Browsing Category

przepisy

azzal1
przepisy, życie

Aż żal

Macie tak?
Otwieracie szufladę albo szafkę.
A tam pachnące świeczki.
Cytrusowe pilingi.
Mydełka jak cukierki.
I pudełeczka czekoladek, belgijskich, ręcznie robionych.
Leży to wszystko i aż żal otworzyć takie to piękne.

Kiedyś ktoś nam na imieniny czy pod choinkę sprezentował takie cudo.
No i leży.
Starzeje się.
Data ważności mija.
Mija data spożycia.
I sru do kosza po paru latach.

A jak żal!
Że się tych czekoladek nie zjadło, tylko zamiast tego maltanki wsuwało.
Bo to przecież okazji nigdy na te czekoladki nie było.
Że się tego pilingu nie użyło, tylko najtańszym mydłem z biedronki myło.
Bo przecież ten piling taki wyjątkowy.
Luksusowy taki, że aż żal otworzyć.

Ostatnio, po paru latach przekonywania siebie z Maćkiem nawzajem, że to już najwyższy czas, wyrzuciliśmy stare ręczniki.
Stare to mało powiedziane.
Te ręczniki spędziły ze mną pół życia.
Były sponiewierane jak siemasz.
I w sumie to jak je wyrzucaliśmy, to nawet na działkę, albo na ścierki jakieś nie zostały wydelegowane.
Tylko od razu do kontenera.

I zamówiliśmy sobie ręczniki totalnie wypasione.
Miękkie jak kaczuszka.
Puszyste, duże i bardzo drogie.
Tak nam się przynajmniej wydawało, że one są bardzo drogie, dlatego tak zwlekaliśmy z tą ręczników zamianą.
Ale jak sobie przeliczyłam, że poprzednie używałam równo 12 lat – wiem aż wstyd się przyznać, ale znam takich co używają jeszcze dłużej 😉
To tak naprawdę wyszło mi za taki nowy ręcznik niecała złotówka miesięcznie.
A jaka jest radość.
Jak po prysznicu się takim miękkim ręcznikiem człowiek otuli a nie trze sobie skóry papierem ściernym w kolorze spranych odchodów.
(bo tak się już mniej więcej prezentowały nasze poprzednie ręczniki…)

A te ręczniki dla mnie to jest przykład tego jak siebie traktujemy na co dzień.
Jak sobie odmawiamy najzwyklejszych przyjemności.
Takich zwykłych, codziennych.

Jak to pijemy z wyszczerbionych kubków.
Śpimy w poplamionej, dwudziestoletniej pościeli.
Nosimy podarte dresy.

Ładne naczynia, sztućce i tę piękną wazę w kwiaty od babci wyjmujemy tylko na święta.
A ponieważ święta organizowałam do tej pory tylko raz, to te wszystkie rzeczy wyjęłam tylko raz.
No aż żal.

Rok temu wybrałam się z koleżankami na targi modowe Hush Warsaw.
Wyrwałam się z domu.
Od dziecka.
Od podartego dresu.
Od nieumytej głowy.
Bo z tej okazji głowa została umyta.
I zamiast kupić sobie jakiś miły, nowy, mięciutki dres.
I ewentualnie pachnący szampon.
To ja oszalałam.
I kupiłam sobie masę sukienek.
A dokładnie dwie.

Miałam już w głowie wizję siebie, jak to w tych sukienkach biegam z rozwianym włosem po łące pełnej dmuchawców.
Jaka jestem w tych sukienkach szczupła, powabna i wolna.
Tak mnie ta wizja pochłonęła, i chęć zmiany swojego wizerunku na jedną z tych matek, co to w internecie w sukienkach pląsają, w drugiej ręce trzymając słodkie niemowlę, że się skusiłam i kupiłam te dwie sukienki.
Za jakiś majątek.

Jak się domyślacie nie założyłam ich ani razu.
No dobra.
Jedną założyłam raz na imieniny teściowej i to był duuuuuży błąd, bo sukienka była długa do ziemi i przy każdym kucnięciu czy schyleniu się do raczkującej wtedy Kajki przydeptywałam materiał z tyłu i parę razy się nieźle wyrżnęłam wstawając.
Nie wiem jak Wy matki z internetu ganiacie za dziećmi w tych kieckach, ale czuje do Was respekt i szacunek wielki.

Druga sukienka za to okazała się nie do założenia już w ogóle.
Gdyż jest ona tak skonstruowana, że nie posiada pleców.
Nie ma więc za bardzo jak założyć do niej stanika.
A ponieważ dekolt ma z gatunku tych przewiewnych, to ja już zupełnie nie wiem co w tym wypadku zrobić żeby jakoś tę klatkę piersiowa przed światem ukryć…
Wisi więc w szafie z nie zdjętą wciąż metką i straszy me oczy swoją ceną.
Aż żal.

W tym roku podczas wiosennych porządków i postanowień stwierdziłam, że nie ma co na siłę robić z siebie nimfy.
Nie ma co też kitrać po szafach luksusowych prezentów i tak zwanych umilaczy życia.
Bo jeśli nie mam jak chodzić w sukienkach.
To chociaż pod tym dresem będę pachnieć cytrusowym pilingiem.
I wycierać się będę miękkim ręcznikiem.

W ramach tych postanowień, zerknęłam co też tam mam w zamrażarce i skarby znalazłam w postaci mrożonych śliwek węgierek.
I zamiast je trzymać na świetego nigdy zrobiłam placek ze śliwkami.
I zjem go z lodami śmietankowymi wieczorem z mężem.
Siedząc pod nowym kocem, który jest miękki i piękny i kosztował mnie tyle co nowa sukienka.
I niczego żałować nie będę.

Przepis na placek ze śliwkami (banalny) z książki White Plate „Słodkie” :

Ciasto kruche:
125 g mąki
125 g schłodzonego masła, pokrojonego w kostkę
75 g drobnego cukru do pieczenia
1 żółtko

Na wierzch:
500 g śliwek
łyżka cukru do posypania

Piekarnik rozgrzać do temp. 190 st. C.
Składniki na ciasto wymieszać.
Ciastem wylepić foremkę.
Na wierzchu ułożyć śliwki, nacięciami do góry.
Posypać cukrem.
Piec 45-50 minut.