Browsing Category

życie

In-a-world-where-you-can-be-anything-be-kind.
życie

Ludzie

Bądźmy takimi ludźmi, jakich chcielibyśmy spotkać na swojej drodze.

Przed porodem umówiłam się z jedną położną.
Że będzie mnie wspierać przed i po porodzie.
I że w trakcie to już w ogóle będzie mnie wspierać totalnie.
Podpisałyśmy umowę.
Kwota była z góry ustalona.
No i jak się zaczęło.
To ja do niej napisałam smsa.
Że chyba się zaczęło.
To była jakaś trzecia nad ranem.
Więc nie chciałam jej budzić.

Po jakimś czasie gdy już wydało mi się to konieczne,
a od umówionej położnej odpowiedzi był brak.
Zadzwoniłam.
Dzwonię a ona odbiera i mówi.

Pani Iwo.
Jeszcze raz napisze mi pani smsa i kończymy naszą współpracę.

Rozumiem. Mówię.
Chociaż nie rozumiem.

Mam skurcze tak co piętnaście minut. Mówię.

I rzeczywiście mam skurcze tak co piętnaście minut.

Z takimi skurczami proszę mi nie zawracać głowy.
Proszę wracać do domu, wejść do wanny i czekać.

Rozumiem. Mówię.
Chociaż nie rozumiem.

Ale wracam do domu.
Wchodzę do wanny i czekam.
Czekam tak długo aż dalsze czekanie wydaje mi się już ryzykowne.
Dzwonię do niej.

Jadę do szpitala. Mówię.

Oj nie. Nie nie.
Nie może pani, pani Iwo jechać do szpitala.
Nie ma u nas miejsca dla pani.
No chyba że chce pani rodzić w izbie przyjęć.
To jaka jest pani decyzja?

Moja decyzja jest taka, że ja w izbie przyjęć rodzić nie chcę.
Więc jadę do innego szpitala.
Dziękuję.
Do widzenia.

I naprawdę jadę do innego szpitala.

Skurcze mam już takie jakby mnie ktoś wyżymał jak mokrą skarpetkę nad umywalką.
No w skrócie po prostu bardzo bolesne mam już te skurcze.

W innym szpitalu.
Inna położna.
Nie opłacona.
Zupełnie za darmo.
Mówi do mnie pobierając mi krew.
Ja panią bardzo przepraszam ale teraz trochę panią zaboli bo muszę wbić igłę.

Haha.
Mówię.
Dyszę pomiędzy skurczami.
Przecież to nic.
Te igły wbicie.
To dla mnie teraz nic.

A ona mnie potem za rękę trzyma gdy mąż podczas znieczulenia wymięka.
I zielony wychodzi z sali.
I ona mi mówi.

Spokojnie.
Oddychamy.
Powoli.
Oddychamy.

Gdy widzi, że już jest naprawdę ciężko.
I mówi to tak spokojnie.
Że ja oddycham.
Powoli.
Oddycham.

I ona tak za darmo.
Zupełnie za darmo.
Jest dla mnie miła.

Potem już później.
Leżę wieczorem w tym innym szpitalu.
I centralnie nad moja głową jest taka lampka.
Świeci mi ta lampka prosto w twarz.
I prosto na mojego maleńkiego synka świeci.

Przepraszam gdzie to się wyłącza?
Pytam pielęgniarki gdy do mnie zagląda.

Tego się nie wyłącza.
Oszalała pani?
Musi pani w nocy dziecko widzieć.
Czy żyje musi pani widzieć.
I jak pieluchę pani po ciemku chce dziecku zmienić?
No jak?

Nie wiem jak zmienić po ciemku pieluchę.
I rzeczywiście wolę widzieć czy dziecko żyje.
Więc nic nie mowię.
I nie śpię.
Bo się z tą lampką nad twarzą włączoną spać nie da.
I nie śpię bo się nagle zaczynam stresować czy dziecko żyje.

Następnej nocy ta sama lampka.
W twarz moją i na mojego synka świeci.

Inna pielęgniarka wchodzi.
Gasi lampkę.
Zapala światło w łazience.
Drzwi uchyla tak żebym widziała czy dziecko żyje.
I żebym dziecku pieluchy po ciemku nie musiała zmieniać.
I mówi.

Matko kochana co pani tak z tą lampką nad głową włączoną śpi!
Przecież to się tak spać nie da!
Teraz na pewno będzie lepiej.

I uśmiecha się do mnie.
Ta inna pielęgniarka.
Uśmiecha się do mnie.

