Browsing Category

przepisy

cukinia
przepisy

Przepis na obiad zdrowszy niż KFC

Ale mam ochotę na KFC…
To się wszystko zaczęło w zeszłym tygodniu.
To się zaczęło przez mojego sąsiada.
Przez jego łakomstwo i brak opamiętania.
I przez łakomstwo i brak opamiętania jego rodziny.

A mianowicie w zeszłym tygodniu mój sąsiad z rodziną zamówili KFC.
Taki największy kubełek.
Pachnących.
Gorących.
Tłustych.
I okropnie niezdrowych kawałków kurczaka w panierce.

I ja akurat jechałam windą tuż po tym jak tą windą jechał do nich dostawca.
Z tym największym kubełkiem pełnym kurczaków.
I frytek.
I pepsi coli.
I z tym w windzie odurzającym zapachem.

Pod drzwiami minęłam się z dostawcą.
Więc już nie było wątpliwości.
Że oni naprawdę to zamówili.
No i ja od tej pory wpadłam w jakąś obsesję.

W obsesję wpadłam na punkcie tych kurczaków.
W pikantnej panierce.
W tym ogromnym kubełku.
Na pewno nie w mniejszym.
O nie.

Od tygodnia się próbuję powstrzymać.
No bo w końcu jestem odpowiedzialna za zdrowie mini człowieka w moim brzuchu.
A taki kubełek kurczaków zdrowy nie jest.
Wiadomo.

No i tak w związku z tym.
Zrobiłam taki obiad zdrowszy od KFC.
Natomiast nie aż tak zdrowy jak na przykład jarmuż zmiksowany z wodą i owocami goji.

Ten zdrowszy przepis to wymyśliła moja mama.
Jak dla mnie to jest bardzo pyszne.
Mniej więcej smakowo to wypada na skali od jednego do dziesięciu jakieś sześć, siedem.
Biorąc pod uwagę, że w tym momencie dziesięć to dla mnie jest tylko i wyłącznie największy kubełek KFC.

Mój mąż jak to zjadł.
To nie był zachwycony.
Powiedział, że po prostu spodziewał się w tym obiedzie mięsa.
A ponieważ mięsa nie było to czuje się lekko oszukany, i że on tego więcej nie chce na obiad.
Ewentualnie na kolację.

Także to już zostawiam Wam do zadecydowania.
Czy to będzie obiad.
Czy to będzie kolacja.
A może to będzie przystawka przed największym kubełkiem z KFC.

Cukinie faszerowane (porcja dla dwóch osób)

3 cukinie
Dwie kulki mozzarelli
24 pomidorki koktajlowe
12 listków bazyli
6 łyżeczek oliwy
sól i pieprz

Cukinie przecinamy na pół, wzdłuż.
Wydrążamy w środku.
Mozzarellę kroimy w kostkę.
Tak samo kroimy pomidorki.
Listki bazylii rwiemy na małe kawałki.
I te pokrojone rzeczy mieszamy ze sobą oraz mieszamy z oliwą z oliwek, solą i pieprzem.
Nakładamy to do cukinii.
I pieczemy w piekarniku w 200 stopniach przez około 25-30 minut.

Świetnie smakuje z sałatą.
A jeszcze lepiej z największym kubełkiem z KFC 😉

kredki1
pomysły na weekend, przepisy

Po weekendzie – film, książka, kredki i szarlotka

Tym razem chciałam się z Wami podzielić swoim weekendem.
A dokładniej kilkoma pomysłami, jak taki weekend spędzić gdy pogoda nie zachęca do wyjścia z domu.

– Po pierwsze film

Mamy z Maćkiem taką tradycję, że w sobotę wieczorem oglądamy film.
Robimy wielką michę popcornu.
Siadamy na kanapie.
I przez godzinę nie możemy się zdecydować jaki film obejrzeć.
Popcorn już dawno zjedzony.
My załamani.
Późna godzina.
Ja ziewam.
Tak jest zazwyczaj.
Ale w tę sobotę udało się wybrać film od razu.
Maćkowi polecił go kolega z pracy.
Mi się nie chciało wybrzydzać, więc film został wybrany przed pożarciem popcornu.
Film się nazywa “Nowy początek” w oryginale “Arrival” i jest to film z gatunku science fiction.
Tak wiem.
To nie wydaje się być najlepszym wyborem na sobotni film z mężem.
Ale uwierzcie mi, że okazał się strzałem w dziesiątkę.
Film trzyma w napięciu od początku do końca.
Zaskakuje zakończeniem.
A ja do dzisiaj zastanawiam się jak bym się zachowała na miejscu głównej bohaterki.
No i oczywiście poryczałam się.
Na filmie science fiction o tym, jak to na świecie ląduje UFO.
Także tak.

