami jak u lalki.

-Nieeeeeeee!

-Zrobiłam Ci jajko na śniadanie.

Mówię.

-Ale chciałam jajecznicę!

Dobra. Wyciągam patelnię I robię jajecznicę z jednego jajka.
Przyznaję, spodziewałam się tego.
W sumie zawsze jest tak, że ona chce coś innego niż ja proponuję.
Następnym razem jak zrobię jajko na twardo to po prostu powiem, że jest jajecznica.
Głupia ja.

Jemy śniadanie.
Budzi się Jaś.
Maciek go przebiera a ja idę z Kają.

– To w co się dzisiaj ubierasz?

-Sukienkę różową!

Akurat wczoraj przyszło moje zamówienie z gapa, a tam dwie nowe sukienki dla Kai.
Oczywiście różowe.
U nas teraz to wszystko musi być różowe.
Różową łyżkę myję na bieżąco.
Bo tylko taką Kaja je.
Czytamy ostatnio książki z różowymi okładkami.
Wszystkie rysunki są różowe.
Szczotka do zębów jest różowa.
Serek homogenizowany i jogurt musi być różowy, więc kupuje tylko truskawkowe.
Majtki codziennie różowe, więc piorę te trzy pary na zmianę a siedem innych kolorów leży zapomniana w szufladzie.
Buty zimowe są różowe i do tego z brokatem.
No wszystko.
Różowe.

Pokazuję Kai nowe sukienki.

-To którą wybierasz? Tę ciemną czy jasno-różową?

-Ciemną. Bo wiesz mamo ja nie lubię jasnego różowego. Tylko ciemny.

-Acha. To wspaniale.

Do tego oczywiście różowe rajstopy i różowa spódnica.
Tak tak pod sukienkę spódnica.
Moja córka tak się nosi.
Uważa, że spódnica z sukienką się nie wykluczają i chodzi tak do przedszkola.

Ale niestety różowa spódnica jest w praniu.

-To może niebieska?

Kaja się zgadza ale tylko pod warunkiem, że będziemy udawać, że ona jest różowa.

– Udawajmy, że to jest różowy. Dobla?

– Dobra.

Idziemy myć zęby.
Skończyła się pasta Elmex, więc nakładam na różową szczotkę pastę Jasia.

Kaja pluje.

-Niedoble!

Ok koniec mycia zębów.
Kupić pastę Elmex – wpisuję w telefonie.
Marzę już o kawie.
Jak tylko wyjdą to zrobię sobie ze spienionym mlekiem w tym nowym kubku.
Tymczasem gonię Kaję ze szczotką do włosów.
Różową.
Ostatnio czesałam ją tydzień temu i już trochę to widać.

Dzisiaj w przedszkolu dzień pluszowego misia.

– Kaja weź swojego misia.

– Nie chcę misia chcę dzidziusia.

Kaja bierze dzidziusia, ja biorę misia idziemy do przedpokoju.
Jasiek stoi już ubrany w kojcu.
Macha im na pożegnanie.
Maciek zakłada kurtkę.
Kaja w ryk.

-Co się stało?

Pytam już trochę tak jakby sycząc znowu bo już marzę o tej kawie naprawdę.

-Bluzka!

-Ale jaka bluzka?

-Dzidziusia bluzka!

No fakt gumowy dzidziuś bez bluzki jest ma na sobie tylko spodenki.

-Będzie mu zimno!

Płacze Kaja.
Więc idę po bluzkę dzidziusia różową.

W końcu wychodzą.
Jasiek krzyczy MAMA!

– No cześć synku.

Mówię i zabieram go ze sobą do łazienki.

On wrzuca do pralki skrawki papieru toaletowego, a ja myję wreszcie zęby, twarz, przebieram się i myślę, że już zaraz ta kawa może trafi do mojego przełyku.
Zgarniam po drodze do kuchni różową szczotkę do włosów i różową piżamę.
Jasiek drepcze za mną.
Myję w zlewie różową łyżkę i talerz różowy po jajecznicy.
I nagle sms.
Od Maćka, że zapomnieliśmy założyć Kajce spodni ciepłych na dwór.
I dotarli do przedszkola w samych różowych rajstopach.
Więc lecę z tymi spodniami do przedszkola.
Z Jasiem, z wózkiem, z nieumytą głową.
W szatni poprawiam na półce, te jej brokatowe buty różowe.
I obiecuję sobie, że jak wrócę do domu to zrobię sobie w końcu tę kawę.
Czarną.

carpenter-close-up-hands-374861 (1)
macierzyństwo

Złota rączka

Czytam Kai Basię, tę część o remoncie.

Ma tam przyjść pan „złota rączka”.

Mówię do Kai:

– Wiesz Kaja, złota rączka to jest takie określenie kogoś, kto umie wszystko naprawić.

Czytamy dalej.

Na następnej stronie widać pana „złotą rączkę” i jego dwie ręce.

Kaja pyta:

– Mama, a która ręka tego pana jest złota? Ta czy ta?