Leżę potem długo.
I na tę smugę światła padającą z łazienki się patrzę.
Jak to niewiele trzeba.
A jednak dla niektórych za wiele.

Otwieram notes i piszę.

Bądźmy takimi ludźmi, jakich chcielibyśmy spotkać na swojej drodze.

*Obrazek ze strony http://emilysquotes.com/in-a-world-where-you-can-be-anything-be-kind/

spieszmy
życie

Śpieszmy się jeść naleśniki.

Muszę Wam powiedzieć, że ostatnio mam jakoś problem z pisaniem pozytywnych postów.
Co jakiegoś napiszę to zaraz kasuję.
Bo same smęty.
Jakieś narzekania.
Strachy na lachy.
I inne przedporodowo-końcowo ciążowe teksty.
W stylu:
Mam wszystkiego dosyć.
Jestem wielką foką.
Wszystko mnie boli.
Dajcie mi wszyscy święty spokój.
Boję się porodu.
Boję się, że oszaleję z dwójką małych dzieci.
Wkurza mnie, że nie znam dnia ani godziny porodu.
Nie mamy wystarczającej ilości jedzenia w lodówce na czas po porodzie.
Jak ja dam sobie radę jak mnie po porodzie położą w szpitalu na korytarzu.
I tego typu tematy.
Zawładnęły moim pisaniem.
Co się kończy finalnie kasowaniem tego.
Bo ja nie chcę żebyście pomyśleli, że ja taka jestem marudna.

Tak więc dzisiaj zamiast narzekać to ja właśnie na przekór napiszę coś pozytywnego.
I mimo tego, że z mądrością życiową mam tyle wspólnego co jarmuż z nutellą.
Na co wskazuje chociażby fakt taki, że gdy tylko mam wybór między tymi dwoma to bez wahania wybieram nutellę.
I tak wiem, że amerykańscy naukowcy odkryli, że nutella jest oszałamiająco szkodliwa.
To jednak się trochę pomądrzę.

A mianowicie.
Cieszcie się życiem.
Polubcie to co macie.
Rozejrzyjcie się wokół siebie.
I zobaczcie co Was otacza.
Jacy ludzie.
Jakie emocje.
Relacje.
Rzeczy.

Jeżeli jest bardzo źle.
No to sorry.
Współczuję.
Nie ma rady.

Ale pewnie tak źle nie jest.
A prawda jest taka.
Że zakładam.
I mam szczerą nadzieję.
Że każdy z Was ma co jeść.
Ma gdzie mieszkać.
I nie jest kompletnie sam.

Nic nie jest nam dane raz na zawsze.
Każdy dzień kiedyś się skończy.
Każdy rozdział zamknie.
Kiedyś.
Musimy o tym pamiętać.
Na przykład robiąc naleśniki.
Że kiedyś w końcu je zjemy.
I czy to będzie naleśnik pszenny z nutellą.
Czy też orkiszowy z jarmużem, to tak naprawdę jutro będzie już poza nami.
Mam przynajmniej taką nadzieję.
Chyba że macie problemy gastryczne.
Wtedy może chwilę dłużej.

Jest taki wiersz Twardowskiego.
Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą…
Na pewno go znacie.

Ostatnio odszedł ktoś, kto odejść jeszcze nie powinien.
Zresztą kto powinien.
Ciężko tu spekulować.

I w takich sytuacjach.
Nagle sobie przypominamy.
Że o rany ale ja byłam głupia.
Że tak na niewygody ciążowe narzekam.
Ale ze mnie idiotka, że się na męża wściekam.
Bo byle jak pranie wiesza i rękawów nie odwija.
Że chyba mi odbiło.
Że na dziecko fukam.
Bo akurat zawsze w środku śniadania.
Gdy herbata paruje.
I jajecznica gorąca.
To ona chce na nocnik siadać.
A tu komuś się życie zawala.
Ktoś kogoś najważniejszego na świecie na zawsze traci.

Więc z tymi ludźmi.
Najważniejsze, że są.
Trzeba to codziennie doceniać.
Pamiętać.

