Browsing Category

pomysły na weekend

filmksiazkaciasto
pomysły na weekend

Film, książka i ciasto, którego nie zrobiłam

FILM

W weekend udało nam się z Maćkiem obejrzeć film.
Ostatnio z tym ciężko, bo Kaja później zasypia.
I te wszystkie prania, zmywania, sprzątania, na następny dzień gotowania obiadów i inne tego typu przyjemności.
Zajmują nam już całą resztkę wieczoru.

W sobotę jednak udało nam się wreszcie na chwilę siąść na kanapie.
I obejrzeliśmy film pod tytułem:

„Jutro będziemy szczęśliwi”

To jest taki film w sumie niewiadomo jaki.
Niby komedia ale jednak dramat.
Śmichy chichy a na końcu ryk.
Niby fajny, ale też czasem nie do końca.
Jednakże na mój stan obecny.
Przedporodowy.
I na ogólnie jakiś taki wczesno jesienny, zamulony czas.
To ten film jest spoko.
Gra w nim Omar Sy.
Taki bardzo czarny murzyn.
Możecie go znać z cudownych „Nietykalnych”.
Który to jak się uśmiechnie to jego zęby i różowy język zajmują pół ekranu.
I nie da się po prostu z nim nie uśmiechnąć razem.
Jest o byciu rodzicem.
O cieszeniu się chwilą.
Jest o tym.
Że warto spędzić każdy dzień tak.
Jakby jutra miało nie być.
I to jest chyba w tym filmie najważniejsze.
Żeby nie czekać.
Tylko zrobić wszystko na co mamy ochotę już teraz.
Chcesz dzisiaj zjeść lody zamiast obiadu?
Nie ma sprawy.
Chcesz iść do wesołego miasteczka zamiast do szkoły?
Czemu nie.
Chcesz zamiast schodów mieć w domu zjeżdżalnię?
Już się robi.
I wiecie co?
Mi się to podoba.
Bo życie jest takie niestety.
Że czasem płata nam figle.
I jutra może już nie być…
A mój mąż słuchajcie pod koniec się wzruszył.
A to jest sytuacja jedna na milion!
Z takiego powodu jego wzruszenie.
Bo ostatnio to on się wzruszył.
Jak była promocja w obi.
Na jego wymarzoną wiertarkę.

KSIĄŻKA

Druga rzecz, którą chce Wam polecić.
To książka takiej jednej blogerki.
Którą czytam regularnie od ponad dwóch lat.
Ta dziewczyna nazywa się Agnieszka.
A jej blog to mrspolka-dot.com
Lubię do niej zaglądać z kilku powodów.
Po pierwsze świetnie pisze.
No ma dziewczyna talent.
Pisze z pazurem.
Szczerze.
Ale też czasem pięknie.
Nie owija w bawełnę, że życie to tylko wata cukrowa i bita śmietana.
Aczkolwiek przepisy na słodkości u niej znajdziecie i to z takimi zdjęciami, że szczęka opada, ślina cieknie, i cukier sam wyskakuje z szuflady żeby coś takiego samego zaraz zrobić.
Agnieszka jest mamą.
Która kocha swoje dzieci i chce dla nich jak najlepiej.
Aczkolwiek nie boi się napisać, że jej córki to czasem małe potwory.
I że czasem wychodzi z domu trzaskając drzwiami i ma ochotę już nigdy nie wrócić.
Poza fajnymi tekstami i super przepisami.
Na jej blogu znajdziemy dużo inspiracji wnętrzarskich.
Ponieważ Agnieszka ma mega talent do wyszukiwania fajnych rzeczy.
Tu muszę się przyznać, że niejedną wydałam przez nią złotówkę.
Na kubek z gwiazdką.
Na kolorowe puszki z herbatą.
Na pojemnik do przechowywania pieczywa.
I tak dalej i tak dalej lepiej nie będę pisać na co więcej.
Bo zdarzy się czasem, że mój mąż tu na bloga wpadnie.
I znowu się zacznie, że po co nam piętnasta herbata zielona w turkusowej puszce.
Skoro mamy już taką w żółtej i miętowej i w ogóle nie pijemy bo wolimy czarną.
A turkusowy i miętowy kolor to przecież to samo.
Także tak.
Agnieszka napisała niedawno książkę.
Pod tytułem „Suma drobnych radości”.
I to jest książka trochę o tym czym jest tak naprawdę szczęście.
Trochę o tym, że życie jest fajne jeżeli przestaniemy oczekiwać od niego i od siebie zbyt wiele.
A trochę o tym, że nie każdy i nie wszystko musi być super i to jest jak najbardziej ok.
Mi się bardzo podoba.
Parę razy się wzruszyłam.
Na końcu jest kilka przepisów.
W tym przepis na Szakszukę, którego to dania wcześniej nie znałam.
A gdy je w pewien deszczowy wieczór wykonałam na kolację.
To mój mąż się we mnie zakochał na nowo.
Serio.