– Drugi pomysł na weekend to książka

Książka, którą aż wstyd się przyznać ale skończyłam w sobotę właśnie czytać po raz pierwszy w życiu.
“Wichrowe wzgórza” to powieść bardzo dziwna.
Piękna i straszna jednocześnie.
O wielkiej miłości i wielkiej nienawiści.
Zła i mroczna, a mimo wszystko dająca poczucie jakiegoś głębszego sensu i wiary w to, że miłość zwycięży.
Na pewno nie banalna.
Fanów wszystkich pięćdziesięciu twarzy Greya muszę zmartwić, ale pikantnych szczegółów w niej nie ma.
Jednakże czytałam ją z wypiekami na twarzy i oderwać się od niej nie mogłam.
Klasyk nie bez powodu.
Kto nie czytał – polecam.

– Po trzecie kredki na palce

U nas już od jakiegoś czasu hit nad hitami.
Kajka marze nimi zapamiętale.
Zmienia z namysłem kolory.
Pokrywa metry papieru energicznie tworzonymi bohomazami.
Czasem w chwili mojej nieuwagi bazgroł ląduje na stołku bądź kanapie – także kredki pod nadzorem.
Mega w tych kredkach jest fajne, że nijak się ich nie da włożyć do oka.
Są chyba niesmaczne, bo Kaja ich nie je – a je prawie wszystko!
Oraz można z nich układać wieżę, czym kończy się każda sesja rysowania.
Dla malucha na pierwsze kredki – super!

– Czwarty pomysł – szarlotka

Szarlotka w weekend to klasyk.
Zawsze się sprawdza.
Najlepiej zrobić w sobotę rano i cały weekend podjadać.
Na gorąco z blachy.
Z lodami.
Na drugie śniadanie.
Na podwieczorek i po kolacji.
A przepis jak zwykle z White Plate „Słodkie”.
No nic nie poradzę ale każde ciasto, które zrobię z tej książki to jest hit.
Pyszna.
I prosta.
Nawet teściowa pochwaliła 😉

Szarlotka polska:

ciasto:
300 g mąki
150 g masła
100 g cukru
3 żółtka
80 g śmietny
1/2 łyżeczki sody oczyszczonej

jabłka:
1 kg jabłek
100 g cukru
2 łyżeczki przyprawy do piernika
1 łyżeczka ekstraktu z wanilii

Zagnieść wszystkie składniki na gładkie kruche ciasto i podzielić na dwie części. Jabłka obrać, pokroić. Na patelni rozpuścić trochę masła, wrzucić jabłka, podsmażyć aż puszczą sok, dodać cukier i przyprawy, dusić do czasu, aż się rozpadną (10-15 minut). Odstawić do ostudzenia.
Wylepić połowa ciasta dół blachy obłożonej papierem do pieczenia. Piekarnik nagrzać do 190 st C, ciasto ponakłuwać widelcem i wstawić na 10 minut.
Wyjąć z piekarnika, obłożyć jabłkami. Pozostała cześć ciasta rozkruszyć na owoce. Piec kolejne 40 minut. Po upieczeniu ostudzić, oprószyć cukrem pudrem.

azzal1
przepisy, życie

Aż żal

Macie tak?
Otwieracie szufladę albo szafkę.
A tam pachnące świeczki.
Cytrusowe pilingi.
Mydełka jak cukierki.
I pudełeczka czekoladek, belgijskich, ręcznie robionych.
Leży to wszystko i aż żal otworzyć takie to piękne.

Kiedyś ktoś nam na imieniny czy pod choinkę sprezentował takie cudo.
No i leży.
Starzeje się.
Data ważności mija.
Mija data spożycia.
I sru do kosza po paru latach.

A jak żal!
Że się tych czekoladek nie zjadło, tylko zamiast tego maltanki wsuwało.
Bo to przecież okazji nigdy na te czekoladki nie było.
Że się tego pilingu nie użyło, tylko najtańszym mydłem z biedronki myło.
Bo przecież ten piling taki wyjątkowy.
Luksusowy taki, że aż żal otworzyć.

Ostatnio, po paru latach przekonywania siebie z Maćkiem nawzajem, że to już najwyższy czas, wyrzuciliśmy stare ręczniki.
Stare to mało powiedziane.
Te ręczniki spędziły ze mną pół życia.
Były sponiewierane jak siemasz.
I w sumie to jak je wyrzucaliśmy, to nawet na działkę, albo na ścierki jakieś nie zostały wydelegowane.
Tylko od razu do kontenera.