I nie tylko ludzie.
Ale te naleśniki na przykład.
Śpieszmy się je smażyć.
Śpieszmy się piec ciasta.
Śpieszmy się biegać na bosaka po trawie za naszymi dziećmi.
Puszczajmy bańki.
Znajdźmy po pracy chwilę na spacer.
Zróbmy popcorn i obejrzyjmy razem komedię.
Pływajmy w jeziorze na golasa.
Wydajmy ostatnie pieniądze na bilet nad morze.
Kupmy sobie wymarzoną torebkę.
Usmażmy mężowi kaszankę po pracy.
Śpieszmy się puszczać latawce.
Skakać w kałużach.
Układać puzzle.
Upieczmy kurczaka w miodzie.
I zjedzmy go całego z frytkami.
Zamówmy pizzę peperoni.
Z podwójnym serem.
Idźmy do włoskiej knajpy na tiramisu.
Śpieszmy się włożyć nową sukienkę.
Użyć różowej szminki.
Rozpuścić włosy.
Zmoknąć na deszczu.
Pośpieszmy się z tym, co wiecznie odkładamy.
O czym marzymy.
Na co czekamy.
Nie głódźmy się.
Nie katujmy.
Nie wymagajmy od siebie zbyt wiele.
Nie wieszajmy codziennie prania.
Nie stawiajmy nieosiągalnych celów.
Nie bójmy się pobrudzić sukienki.
Mieć kurzu za kanapą.
Ani lepiącego się stołu.
Pijmy wino.
Grajmy w pokera.
Śpieszmy się jeść naleśniki.

sloiki1
życie

Słoiki

Jeżeli zastanawiacie się jakie pytanie z ust mojego męża pada ostatnio w moją stronę najczęściej.
I bierzecie pod uwagę takie oto opcje:

1)  Czy mogę ci zrobić masaż?
2) Czy nie chciałabyś może skoczyć na kawę z koleżankami a ja w tym czasie zajmę się dzieckiem?
3) Czy kupić ci czekoladę z orzechami czy może krówki z Olecka?

Tu mała dygresja.
Koło mnie w sklepie zaczęli sprzedawać krówki z Olecka i to jest jakiś kosmos krówkowy.
Najlepsze krówki świata.
Serio!

W każdym razie, jeżeli zastanawiacie się, które z wyżej wymienionych pytań pada z ust mojego męża najczęściej.
To muszę Was zaskoczyć odpowiedzią.
Gdyż żadne.
No niestety.
Ale taka jest prawda.
Że w ostatnim czasie najczęściej padającym w moją stronę pytaniem jest…..

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

Po czym Maciek dodaje.

Bo wiesz. Powoli już nie mamy miejsca w spiżarce.
Słoików mamy już chyba milion.
Słoik na słoiku słoikiem pogania.
I serio już chyba wystarczy nam tych słoików do końca świata.
A ja już nie mam miejsca na swoje żarówki.
Oraz na swoje baterie.

Kolejna dygresja.
Mój mąż nie wiadomo po co.
Gromadzi niekończące się zapasy bateri.
Od takich mini płaskich kółeczek.
Po takie gigantyczne bateriowe bloki.
Każda jego wyprawa do obi, bricomana czy castoramy.
A nawet każda jego wyprawa do Ikei.
To nowa paczka bateri.
Dam sobie za to rękę uciąć, że jakieś baterie z półki sklepowej weźmie.
To samo jest z żarówkami.

Więc gdy mój mąż pyta:

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

Odpowiadam.
Tak.
Znowu.

Przyznaję się.
Że namiętnie kupuję słoiki.
Całe zgrzewki słoików kupuję.
Takich malutkich.
Na konfiturę z malin.
Dla mojej córki do kaszki.
Na jesienne chłody.
I na zimowe mrozy.
Robię jej na drugie śniadanie kaszę jaglaną z dwoma łyżeczkami takich ze słoika malin.

Kupuję kompulsywnie słoiki trochę większe.
Na dżem truskawkowy.
Który smakuje niebiańsko rozsmarowany na naleśnikach.
Na jakiś późny obiad gdy humor słaby.
Za oknem ciemno.
A w brzuchu burczy.
To ten talerz naleśników na środku drewnianego postawiony stołu.
I małe rączki, które po te naleśniki sięgają.
Od razu humor zmieniąją na lepszy.
I ta łyżka oblizana w truskawkowym dżemie.
I te pod nosem dziecięcym truskawkowe wąsy.

Zaopatruję się stale w średnie słoiki.
Idealne na konfiturę z moreli.
Która ze świeżą bagietką rano w niedzielę.
Gdy siedzimy razem przy śniadaniu.
We flanelowych piżamach.
I ciepłych skarpetach.
I nikomu się nigdzie iść nie chce.
I z tych piżam się nie chce wychodzić.
Bo jest zimno i mokro.
A w domu tak ciepło i miło.
I w ręku paruje kubek z kakao.
To ten dżem na tej bagietce wtedy.
To znika jak kot na widok mandarynki.

