Browsing Category

macierzyństwo

brokat
macierzyństwo

Brokatowa dusza

Rozmawiam z Kają wieczorem.
Ona już w piżamie.
W łóżeczku.
Ja na fotelu obok.

Kaja patrzy mi w oczy i mówi:

– Mamo, boję się, że umarnę.

– A kto tak powiedział?

Pytam.

– Nikt nie powiedział, ale babcia Oliwki umarła.
Mamo, a czy to jest prawda, że potem zostają tylko kości?

– Nieprawda.

Mówię stanowczo.

– Poza kośćmi i ciałem, każdy człowiek i zwierzątko ma duszę.

– A jak ona wyglada?
Pokażesz mi jutro taką duszę?

– Nie wiem jak Ci pokazać…

– To może w telefonie?

– W telefonie też się nie uda, bo dusza jest przezroczysta.

Kaja jest mocno zawiedziona.

– A czy jest brokatowa?

Pyta z nadzieją.

-No pewnie!

Odpowiadam.

I wyobrażam sobie jej duszę.
Całą w różowym brokacie.

zebranie
macierzyństwo

Zebranie w przedszkolu

Przyszłam na zebranie o dziesięć minut za wcześnie.
Kupiłam sobie małą wodę po drodze.
Bo wiem jak to jest, na takich zebraniach.
Na takich zebraniach jest tak, że bardzo chce się pić.

W sali czterolatków krąg mikro, żółtych krzesełek.

– Czy one się nie zawalą pod nami?
Pytam.

– To zależy ile Pani waży…
Ze śmiechem odpowiada Pani prowadząca.

No nie wiem, myślę.
Jeszcze niedawno mniej a potem trochę więcej, teraz znowu trochę mniej ale nie tyle co przed tym jak ważyłam trochę więcej…
Nic nie odpowiadając jednak siadam, patrząc na innych rodziców, próbujących usadzić swoje nie mikro cztery litery w mikro żółtym meblu.

– Zacznijmy od wizji przyszłości.
Jak to będzie kiedyś? Czy ktoś z państwa się zastanawiał?

No nie, ja się raczej nie zastanawiałam, przyznaję w duchu przed sobą.
Chociaż codziennie myślę trochę o tym, co jutro zrobić na obiad, gdzie za rok pojechać na wakacje i co kupić na urodziny mężowi.
W końcu to będzie właśnie kiedyś, tak że finalnie kiwam głową.
Że tak tak, oczywiście.

– Bo wiecie Państwo, wszystko się zmienia z dnia na dzień.
Dla naszych dzieci walkmeny, disckmeny, stacjonarne telefony to już zabytki.
Nici, igły i łaty.
Oni nie wiedzą do czego to służy.
Klisza, kaseta video, czy budka telefoniczna.
To jak dinozaury dla nich.
Notesy i długopisy.
Kalkulatory, słowniki.
Atlasy, mapy samochodowe, przewodniki…

Dyskretnie chowam zeszyt w ptaszki zięby i mysikróliki, taki ładny zielono turkusowy i długopis ulubiony bika, ten sam od zawsze najlepszy przezroczysty, bo ten żółty za cienki, za twardy.
Od lat wolę ten przezroczysty.
Wyciągam smartfona, włączam aplikację notatnik i notuję dalej palcem, nie bikiem.

– Poza tym teraz to ekologię stawiamy na pierwszym planie.
Kończymy z wodą w plastikowych butelkach.
Mamy specjalne dystrybutory, z których dzieci mogą nalewać sobie wodę, do swoich ekologicznych bidonów, które prosimy zakupić.
Bo plastik to jest wiecie Państwo zmora naszych czasów.
Nie chcemy promować złych nawyków u naszych podopiecznych.

Odkopuję daleko plastikową butelkę z wodą, spod mojego żółtego krzesełka gdzieś w okolicę mamy Stefana, siedzącej jakieś trzy mikro krzesełka dalej.
Uśmiecham się do prowadzącej ze zrozumieniem.
Że tak tak, oczywiście.

Notuję w palcem w smartfonie.
Bidon zakupić.
Ekologiczny.

– Następna sprawa to zajęcia dodatkowe.
Mamy ich masę.
Każde dziecko znajdzie coś dla siebie.
Proponujemy szachy naprawdę rozwijają logiczne myślenie.
Szermierkę.
Balet.
Programowanie.
Basen.
Dodatkowy angielski.
Ceramikę.
Akrobatykę.
I oczywiście wirtualną informatykę.