Pokazuje najpierw lewą, potem prawą.

– Żadna.

Mówię.

– To jest tylko powiedzenie, określenie tylko.
Tak się mówi, na kogoś kto umie wszystko zrobić, naprawić.
Ten pan tak naprawdę ma normalne ręce, nie ze złota, tylko takie same jak ja albo ty.
One są po prostu bardzo zdolne te jego ręce.
A „złota rączka” to tylko nazwa.
Przymiotnik, wyrażenie takie.

– Acha.

Kaja kiwa ze zrozumieniem głową.

– Ale mama, to która ręka tego pana jest złota? Ta czy ta?

– Ta.

Mówię.

I pokazuje na lewą.

regeneracja
macierzyństwo

Kwiatek na kolanie

I znowu nie wyrósł mi chleb pomyślałam jasna cholera dodałam.
I co ja teraz mam niby z tym zrobić.
Oklapłym chlebem nieupieczonym jeszcze zupełnie.

Niekontrolowanie pożeram wczorajsze faworki.
Oblizuję palce cukrem pudrem sklejone.
I myślę co z tym niewyrośniętym chlebem.

O! widzę, że w dresie na kolanie zrobiła mi się dziura.
To z pewnością od tego ciągłego tarzania.
Na kolanach od zabaw klockami.
W lekarza.
Od układania puzzli.
Od mamo wyciągnij mi piłkę spod łóżka.
Od pobaw się ze mną w pociąg mamo.

Muszę kupić nowe.
Ale nie chcę już nowych dresów.
Chcę sukienkę miszkomaszko.
W kwiaty spódnicę.
Chcę wyjść na dwór.
Zamówić lunch dnia za szesnaście pięćdziesiąt z zupą i kompotem z mrożonych wiśni.

Kupiłam sobie taki płyn do kąpieli.
Co się nazywa regeneracja.
Chciałam wieczorem go wlać do wanny.
I się zregenerować nieco.
Może się uda.
Może się nie uda.
Zgaduj zgadula.
Losuj losula.

Wczoraj się nie udało bo Jasio płakał.
Trzeba go było nosić na zmianę.
Na zmianę myć zęby.
Brać prysznic na zmianę.
I szybko się kłaść, żeby co trzy sekundy wkładać ponownie wypluty smoczek.
Tym razem nie na zmianę.
Tylko ja musiałam to robić.
Bo kosz mojżesza stoi po mojej stronie łóżka.

A pamiętam jak trzy lata temu Maciek mówił co znowu za kosz mojżesza?
Co to za wynalazek jakiś jak brzmi to przecież to żarty są jakieś napewno kolejną jest to niepotrzebną rzeczą już sama nazwa wskazuje, jak bardzo jest to wymysł bezsensowny dla tych rzucających się na to wszystko kobiet. One nic o tym koszu nie wiedzą ale muszą go mieć tak jak te wszyskie laktatory linomagi fridy tule i inne doule. To żart nie kupujemy na pewno tego czegoś jeszcze za takie pieniądze. O nie.

Więc kosz mojżesza stoi po mojej stronie łóżka.
I ja wkładałam co chwilę ten ponownie wypluty smoczek.
Ale to było tak prawie jak brzuszki.
Smoczek raz.
Wydech.
Smoczek dwa.
Wydech.
Smoczek trzy.
Wydech.
I tak do dwudziestej drugiej trzydzieści sześć.

Chyba naszyję na te dresy łatę.
Łatę w kształcie kwiatka.
I zamówię miszkomaszko.
Powieszę ją w szafie.
Obok sześciu innych.
Nienoszonych sukienek.
I z kwiatkiem na kolanie wyciągnę w końcu tę piłkę spod łóżka.

bierki
macierzyństwo

Bierki

Pamiętacie grę w bierki?
To ja gram w tę grę tak jakby na co dzień.

Bezszelestnie.
Bezgłośnie.
Aby niczego nie dotknąć, nie musnąć, nie potrącić niczego.

Sunę po mieszkaniu.
W miękkich skarpetach.
Gdy dziecko śpi.

Obieram ziemniaki nad stołem.
W powietrzu niemalże obieram.
Do garnka w ciszy całkowitej wkładam.
Zalewam tym najmniej szumiącym strumieniem.
Stopniując odpowiednio natężenie wody.

Sztućce z szuflady niczym te bierki wyciągam.
Delikatnie na drewnianym stole kładę.
Bez dźwięku żadnego.

Takich rzeczy jak szafek.
Skrzypiących krzeseł.
Słoików na najwyższej półce nie tykam.

Bo a nuż coś spadnie.
Skrzypnie.
Stuknie.
I mi dziecko obudzi.

Kicham w rękaw w najdalszym zakamarku mieszkania.
Telefon mam wiecznie na wibrującym trybie.
Jestem pod piekarnikiem na dwie sekundy przed tym zanim zacznie pikać.
Że indyk gotowy.

I wtedy zawsze.
Ale to zawsze.
Przychodzi kurier.