CIASTO

Trzecia rzecz do polecenia to kruche ciasto ze śliwkami.
Ciasto którego nie zrobiłam.
Bo od ponad miesiąca nie mamy piekarnika…
Nie chcę o tym mówić.
To temat drażliwy.
Może napiszę o tym osobnego posta.
Ale wciąż czekam na finał tej historii.
Która gdyby nie to, że jestem w ciąży i nie mogę pić alkoholu.
Na pewno skończyłaby się jakimś mocnym drinem.
W każdym razie piekarnika nie ma.
Więc ciasta też nie ma.
A przepis jest.
I czeka.
Robiłam to ciasto w zeszłym roku.
I jeszcze rok wcześniej.
I jest REWELACYJNE.
To jest takie ciasto.
Że jak je zrobiłam po raz pierwszy.
To zjedliśmy z Maćkiem sami trzy czwarte blachy na raz.
I zjedlibyśmy i więcej ale już nie mieliśmy miejsca w brzuchach bo to było po obiedzie.
No mówię Wam ciasto mistrz!
Przepis z książki Elizy Mórawskiej WHITE PLATE „słodkie”:

Kruchy placek ze śliwkami – przepis na małą blaszkę

Ciasto kruche:
125 g mąki
125 g schłodzonego masła, pokrojonego w kostkę
75 g drobnego cukru do pieczenia
1 żółtko

Na wierzch:
500 g śliwek – przepołowionych
1 łyżka cukru do posypania

Piekarnik rozgrzać do temp. 180 st.C.
Składniki na ciasto wymieszać.
Ciastem wylepić foremkę.
Na wierzchu ułożyć śliwki, nacięciami do góry.
Posypać cukrem.
Piec 45-50 minut.

Mówię Wam – jest przepyszne!

zulczyk
pomysły na weekend

Książka, bańki mydlane i pesto z jarmużu

– Książka – “Wzgórze psów”

Jest taki pisarz Jakub Żulczyk.
On już wydał kilka książek.
Napisał scenariusz do serialu.
I to fajnego serialu, a nie serialu o tym jak pani Kasia się okazała być matką swojego męża zaraz po tym jak się okazało, że jest zaginioną siostrą bliźniaczką swojego adoptowanego syna.
Nie.
On napisał scenariusz do naprawdę fajnego serialu.
I napisał kilka naprawdę fajnych książek.
I tak się składa, że właśnie skończył pisać kolejną.

Jak ja się dowiedziałam to w te pędy napisałam do męża esemesa.
Żeby on mi w te pędy się z pracy zwalniał.
Lunchu nie jadł.
Albo do toalety rzadziej chodził.
Ale żeby skoczył w tym czasie do Empiku obok i tę nową Jakuba Żulczyka książkę w te pędy mi kupił.

No i wyobraźcie sobie, że mój mąż.
Człowiek poczciwy.
Mi tę książkę kupił.
W te pędy.
Tego samego dnia.
Wspaniały on jest pod tym względem ten mój mąż.

