Browsing Category

macierzyństwo

man-in-santa-claus-costume-716658
macierzyństwo

Co wypada powiedzieć Mikołajowi a czego nie wypada

Kaja od paru dni już bardzo przeżywała przyjście Mikołaja do przedszkola.
Dzisiaj rano przy śniadaniu, tak dziesięć minut przed wyjściem z domu, mówi do mnie tak.

– Mama a wiesz co?

– Co?

Odpowiadam, pomiędzy podawaniem jej tranu, a wsypywaniem płatków do mleka Jasia.

– Jak Natalka przytuli się do Mikołaja, to ja też się przytulę.

– Acha. To fajnie. Na pewno będzie mu miło.

Mówię pomiędzy ścieraniem rozlanego mleka ze stołu, a krojeniem cytryny do Maćkowej herbaty.

– A potem powiem mu, no nareszcie jesteś Mikołaju!

– Koła! Koła!

Krzyczy Jaś.
Co w jego języku oznacza Mikołaja.
I co oznacza w jego języku również to, że jest jego wizytą bardzo podekscytowany.

Moja córka popija tran wodą z różowego bidonu.
I mówi dalej.

– Ale DUPA do niego nie powiem, no bo mi nie da prezentu. Plawda?

– Prawda.

Odpowiadam.
Pomiędzy rozlewaniem Maćkowej herbaty a krztuszeniem się własną.

wilk
macierzyństwo

Wilk

-Mamo…ja się boję, że przyjdzie wilk.

Mówi Kaja.

Już prawie zasypia.
Ale w jej małej główce przed snem biegają wilki, złe macochy i baby jagi.
Czytamy czerwonego kapturka, Jasia i Małgosię, Królewnę Śnieżkę.
Bajki okrutne.
Pełne leśnych strachów.
Złych macoch.
Wróżb i klątw.

Bajki gdzie czarownice zjadają dzieci.
Macochy pragną wyciętych serc swoich pasierbic.
Gdzie babcie zostają pożarte przez wilki.

– Mamo…ja się boję, że przyjdzie wilk.

Mówi Kaja.

– Rozumiem.
Ale wiesz, taki wilk nie da rady wejść do nas do domu.
Nie umie wpisać kodu do domofonu.
Nie zna go po prostu.
I ma za długie pazury, żeby naciskać te malutkie przyciski.
Z lasu ma tu za daleko.
Poza tym teraz właśnie usypia swoje dzieci.
Jest zajęty tym bardzo bo pewnie też czyta im bajki.
I może nawet są to bajki o złych dzieciach.
A małe wilki pytają.
Mamo a czy te dzieci nie przyjdą tutaj do nas do lasu?
Bo my się ich boimy…
One tak głośno krzyczą i machają rączkami.
A mama wilk tłumaczy, że przecież dzieci w nocy nie przychodzą do lasu.
Tylko śpią w swoich łóżeczkach.
I żeby te małe wilczki się nie bały.
To mama wilczyca im kołysanki wyje do księżyca.
Aż one zamkną te swoje zielone wilcze oczka i zasną.
Także się nic nie bój.
One są teraz zajęte i na pewno nie przyjdą do nas.

Na to Kaja przytula swojego pluszowego jednorożca i mówi:

– I po to też mamy właśnie pana ochroniarza.
Nie po to, żeby sobie oglądał świat.

brokat
macierzyństwo

Brokatowa dusza

Rozmawiam z Kają wieczorem.
Ona już w piżamie.
W łóżeczku.
Ja na fotelu obok.

Kaja patrzy mi w oczy i mówi:

– Mamo, boję się, że umarnę.

– A kto tak powiedział?

Pytam.

– Nikt nie powiedział, ale babcia Oliwki umarła.
Mamo, a czy to jest prawda, że potem zostają tylko kości?

– Nieprawda.

Mówię stanowczo.

– Poza kośćmi i ciałem, każdy człowiek i zwierzątko ma duszę.

– A jak ona wyglada?
Pokażesz mi jutro taką duszę?

– Nie wiem jak Ci pokazać…

– To może w telefonie?

– W telefonie też się nie uda, bo dusza jest przezroczysta.