Tu znowu mała dygresja.
Mój świętej pamięci kot nie znosił zapachu mandarynek.
Jak tylko widział jakąś w swoim pobliżu od razu symulował odruch wymiotny.
I oddalał się w tempie ekspresowym.

Wracając do tematu słoików.
To kupuję jeszcze słoiki największe.
To znaczy bez przesady.
One nie są aż takie wielkie jak na przykład słoiki na ogórki.
Które nota bene kupiłam również.
Aczkolwiek do ogórków to ja talentu nie mam.
Bo po zawekowaniu.
Zaczęły mi syczeć.
Bulgotać.
I bardzo niebezpiecznie się w tych sloikach zachowywać.
Co mnie lekko stresowało ilekroć obok nich przechodziłam.
Czytałam oczywiście różne tego zjawiska opisy w internecie.
I znalazłam dwie odpowiedzi.
Z których do dzisiaj nie wiem, która jest właściwa.
A mianowicie:

1) to normalne.
Ogórki tak mają.
Posyczą trochę a potem przestaną.

2) to nienormalne.
Ogórki tak nie powinny się zachowywać.
A jeżeli tak się dzieje należy się ich pozbyć.
Gdyż nic z nich dobrego nie będzie.

Najbardziej mnie przeraziła wizja wybuchu.
I rozbryzgu ogórków.
Wraz z resztkami słoików największych.
Dlatego na próbę otworzyłam jeden słoik.
I ogórki zjadłam.
A resztę schowałam do spiżarki.
Aby sobie tam syczały.
I ewentualnie wybuchały.

Wracając do tematu.
To kupuję te słoiki większe.
Ale mniejsze od tych największych.
Na najlepsze na świecie powidła.
Z polskich węgierek.
Z przepisu prababci.
No to już jest gwóźdź programu.
Najcenniejsze słoiki ever.
Najważniejszy etap słoikowego szaleństwa.
Mistrzostwo świata w słoiku.
Tyle emocji pod metalową nakrętką.

Na przykład wspomnienie bułki wrocławskiej z tymi powidłami właśnie jedzonej.
Trzydzieści lat temu.
Na ulicy Brackiej.
Podczas rżnięcia w karty po nocy.
W grę o nazwie Garibaldka.
Z ulubioną Babcią.
Gdy wielki drewniany zegar wybijał dwudziestą trzecią.
Bim bam.
Bim bam.
A ja krzyczałam jeszcze jedna partyjka!

To zapach kawy inki.
I mięciutka chałka.
Z tymi powidłami właśnie.
Które oblepiają palce.
Fioletowym sokiem.
Gdy siedzimy na kanapie pod kocem.
A w telewizji leci program o nosorożcach.
A za oknem śnieg.
I obok choinka pachnie jeszcze świętami.

Więc gdy mój mąż pyta mnie.

Czy ty znowu kupiłaś słoiki?

To odpowiadam.
Tak.
Bo te słoiki.
I ta ich zawartość, którą po nocach na patelni smażę.
To jest nasz dom.
To są wspomnienia z dzieciństwa.
To jest moja miłość do Ciebie.
To jest moja troska o Kaję.
To jest ciepły koc.
Otwarte ramiona.
Mocny uścisk dłoni.
Płomień świeczki na stole.
I uderzanie kropel deszczu o szybę.
Gdy siedzimy razem.
Z kubkiem gorącej herbaty.

Te słoiki najmniejsze.
Te średnie.
I te większe.
To jest nasza rodzina.
To leniwe poranki.
Wesołe uśmiechy.
Potargane włosy.
Okruchy pod stołem.
I oblizane łyżki.
To przytulne wieczory.
I rozchichotane popołudnia nad stosem naleśników.
Te słoiki to esencja domowego ogniska w najczystszej jego postaci.
To spokój i bezpieczeństwo.
To mój azyl.
To zamknięte w słoiku szczęście.

Na to mój mąż zawsze wzdycha z niedowierzaniem.
I pogodzony z tą sytuacją stwierdza.

Że no dobra.
Niech będzie.
Ale może już więcej nie kupuj.

lodzwgarazu
życie

Łódź w garażu

To było trochę ponad dwa lata temu.
Przeprowadziliśmy się właśnie do nowego mieszkania.
I on zadzwonił do drzwi.