Książka waży sto kilo.
Ma osiemset stron.
I tak naprawdę to ja nie wiem jak można napisać aż tyle stron.
Jak można aż tyle słów razem w tyle stron do kupy poskładać żeby to miało sens.

Słyszałam gdzieś, że pan Żulczyk, jest młodszy ode mnie o rok…
(tak wiem, ja nie napisałam ani jednej książki i ani jednego serialu… denerwuje mnie to strasznie jak widzę jego datę urodzenia na obwolucie tej nowej powieści)
I ten pan Żulczyk, w którymś wywiadzie powiedział, że pisał tę książkę dwa lata.
Codziennie ją pisał.
Co najmniej przez pół godziny.
Że miał wiele wersji początku.
Wiele wersji środka.
I końca miał wersji wiele.
Więc jakby to podsumować to by pewnie wyszło jakieś milion stron.

Książkę czytam już od tygodnia.
Jestem w połowie.
Czyli na stronie trzysta osiemdziesiątej piątej.
Co i tak uważam za nie lada osiągnięcie.
Biorąc pod uwagę ilość mojego wolnego czasu.
Wizytę u fryzjera.
Robienie prania.
Wieszanie prania.
Zmywanie.
Sadzenie kwiatków na tarasie.
Robienie grilla na tarasie.
Kupowanie butów dla dziecka w fashion house.
I inne typowe zajęcia.
To ja naprawdę każdą wolną minutę przeznaczam na czytanie tej cegły.

Książka nazywa się “Wzgórze psów”.
Jest okropna.
Bardzo nieprzyjemna.
Wulgarna.
I w ogóle strasznie dołująca.
A jednocześnie niesamowicie ciekawa.
Wciągająca na maxa.
I cały czas trzymająca w napięciu.
Zresztą kto czytał już coś tego pana ten wie.
To nie jest książka o małych dziewczynkach zrywających kwiatki na łące.
Ale jest dobra.
I ja ją polecam tym, którzy lubią się czasem wytarzać w błocie.
Żeby potem docenić kwiaty na stole u siebie w mieszkaniu.
I brak plwociny na czystej podłodze.

– Bańki mydlane

No baniek to ja przedstawiać nie muszę.
To zna każdy kto chociaż przez chwilę był dzieckiem.
Kupiłam je za trzy złote w papierniku obok.
I zabawa jest z tymi bańkami najlepsza na świecie.

Dziecko moje piszczy.
Gania je.
I łapie rączką.
Próbuje samo dmuchać i nawet coś tam jej wychodzi.
Uwielbia bańki.
I ciągle prosi o więcej.

A mamy innych zabawek sporo.
Niektóre były bardzo drogie.
I co z tego.
Wystarczy naprawdę trzy złote.
I mamy zabawę najlepszą.
Nieśmiertelne bańki mydlane.
Prostota dzieciństwa.
Brak lansu i zero szpanu.

I to jest w dzieciach najpiękniejsze.
Moja córka na przykład.
W piaskownicy pełnej wiaderek, ciężarówek i wypasionych kołowrotków.
Najlepiej się bawi kamieniem.

– Pesto z jarmużu

Trzecia rzecz to pesto z jarmużu.
To jest tak, że czasem zupełnie nie masz obiadu.
Masz za to w lodówce piętnastokilową torbę jarmużu.
Bo ja nie wiem dlaczego ale mniejszych nie sprzedają.
No i z tej torby to raz zrobiłaś koktajl i tak leży.
I puszcza jarmużowe soki.

Więc nie masz obiadu.
Masz za to dziesięć kilo jarmużu.
Bo pięć już zjadłaś tydzień temu.
Parmezan.
Orzechy włoskie.
Czosnek i oliwę z oliwek.

Więc wrzucasz to wszystko do blendera.
Proporcje na oko.
Ale rozsądnie.
Jednak z przewagą jarmużu.
Żeby nie było, że ktoś da dwadzieścia ząbków czosnku i tylko dwa liście jarmużu.
Bo wtedy to raczej coś innego wyjdzie.
I ja na negatywne komentarze odpowiadać nie będę.
Że się mąż nagle wyniósł do sąsiada.
I że wszystkie wampiry w bloku pozdychały.