Kaja jest mocno zawiedziona.

– A czy jest brokatowa?

Pyta z nadzieją.

-No pewnie!

Odpowiadam.

I wyobrażam sobie jej duszę.
Całą w różowym brokacie.

zebranie
macierzyństwo

Zebranie w przedszkolu

Przyszłam na zebranie o dziesięć minut za wcześnie.
Kupiłam sobie małą wodę po drodze.
Bo wiem jak to jest, na takich zebraniach.
Na takich zebraniach jest tak, że bardzo chce się pić.

W sali czterolatków krąg mikro, żółtych krzesełek.

– Czy one się nie zawalą pod nami?
Pytam.

– To zależy ile Pani waży…
Ze śmiechem odpowiada Pani prowadząca.

No nie wiem, myślę.
Jeszcze niedawno mniej a potem trochę więcej, teraz znowu trochę mniej ale nie tyle co przed tym jak ważyłam trochę więcej…
Nic nie odpowiadając jednak siadam, patrząc na innych rodziców, próbujących usadzić swoje nie mikro cztery litery w mikro żółtym meblu.

– Zacznijmy od wizji przyszłości.
Jak to będzie kiedyś? Czy ktoś z państwa się zastanawiał?

No nie, ja się raczej nie zastanawiałam, przyznaję w duchu przed sobą.
Chociaż codziennie myślę trochę o tym, co jutro zrobić na obiad, gdzie za rok pojechać na wakacje i co kupić na urodziny mężowi.
W końcu to będzie właśnie kiedyś, tak że finalnie kiwam głową.
Że tak tak, oczywiście.

– Bo wiecie Państwo, wszystko się zmienia z dnia na dzień.
Dla naszych dzieci walkmeny, disckmeny, stacjonarne telefony to już zabytki.
Nici, igły i łaty.
Oni nie wiedzą do czego to służy.
Klisza, kaseta video, czy budka telefoniczna.
To jak dinozaury dla nich.
Notesy i długopisy.
Kalkulatory, słowniki.
Atlasy, mapy samochodowe, przewodniki…

Dyskretnie chowam zeszyt w ptaszki zięby i mysikróliki, taki ładny zielono turkusowy i długopis ulubiony bika, ten sam od zawsze najlepszy przezroczysty, bo ten żółty za cienki, za twardy.
Od lat wolę ten przezroczysty.
Wyciągam smartfona, włączam aplikację notatnik i notuję dalej palcem, nie bikiem.

– Poza tym teraz to ekologię stawiamy na pierwszym planie.
Kończymy z wodą w plastikowych butelkach.
Mamy specjalne dystrybutory, z których dzieci mogą nalewać sobie wodę, do swoich ekologicznych bidonów, które prosimy zakupić.
Bo plastik to jest wiecie Państwo zmora naszych czasów.
Nie chcemy promować złych nawyków u naszych podopiecznych.

Odkopuję daleko plastikową butelkę z wodą, spod mojego żółtego krzesełka gdzieś w okolicę mamy Stefana, siedzącej jakieś trzy mikro krzesełka dalej.
Uśmiecham się do prowadzącej ze zrozumieniem.
Że tak tak, oczywiście.

Notuję w palcem w smartfonie.
Bidon zakupić.
Ekologiczny.

– Następna sprawa to zajęcia dodatkowe.
Mamy ich masę.
Każde dziecko znajdzie coś dla siebie.
Proponujemy szachy naprawdę rozwijają logiczne myślenie.
Szermierkę.
Balet.
Programowanie.
Basen.
Dodatkowy angielski.
Ceramikę.
Akrobatykę.
I oczywiście wirtualną informatykę.

Że tak tak, oczywiście kiwam głową.
Notuję ceramikę.
W smartfonie wirtualnie palcem.

– Następna kwestia to cukier.
Odchodzimy od cukru totalnie.
Do tej pory pozwalaliśmy na urodzinowe torty z cukierni.
Ale czy wiecie Państwo, ile cukru schodzi na wyprodukowanie tortu z Psim Patrolem?
Albo ze Świnką Peppą?