Że tak tak, oczywiście kiwam głową.
Notuję ceramikę.
W smartfonie wirtualnie palcem.

– Następna kwestia to cukier.
Odchodzimy od cukru totalnie.
Do tej pory pozwalaliśmy na urodzinowe torty z cukierni.
Ale czy wiecie Państwo, ile cukru schodzi na wyprodukowanie tortu z Psim Patrolem?
Albo ze Świnką Peppą?

No nie wiem tego, przyznaję.
Zastanawiając się ile poszło cukru na Kopciuszka z tortu mojej córki, w otoczeniu motylków i o zgrozo pantofelka z brokatem.

– Na przykład mama Kasi, taki super upiekła tort, totalnie bez cukru!
No pyszny był taki fasolowo – szpinakowy.
Polecam też firmę, co to robi tort owocowy bez niczego innego, tylko z owoców ułożonych w kształt tortu.
Albo ewentualnie można marchewkę albo buraka dać jako wypełnienie.
Zmielone naturalnie bez cukru.
Tak zamiast bitej śmietany.

Ok.
Notuję.
Buraki.
Marchewki.
Zmielone.
Że tak tak, oczywiście.
Bez cukru i ekologicznie.

Przełykam ślinę.
Pić mi się chcę.
Ale butelka z wodą leży daleko pod nogami mamy Stefana.

Obok mnie mama Natalki, co to tort miała z Shimmer i Shine.
Nerwowo zerka na mnie.
Odpowiadam jej wzrokiem, bo wiem dokładnie co myśli.
Tort z buraka.
Marchewka zamiast bitej śmietany.
Czasy się zmieniają co zrobisz kochana.
Oczywiście tak tak, kiwamy do siebie.

Jakaś mama zadaje pytanie czy ewentualnie ksylitol da radę?
Inna prosi o przepis na fasolowo – szpinakowe ciasto.
Jakiś tata jęczy nad smartfonem, bo właśnie jego drużyna straciła gola.

Jedziemy dalej.

– Jeśli chodzi o wycieczki to w tym roku stawiamy na sztukę.
Chcemy, żeby dzieci poznały jej prawdziwe oblicze.
Co miesiąc będziemy chodzić do muzeum.
Malarstwo, rzeźba, architektura.
Najlepsze muzea w Warszawie.
Wszędzie będziemy.
Bo dzieci chłoną wszystkimi zmysłami.
Niech jak najwięcej czerpią z dorobku artystów.

Potakuję ze zrozumieniem.
Że tak tak, oczywiście.
Notuję palcem w smartfonie.
Muzeum.
Prawdziwe oblicze sztuki.

– Jakieś pytania?
Pani prowadząca lekko poprawia się w żółtym krzesełku.

Kilka rąk w górze.

– Ja mam pytanie.

Odzywa się jedna mama w skórzanych botkach bordowych.
Takich za kostkę, na średnim obcasie.
Fajne te botki.
Ciekawe gdzie kupiła.

Notuję palcem w smartfonie.
Botki bordowe.
Za kostkę.

– Czy do końca roku dzieci będą umiały liczyć do dziesięciu czy do dwudziestu?
I ile słów po angielsku poznają?

Ja nie mam pytań.
No może poza tym gdzie kupić skórzane botki bordowe.
Chce mi się pić.
I zdrętwiał mi palec od notowania w smartfonie.

Wspominam z nostalgią swoje dzieciństwo.

Eklerki u babci, trzepak na podwórku, granie w gumę, skakankę, drożdżówki z lukrem i torty z bitą śmietaną.
Place zabaw, parki, zbieranie kasztanów, sanki, bałwany.
Budowane z koców twierdze, zabawy w lekarza, w pocztę, w sklep, we fryzjera.
Kolorowanki, wyklejanki, fikołki, bazgrołki i wycieczki do lasu na grzyby.
Filmy na video z kopciuszkiem, zakochanym kundlem i królewną śnieżką.
Watę cukrową i robienie ciastek z błota.
Syrop o smaku koli, wibowit i budyń malinowy.
Wizyty w muzeum pamiętam, jak się ślizgaliśmy po korytarzach na filcowych kapciach.