To wszystko miksujemy.
W międzyczasie gotujemy makaron.
Podajemy razem.
Jemy też razem najlepiej z rodziną bo to zawsze milej.
Można na górę jeszcze rzucić kilka pomidorków koktajlowych dla orzeźwienia.
Jakby się jednak przesadziło z ilością czosnku.

Wspaniale smakuje z białym winem.
Ale woda z cytryną też ujdzie.

A i jeszcze jedno.
Jak nie macie jarmużu to nie szkodzi.
Może być coś innego zielonego.
Szpinak.
Bazylia.
Albo natka pietruszki.

A jak nie macie orzechów włoskich to też nie szkodzi.
Bo mogą być każde inne orzechy.
Nerkowca.
Migdały.
Piniowe, ale to dla bogatych bo te orzechy to są droższe niż złoto…
A nawet laskowe też mogą być.

Jeśli nie macie blendera to niestety już szkodzi.
Odpuście sobie to danie i w tej sytuacji go nie róbcie.

weekend2
pomysły na weekend

Film, książka i ciasto marchewkowe

A może by tak zacząć pewną tradycję.
Tradycję dzielenia się z Wami raz w miesiącu fajnymi pomysłami na weekend.
Fajnymi oczywiście w moim przekonaniu, bo wiadomo, że nie każdy się tym samym ekscytuje tak samo.

Ponieważ to już po raz drugi, to założyłam specjalny dział “pomysły na weekend”, pod którym będą właśnie tego typu posty.

Także tak.
Zacznijmy może od filmu.

– Film

Film jakoś udało nam się znowu w miarę szybko (czytaj w 45 minut) wybrać.
I aż nie byliśmy do końca pewni czy już go nie oglądaliśmy, bo film się wydawał atrakcyjny od pierwszego wejrzenia, to jest od tytułu i aktora na okładce.
A nie jest to bynajmniej nowość, tylko film z 2012 roku.
Tytuł filmu to “Magiczne lato” więc sami widzicie – bardzo atrakcyjny – zarówno pod kątem lata jak i kątem magii.
Aktor to Morgan Freeman i tutaj już od razu wiadomo, że to nie może być zły film.
Kto Pana Morgana zna ten wie.
Film jak dla mnie cudny.
Akcja płynie bardzo wolno.
Właściwie to prawie jej nie ma.
Są za to prawdziwi ludzie.
Emocje.
Miłość.
Lato.
I dzieci.
Beztroskie.
Nad jeziorem.
W brudnych tenisówkach i za dużych ogrodniczkach.
A!
I jest oczywiście pies.
Jest coś takiego w tym filmie dobrego.
Coś czego ja zawsze w każdym filmie i każdej szukam książce.
Coś takiego, że potem się długo uśmiechasz.
Ten film to ma.
Od początku do końca.
Maćkowi też się podobał!
Więc polecam na wieczory we dwoje.