I zamówiliśmy sobie ręczniki totalnie wypasione.
Miękkie jak kaczuszka.
Puszyste, duże i bardzo drogie.
Tak nam się przynajmniej wydawało, że one są bardzo drogie, dlatego tak zwlekaliśmy z tą ręczników zamianą.
Ale jak sobie przeliczyłam, że poprzednie używałam równo 12 lat – wiem aż wstyd się przyznać, ale znam takich co używają jeszcze dłużej 😉
To tak naprawdę wyszło mi za taki nowy ręcznik niecała złotówka miesięcznie.
A jaka jest radość.
Jak po prysznicu się takim miękkim ręcznikiem człowiek otuli a nie trze sobie skóry papierem ściernym w kolorze spranych odchodów.
(bo tak się już mniej więcej prezentowały nasze poprzednie ręczniki…)

A te ręczniki dla mnie to jest przykład tego jak siebie traktujemy na co dzień.
Jak sobie odmawiamy najzwyklejszych przyjemności.
Takich zwykłych, codziennych.

Jak to pijemy z wyszczerbionych kubków.
Śpimy w poplamionej, dwudziestoletniej pościeli.
Nosimy podarte dresy.

Ładne naczynia, sztućce i tę piękną wazę w kwiaty od babci wyjmujemy tylko na święta.
A ponieważ święta organizowałam do tej pory tylko raz, to te wszystkie rzeczy wyjęłam tylko raz.
No aż żal.

Rok temu wybrałam się z koleżankami na targi modowe Hush Warsaw.
Wyrwałam się z domu.
Od dziecka.
Od podartego dresu.
Od nieumytej głowy.
Bo z tej okazji głowa została umyta.
I zamiast kupić sobie jakiś miły, nowy, mięciutki dres.
I ewentualnie pachnący szampon.
To ja oszalałam.
I kupiłam sobie masę sukienek.
A dokładnie dwie.

Miałam już w głowie wizję siebie, jak to w tych sukienkach biegam z rozwianym włosem po łące pełnej dmuchawców.
Jaka jestem w tych sukienkach szczupła, powabna i wolna.
Tak mnie ta wizja pochłonęła, i chęć zmiany swojego wizerunku na jedną z tych matek, co to w internecie w sukienkach pląsają, w drugiej ręce trzymając słodkie niemowlę, że się skusiłam i kupiłam te dwie sukienki.
Za jakiś majątek.

Jak się domyślacie nie założyłam ich ani razu.
No dobra.
Jedną założyłam raz na imieniny teściowej i to był duuuuuży błąd, bo sukienka była długa do ziemi i przy każdym kucnięciu czy schyleniu się do raczkującej wtedy Kajki przydeptywałam materiał z tyłu i parę razy się nieźle wyrżnęłam wstawając.
Nie wiem jak Wy matki z internetu ganiacie za dziećmi w tych kieckach, ale czuje do Was respekt i szacunek wielki.

Druga sukienka za to okazała się nie do założenia już w ogóle.
Gdyż jest ona tak skonstruowana, że nie posiada pleców.
Nie ma więc za bardzo jak założyć do niej stanika.
A ponieważ dekolt ma z gatunku tych przewiewnych, to ja już zupełnie nie wiem co w tym wypadku zrobić żeby jakoś tę klatkę piersiowa przed światem ukryć…
Wisi więc w szafie z nie zdjętą wciąż metką i straszy me oczy swoją ceną.
Aż żal.

W tym roku podczas wiosennych porządków i postanowień stwierdziłam, że nie ma co na siłę robić z siebie nimfy.
Nie ma co też kitrać po szafach luksusowych prezentów i tak zwanych umilaczy życia.
Bo jeśli nie mam jak chodzić w sukienkach.
To chociaż pod tym dresem będę pachnieć cytrusowym pilingiem.
I wycierać się będę miękkim ręcznikiem.

W ramach tych postanowień, zerknęłam co też tam mam w zamrażarce i skarby znalazłam w postaci mrożonych śliwek węgierek.
I zamiast je trzymać na świetego nigdy zrobiłam placek ze śliwkami.
I zjem go z lodami śmietankowymi wieczorem z mężem.
Siedząc pod nowym kocem, który jest miękki i piękny i kosztował mnie tyle co nowa sukienka.
I niczego żałować nie będę.

Przepis na placek ze śliwkami (banalny) z książki White Plate „Słodkie” :

Ciasto kruche:
125 g mąki
125 g schłodzonego masła, pokrojonego w kostkę
75 g drobnego cukru do pieczenia
1 żółtko

Na wierzch:
500 g śliwek
łyżka cukru do posypania

Piekarnik rozgrzać do temp. 190 st. C.
Składniki na ciasto wymieszać.
Ciastem wylepić foremkę.
Na wierzchu ułożyć śliwki, nacięciami do góry.
Posypać cukrem.
Piec 45-50 minut.