Wstaję powoli z mikro krzesełka.
Zabieram butelkę wody spod mamy Stefana i biorę dużego łyka.
Kiedyś, będzie kiedyś.
A teraz, jest teraz.
Wracam do domu.
I robię kanapki na kolację z dżemem truskawkowym.
Ona zjada aż trzy i mówi.
Mamo zjadłam trzy kanapki, to po angielsku fri.
Uśmiecham się i patrzę na jej umorusane dżemem oblicze.
Prawdziwe oblicze sztuki.

background-balls-beads-1614991
macierzyństwo

Różowy poranek

Dzwoni ten jego budzik.
Słyszę go, a jakże inaczej tego budzika się nie da nie słyszeć.
Ale on mimo to zaczyna palcem mnie w głowę pukać i puka i puka i tak niby głaszcze po włosach. Ale tak bardziej puka i gmera coraz gwałtowniej, więc w końcu otwieram jedno oko i syczę.
Tak syczę, żeby nie obudzić Jasia, który śpi w łóżeczku metr od nas.

– Przecież nie śpię! Czy Ty myślisz, że ja nie słyszę tego budzika twojego, i że musisz mnie jeszcze pukać w głowę dodatkowo tak myślisz? 

Jaś się coś poruszył, zaszemrał pomimo mojego najcichszego z możliwych syczenia usłyszał coś jednak, więc poddaję się i bezszelestnie zwlekam z łóżka.
Zakładam grube skarpety i na palcach sunę w stronę kuchni.

Smród z wczoraj jakby zelżał.
Malują drzwi wejściowe do budynku i tak się akurat złożyło, że wszystkie farby i lakiery i wszystkie specyfiki o wysokim stężeniu smrodu i toksyn trzymają w kanciapie, której komin jest połączony z naszym kominem i ten nasz komin ma ujście w garderobie/spiżarce inaczej mówiąc graciarni naszej ten komin ma ujście.
Jak wczoraj wróciłam do domu z dzieciakami wieczorem, to już śmierdziało.
Maciek na drabinie zakleił ujście komina reklamówką z Rossmanna.
Także smród zelżał na tyle, że można było normalnie odetchnąć rano w tej kuchni.

Wstawiłam wodę, wyjęłam masło i tak sobie pomyślałam, że dzisiaj idealny poranek na jajka. Wrzuciłam trzy jajka do garnka.
Dwa zrobię na miękko a jedno na twardo dla Kai.

Drzwi do pokoju otwarte na oścież.
Czajnik szumi, tajmer do jajek pika, golarka w łazience goli i w ogóle za cicho to nie jest, a Kaja śpi jak zabita w tym swoim różowym śpiworku. 

No jasne.
Myślę sobie.
Jak tylko w sobotę o piątej rano kołdrą zaszeleszczę przy zmianie pozycji to od razu się budzi.
No jasne.
Myślę sobie.
Jak tylko na palcach przechodzę do toalety w nocy i w kolanie mi strzyknie to już Kaja się budzi.
A teraz śpi. 

W końcu Maciek ją budzi. 
Nie spodobało jej się to oczywiście.  
Więc fuka i krzyczy, że nie, że ona jest śpiąca jeszcze. 
Dobra niech dochodzi do siebie.

Smaruję masłem chleb.
Kroję pasztet. 
Wyciągam serek almette z pieprzem. 
Dwa jajka na miękko jedno na twardo. 
Kaja w swoim pokoju zaczyna rozrzucać zabawki.

– O dzień dobry kochanie! Jak Ci się spało? 

– Nieeeeeeee! 

Odpowiada moja córka i wygląda jak aniołek w różowej piżamie w myszki.
Z tymi blond włosami I błękitnymi oczami jak u lalki.

-Nieeeeeeee!

-Zrobiłam Ci jajko na śniadanie.

Mówię.

-Ale chciałam jajecznicę!

Dobra. Wyciągam patelnię I robię jajecznicę z jednego jajka.
Przyznaję, spodziewałam się tego.
W sumie zawsze jest tak, że ona chce coś innego niż ja proponuję.
Następnym razem jak zrobię jajko na twardo to po prostu powiem, że jest jajecznica.
Głupia ja.

Jemy śniadanie.
Budzi się Jaś.
Maciek go przebiera a ja idę z Kają.

– To w co się dzisiaj ubierasz?

-Sukienkę różową!

Akurat wczoraj przyszło moje zamówienie z gapa, a tam dwie nowe sukienki dla Kai.
Oczywiście różowe.
U nas teraz to wszystko musi być różowe.
Różową łyżkę myję na bieżąco.
Bo tylko taką Kaja je.
Czytamy ostatnio książki z różowymi okładkami.
Wszystkie rysunki są różowe.
Szczotka do zębów jest różowa.
Serek homogenizowany i jogurt musi być różowy, więc kupuje tylko truskawkowe.
Majtki codziennie różowe, więc piorę te trzy pary na zmianę a siedem innych kolorów leży zapomniana w szufladzie.
Buty zimowe są różowe i do tego z brokatem.
No wszystko.
Różowe.