– Książka

W sobotę wybrałam się na Targi Książki Dziecięcej Przecinek i Kropka.
Targi odbywały się w centrum handlowym, więc korzystając z okazji wcześniej pobuszowałam po paru sklepach.
Co się skończyło tak, że na targi trafiłam objuczona torbami.
Winę zwalam trochę na wyżej opisany film.
Bo nie mogłam po prostu się oprzeć za dużym ogrodniczkom w jakich występowała jedna z głównych bohaterek i nabyłam identyczne w dziale dziecięcym ha i em dla swojej magicznej dziewczynki na jej magiczne lato.
Poza tym słomkowy kapelusz i espadryle.
Na lato magiczne niezbędne.
Na targi poza torbami zakupów, trafiłam w puchowym płaszczu gdyż rano wychodząc z domu mój termometr pokazywał stopni 4.
Na targach jednakże było stopni conajmniej 24 więc po chwili zrobiło mi się słabo.
Na szczęście byłam z koleżanką, która przejęła ode mnie na chwilę torby i ogólnie jakoś zrobiło się lepiej.
Niestety dopiero przy wyjściu zauważyłam, że była na targach szatnia.
Do tego darmowa.
Na targach jak to na targach na początku chciałam kupić wszystko.
Pod koniec nie chciałam już kupować niczego, tylko jak najszybciej wrócić do domu, gdzie jest względna cisza, względny spokój, zimna woda do picia i tylko jedno dziecko.
Bo na tych targach było dzieci milion.
Było też milion balonów dla każdego z tych miliona dzieci.
I mniej więcej co dwie minuty, któryś z tych balonów pękał.
Wywołując atak płaczu u właściciela pękniętego balona.
I stan przedzawałowy u mnie.
Finalnie kupiłam dwie książki.
Ale dzisiaj pokaże Wam jedną.
Książeczka “Przesuń paluszkiem. Na nocnym niebie” jest super.
Na każdej stronie, łącznie z okładką jest specjalne okienko na mały paluszek.
Którym można przesuwać elementy i zmieniać obrazek.
Zapalać i gasić światła w oknach.
Tworzyć na niebie tęczę.
Albo płynąć po wodzie stateczkiem.
Na Kajce książeczka zrobiła piorunujące wrażenie.
Szczególnie okładka, na której w jednym z mikro okienek pojawia się po przesunięciu paluszkiem mikro kotek.
Bardzo, bardzo fajna książeczka!
Jest kilka różnych z tej seri.
Z tego co pamietam to chyba cztery.
Także do wyboru do koloru.

– Ciasto marchewkowe

No i jak na tradycję przystało nie ma weekendu bez czegoś słodkiego.
Gdyby nie pogoda to pewnie wybralibyśmy się na lody.
Ale ze względu na ponurą atmosferę na dworzu i powoli gnijące marchewki w lodówce, powstało ciasto marchewkowe.
Z mojego ulubionego przepisu.
Tym razem nie White Plate a z Kwestii Smaku.
Ja je modyfikuję trochę, nie daję ananasa (bo nigdy nie mam go w domu) i wiórków kokosowych też nie daję (bo też ich w domu nigdy nie mam).
Polewy nie robię bo mi szkoda czasu – i nie mam połowy składników w domu 😉
Więc tak naprawdę to przepis jest zupełnie inny niż ten podany na stronie…
Ciasto jest wilgotne.
Pachnące cynamonem.
I bardzo słodkie.

Przepis według moich modyfikacji wygląda tak:

2 jajka
200 g drobnego cukru lub cukru pudru
150 ml oleju roślinnego
200 g drobno startej marchewki
50 g posiekanych orzechów włoskich
200 g mąki
po 1 łyżeczce cynamonu i sody
szczypta soli
1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

Jajka ubić.
Dodać cukier i dalej ubijać aż masa będzie gładka i puszysta.
Wciąż ubijając na wysokich obrotach, dolewać ciągłym, cieniutkim strumieniem olej.
Dodać marchewkę i orzechy.
Delikatnie wymieszać.
Do osobnej miski przesiać mąkę, dodać cynamon, proszek do pieczenia, sodę i sól, wymieszać. Przesypać do miski z marchewką i delikatnie połączyć wszystkie składniki. Piekarnik nagrzać do 150 stopni C.
Ciasto wyłożyć do formy wyłożonej papierem do pieczenia.
Piec przez 1 godzinę, do suchego patyczka.
Jeśli użyjemy mniejszej tortownicy, np. ok. 21 cm, ciasto należy piec dłużej, ok. 1 i 1/2 godziny.

kredki1
pomysły na weekend, przepisy

Po weekendzie – film, książka, kredki i szarlotka

Tym razem chciałam się z Wami podzielić swoim weekendem.
A dokładniej kilkoma pomysłami, jak taki weekend spędzić gdy pogoda nie zachęca do wyjścia z domu.