No nie wiem tego, przyznaję.
Zastanawiając się ile poszło cukru na Kopciuszka z tortu mojej córki, w otoczeniu motylków i o zgrozo pantofelka z brokatem.

– Na przykład mama Kasi, taki super upiekła tort, totalnie bez cukru!
No pyszny był taki fasolowo – szpinakowy.
Polecam też firmę, co to robi tort owocowy bez niczego innego, tylko z owoców ułożonych w kształt tortu.
Albo ewentualnie można marchewkę albo buraka dać jako wypełnienie.
Zmielone naturalnie bez cukru.
Tak zamiast bitej śmietany.

Ok.
Notuję.
Buraki.
Marchewki.
Zmielone.
Że tak tak, oczywiście.
Bez cukru i ekologicznie.

Przełykam ślinę.
Pić mi się chcę.
Ale butelka z wodą leży daleko pod nogami mamy Stefana.

Obok mnie mama Natalki, co to tort miała z Shimmer i Shine.
Nerwowo zerka na mnie.
Odpowiadam jej wzrokiem, bo wiem dokładnie co myśli.
Tort z buraka.
Marchewka zamiast bitej śmietany.
Czasy się zmieniają co zrobisz kochana.
Oczywiście tak tak, kiwamy do siebie.

Jakaś mama zadaje pytanie czy ewentualnie ksylitol da radę?
Inna prosi o przepis na fasolowo – szpinakowe ciasto.
Jakiś tata jęczy nad smartfonem, bo właśnie jego drużyna straciła gola.

Jedziemy dalej.

– Jeśli chodzi o wycieczki to w tym roku stawiamy na sztukę.
Chcemy, żeby dzieci poznały jej prawdziwe oblicze.
Co miesiąc będziemy chodzić do muzeum.
Malarstwo, rzeźba, architektura.
Najlepsze muzea w Warszawie.
Wszędzie będziemy.
Bo dzieci chłoną wszystkimi zmysłami.
Niech jak najwięcej czerpią z dorobku artystów.

Potakuję ze zrozumieniem.
Że tak tak, oczywiście.
Notuję palcem w smartfonie.
Muzeum.
Prawdziwe oblicze sztuki.

– Jakieś pytania?
Pani prowadząca lekko poprawia się w żółtym krzesełku.

Kilka rąk w górze.

– Ja mam pytanie.

Odzywa się jedna mama w skórzanych botkach bordowych.
Takich za kostkę, na średnim obcasie.
Fajne te botki.
Ciekawe gdzie kupiła.

Notuję palcem w smartfonie.
Botki bordowe.
Za kostkę.

– Czy do końca roku dzieci będą umiały liczyć do dziesięciu czy do dwudziestu?
I ile słów po angielsku poznają?

Ja nie mam pytań.
No może poza tym gdzie kupić skórzane botki bordowe.
Chce mi się pić.
I zdrętwiał mi palec od notowania w smartfonie.

Wspominam z nostalgią swoje dzieciństwo.

Eklerki u babci, trzepak na podwórku, granie w gumę, skakankę, drożdżówki z lukrem i torty z bitą śmietaną.
Place zabaw, parki, zbieranie kasztanów, sanki, bałwany.
Budowane z koców twierdze, zabawy w lekarza, w pocztę, w sklep, we fryzjera.
Kolorowanki, wyklejanki, fikołki, bazgrołki i wycieczki do lasu na grzyby.
Filmy na video z kopciuszkiem, zakochanym kundlem i królewną śnieżką.
Watę cukrową i robienie ciastek z błota.
Syrop o smaku koli, wibowit i budyń malinowy.
Wizyty w muzeum pamiętam, jak się ślizgaliśmy po korytarzach na filcowych kapciach.

Wstaję powoli z mikro krzesełka.
Zabieram butelkę wody spod mamy Stefana i biorę dużego łyka.
Kiedyś, będzie kiedyś.
A teraz, jest teraz.
Wracam do domu.
I robię kanapki na kolację z dżemem truskawkowym.
Ona zjada aż trzy i mówi.
Mamo zjadłam trzy kanapki, to po angielsku fri.
Uśmiecham się i patrzę na jej umorusane dżemem oblicze.
Prawdziwe oblicze sztuki.