Pokazuję Kai nowe sukienki.

-To którą wybierasz? Tę ciemną czy jasno-różową?

-Ciemną. Bo wiesz mamo ja nie lubię jasnego różowego. Tylko ciemny.

-Acha. To wspaniale.

Do tego oczywiście różowe rajstopy i różowa spódnica.
Tak tak pod sukienkę spódnica.
Moja córka tak się nosi.
Uważa, że spódnica z sukienką się nie wykluczają i chodzi tak do przedszkola.

Ale niestety różowa spódnica jest w praniu.

-To może niebieska?

Kaja się zgadza ale tylko pod warunkiem, że będziemy udawać, że ona jest różowa.

– Udawajmy, że to jest różowy. Dobla?

– Dobra.

Idziemy myć zęby.
Skończyła się pasta Elmex, więc nakładam na różową szczotkę pastę Jasia.

Kaja pluje.

-Niedoble!

Ok koniec mycia zębów.
Kupić pastę Elmex – wpisuję w telefonie.
Marzę już o kawie.
Jak tylko wyjdą to zrobię sobie ze spienionym mlekiem w tym nowym kubku.
Tymczasem gonię Kaję ze szczotką do włosów.
Różową.
Ostatnio czesałam ją tydzień temu i już trochę to widać.

Dzisiaj w przedszkolu dzień pluszowego misia.

– Kaja weź swojego misia.

– Nie chcę misia chcę dzidziusia.

Kaja bierze dzidziusia, ja biorę misia idziemy do przedpokoju.
Jasiek stoi już ubrany w kojcu.
Macha im na pożegnanie.
Maciek zakłada kurtkę.
Kaja w ryk.

-Co się stało?

Pytam już trochę tak jakby sycząc znowu bo już marzę o tej kawie naprawdę.

-Bluzka!

-Ale jaka bluzka?

-Dzidziusia bluzka!

No fakt gumowy dzidziuś bez bluzki jest ma na sobie tylko spodenki.

-Będzie mu zimno!

Płacze Kaja.
Więc idę po bluzkę dzidziusia różową.

W końcu wychodzą.
Jasiek krzyczy MAMA!

– No cześć synku.

Mówię i zabieram go ze sobą do łazienki.

On wrzuca do pralki skrawki papieru toaletowego, a ja myję wreszcie zęby, twarz, przebieram się i myślę, że już zaraz ta kawa może trafi do mojego przełyku.
Zgarniam po drodze do kuchni różową szczotkę do włosów i różową piżamę.
Jasiek drepcze za mną.
Myję w zlewie różową łyżkę i talerz różowy po jajecznicy.
I nagle sms.
Od Maćka, że zapomnieliśmy założyć Kajce spodni ciepłych na dwór.
I dotarli do przedszkola w samych różowych rajstopach.
Więc lecę z tymi spodniami do przedszkola.
Z Jasiem, z wózkiem, z nieumytą głową.
W szatni poprawiam na półce, te jej brokatowe buty różowe.
I obiecuję sobie, że jak wrócę do domu to zrobię sobie w końcu tę kawę.
Czarną.

carpenter-close-up-hands-374861 (1)
macierzyństwo

Złota rączka

Czytam Kai Basię, tę część o remoncie.

Ma tam przyjść pan „złota rączka”.

Mówię do Kai:

– Wiesz Kaja, złota rączka to jest takie określenie kogoś, kto umie wszystko naprawić.

Czytamy dalej.

Na następnej stronie widać pana „złotą rączkę” i jego dwie ręce.

Kaja pyta:

– Mama, a która ręka tego pana jest złota? Ta czy ta?

Pokazuje najpierw lewą, potem prawą.

– Żadna.

Mówię.

– To jest tylko powiedzenie, określenie tylko.
Tak się mówi, na kogoś kto umie wszystko zrobić, naprawić.
Ten pan tak naprawdę ma normalne ręce, nie ze złota, tylko takie same jak ja albo ty.
One są po prostu bardzo zdolne te jego ręce.
A „złota rączka” to tylko nazwa.
Przymiotnik, wyrażenie takie.

– Acha.

Kaja kiwa ze zrozumieniem głową.

– Ale mama, to która ręka tego pana jest złota? Ta czy ta?

– Ta.

Mówię.

I pokazuje na lewą.