Na oko jakieś 70 lat.
Wysoki.
Barczysty.
Sąsiad.

Ja potem mówiłam Maćkowi, że on tak wygląda jak Morgan Freeman.
Tylko biały.
No identycznie.

Speszył się wtedy na widok mojego brzucha bo to już ósmy miesiąc ciąży był.
I mega upalne lato.

Pogratulował serdecznie.
Do środka nie wszedł.
Tylko o męża pytał.
Bo że on ma sprawę z garażem.

Ma miejsce parkingowe tuż obok dwóch naszych.
I te nasze drugie nie używane chciałby wynająć.
Na takich oto zasadach, że tam nikt nie będzie stawał, żeby nam było wszystkim wygodnie.

I tak mu ten garaż dwa lata wynajmujemy.
Co dwa miesiące przynosi pieniądze.
Zawsze na progu staje.
Dalej nie chce wejść.

Raz przyszedł wieczorem.
A u nas Kabaret Starszych Panów na gramofonie.
Kaja śpi.
Pijemy wino.
A on akurat z butelką.
Na przeprosiny bo się za garaż z płatnością spóźnił trzy dni.

Niech Pan wejdzie.
To się razem napijemy!
Mówię.

Nie, nie.
Nie chcę przeszkadzać.
Jeszcze będzie czas.

I poszedł.

Przez okno nad kanapą, widać jego pracownię.
Masa książek.
Ołówków.
Nie wiadomo czego.
Na ścianie plakat z lat sześćdziesiątych.
Kobieta topless.
Lekko rozchylone usta.
To wszystko widać z tej naszej kanapy.

Kim on jest?
Mówię do Maćka.
Może pisarzem jest znanym jakimś albo reżyserem a my nawet o tym nie wiemy!

Maciek ma sprawdzić w księdze wieczystej.
Jeszcze będzie czas.

Co wieczór gdy szykuję kolację sąsiad ogląda jednego z dziesięciu.
Słychać zza ściany piiiiip piiiiip gdy ktoś odpowie źle.

Raz kaszle tak jakby konał normalnie.
Jakby sobie miał wypluć płuca łącznie z przeponą i łącznie z tchawicą.

Dzwonię do Maćka.
Słuchaj.
Sąsiad tam rzęzi.
Kaszle jakoś okropnie tak.
Że chyba na pogotowie zadzwonię.
Jak myślisz?

W końcu nie dzwonię.

Na początku lata stawia doniczki na parapecie.
Tak od strony patio.
Za barierką tarasu.

Maciek mówi.
Nie no pogięło sąsiada.
Zlecą te doniczki komuś na głowę.
Trzeba mu powiedzieć.

Jeszcze będzie czas.

Spotykamy go w garażu.
Wiesza przed samochodem butelkę na sznurku.
Żeby nie wjechać w ścianę przy parkowaniu.

Opowiada o Mazurach.
Że ma tam dom.
Że kocha.

No my też.
My też.

Trzeba się kiedyś spotkać.
Pogadać.
Nalewki z Mazur napić.

Jeszcze będzie czas.

Miesiąc temu wysiada z windy.
My akurat idziemy na spacer.

O ma pan pieska!
Mówi mój mąż wskazując na wilczura.
Który to posępnie spuszcza stary bury łeb.

Ze schroniska w Giżycku trzy dni temu go wziąłem.
I już go kocham.
Mówi on.
Dłoń kładzie czule na psim łbie.
I ewidentnie już go kocha.

W niedzielę od 6 rano pies wyje na tarasie.
Trzy godziny tak wyje.
Widać go przez okno nad kanapą.

Kajka wisi na parapecie i krzyczy.
Łałał!

Od trzech tygodni w garażu stoi łódź.
Po co mu ta łódź?
Pytam.
Pewnie z Mazur przywiózł.

Ciekawe kim on jest.
Muszę sprawdzić w księdze wieczystej.

Jeszcze będzie czas.

Mąż wraca od fryzjera.
Wiesz spotkałem w windzie córkę sąsiada.
I wyobraź sobie, że on nie żyje.
Położył się spać.
I już się nie obudził.

Ale jak to?
I co teraz z tym psem z Giżycka będzie?
A jeszcze wczoraj oglądał jednego z dziesięciu.
Kroiłam chleb a tu piiiiiip zła odpowiedź.
Piiiiiiip zła odpowiedź.
A ta łódź cały czas stoi.
Trzeba będzie wywiesić ogłoszenie w garażu.

Jeszcze będzie czas.