– Po pierwsze film

Mamy z Maćkiem taką tradycję, że w sobotę wieczorem oglądamy film.
Robimy wielką michę popcornu.
Siadamy na kanapie.
I przez godzinę nie możemy się zdecydować jaki film obejrzeć.
Popcorn już dawno zjedzony.
My załamani.
Późna godzina.
Ja ziewam.
Tak jest zazwyczaj.
Ale w tę sobotę udało się wybrać film od razu.
Maćkowi polecił go kolega z pracy.
Mi się nie chciało wybrzydzać, więc film został wybrany przed pożarciem popcornu.
Film się nazywa “Nowy początek” w oryginale “Arrival” i jest to film z gatunku science fiction.
Tak wiem.
To nie wydaje się być najlepszym wyborem na sobotni film z mężem.
Ale uwierzcie mi, że okazał się strzałem w dziesiątkę.
Film trzyma w napięciu od początku do końca.
Zaskakuje zakończeniem.
A ja do dzisiaj zastanawiam się jak bym się zachowała na miejscu głównej bohaterki.
No i oczywiście poryczałam się.
Na filmie science fiction o tym, jak to na świecie ląduje UFO.
Także tak.

– Drugi pomysł na weekend to książka

Książka, którą aż wstyd się przyznać ale skończyłam w sobotę właśnie czytać po raz pierwszy w życiu.
“Wichrowe wzgórza” to powieść bardzo dziwna.
Piękna i straszna jednocześnie.
O wielkiej miłości i wielkiej nienawiści.
Zła i mroczna, a mimo wszystko dająca poczucie jakiegoś głębszego sensu i wiary w to, że miłość zwycięży.
Na pewno nie banalna.
Fanów wszystkich pięćdziesięciu twarzy Greya muszę zmartwić, ale pikantnych szczegółów w niej nie ma.
Jednakże czytałam ją z wypiekami na twarzy i oderwać się od niej nie mogłam.
Klasyk nie bez powodu.
Kto nie czytał – polecam.

– Po trzecie kredki na palce

U nas już od jakiegoś czasu hit nad hitami.
Kajka marze nimi zapamiętale.
Zmienia z namysłem kolory.
Pokrywa metry papieru energicznie tworzonymi bohomazami.
Czasem w chwili mojej nieuwagi bazgroł ląduje na stołku bądź kanapie – także kredki pod nadzorem.
Mega w tych kredkach jest fajne, że nijak się ich nie da włożyć do oka.
Są chyba niesmaczne, bo Kaja ich nie je – a je prawie wszystko!
Oraz można z nich układać wieżę, czym kończy się każda sesja rysowania.
Dla malucha na pierwsze kredki – super!

– Czwarty pomysł – szarlotka

Szarlotka w weekend to klasyk.
Zawsze się sprawdza.
Najlepiej zrobić w sobotę rano i cały weekend podjadać.
Na gorąco z blachy.
Z lodami.
Na drugie śniadanie.
Na podwieczorek i po kolacji.
A przepis jak zwykle z White Plate „Słodkie”.
No nic nie poradzę ale każde ciasto, które zrobię z tej książki to jest hit.
Pyszna.
I prosta.
Nawet teściowa pochwaliła 😉

Szarlotka polska:

ciasto:
300 g mąki
150 g masła
100 g cukru
3 żółtka
80 g śmietny
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

jabłka:
1 kg jabłek
100 g cukru
2 łyżeczki przyprawy do piernika
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Zagnieść wszystkie składniki na gładkie kruche ciasto i podzielić na dwie części. Jabłka obrać, pokroić. Na patelni rozpuścić trochę masła, wrzucić jabłka, podsmażyć aż puszczą sok, dodać cukier i przyprawy, dusić do czasu, aż się rozpadną (10-15 minut). Odstawić do ostudzenia.
Wylepić połowa ciasta dół blachy obłożonej papierem do pieczenia. Piekarnik nagrzać do 190 st C, ciasto ponakłuwać widelcem i wstawić na 10 minut.
Wyjąć z piekarnika, obłożyć jabłkami. Pozostała cześć ciasta rozkruszyć na owoce. Piec kolejne 40 minut. Po upieczeniu ostudzić, oprószyć cukrem pudrem.