Browsing Category

życie

parasol
życie

Ekstremum niesamowitości i parasol w żywopłocie

Mój mąż uważa, że jestem niesamowita.

Normalnie ciagle mi to powtarza.

 

To się przytrafia w różnych sytuacjach.

Na przykład takich, kiedy idę na szybko do sklepu po cebulę.

Idę po tę cebulę do spaghetti, które to będę zaraz robić na obiad.

A w sklepie przypominam sobie nagle, że przecież się kończy mleko i jajka.

Zauważam naprawdę soczyste jabłka więc, biorę dwa kilo, bo są naprawdę soczyste.

Mamby truskawkowe dla dzieci, obiecałam im rano, że kupię.

I ulubione czerwone wino, bo jest akurat w promocji.

Do spaghetti będzie super pasowało.

Dorzucam dwie chrupiące bułki na kolację.

I jeszcze przy kasie zawracam po kwasek cytrynowy, bo mi się przypomniało, że trzeba odkamienić oczyszczacze i nawilżacze.

 

Wtaczam się do domu z tymi siatami.

A Maciek rozszerza źrenice, zaskoczony moją powracającą ze sklepu osobą.

I mówi.

 

Nie no Mała!

Przecież miałaś kupić jedną cebulę!

Ty jesteś niesamowita.

 

Zabiera ode mnie dwie pełne siatki zakupów.

Niestety nie ma tam cebuli.

Uświadamiam to sobie znienacka, gdy Maciek porusza jej temat.

Chcę zawracać do sklepu od razu.

Ale Maciek stanowczo uznaje, że teraz jego kolej, i że to on pójdzie kupić cebulę.

 

Wraca po dwudziestu minutach z jedną cebulą.

Miodowym piwem Ciechan.

Oraz serkiem do smarowania o smaku łososia.

Bo ty mi nigdy takiego nie kupujesz serka o smaku łososia, a ja go bardzo lubię.

Tłumaczy swój zakup nie patrząc mi w oczy.

A piwa miodowego to już od lat nie piłem.

Akurat na infekcje gardła się nada.

 

Kolejna sytuacja gdy jestem niesamowita, to ta, gdy Maciek szuka na przykład swoich słuchawek.

Otwiera szufladę gdzie do tej pory były jego słuchawki i ich nie widzi.

Nie widzi ich, bo ich już tam nie ma.

 

Staram się osiągnąć perfekcję oraz optymalizację, jeśli chodzi o organizację i umiejscowienie rzeczy w naszym mieszkaniu.

Osiąganie tej perfekcji oraz optymalizacji, wymaga ciągłego przeorganizowywania oraz przekładania rzeczy z miejsca na miejsce.

Tak, aby finalnie znaleźć dla nich miejsce idealne pod względem perfekcji oraz optymalizacji.

Maciek wie o tym moim staraniu, zaznaczył dość stanowczo, żebym nie starała się osiągać perfekcji i optymalizacji w jego szafie.

Po tym, jak mu wszystkie tiszerty poukładałam kolorami, a nie tak jak się okazało, że on układa, czyli przeznaczeniem do noszenia w różnych sytuacjach.

Tymczasem Maciek nie mogąc znaleźć swoich słuchawek w szufladzie, zwraca się do mnie mówiąc.

 

Nie no Mała!

Gdzie znowu przełożyłaś moje słuchawki?

Ty jesteś niesamowita.

 

Tymczasem ostatnio, to już było ekstremum mojej niesamowitości według mojego męża.

Jak jednego dnia poszłam na pocztę i padał deszcz.

Ten deszcz padał dość mocno.

A to była sobota.

Maciek został w domu z dziećmi bawiąc się z nimi w stadninę koni, którą zbudowali z poduszek, kocy i fotela.

A ja poszłam na pocztę, biorąc ze sobą elegancki czarny parasol.

 

Muszę się przyznać, że nie cierpię parasoli.

Taka zawaliręka jest z tego parasola totalna.

Prawie zawsze jest tak, że ten deszcz pada przez chwilę.

Potem padać przestaje.

A ty zostajesz z parasolem w ręku.

 

Trochę można go używać jako podpórki w kolejce po mięso, albo czekając na autobus.

Trochę jakiś połowiczny nordicwalking można uprawiać z takim parasolem.

Ale ja to nie czuję tego tematu parasolowego, więc unikam tego sprzętu jak ognia.

 

Tym razem jednak wzięłam parasol ze sobą, bo lało srogo.

Oczywiście jak przeszłam dziesięć metrów to lać przestało.

Zamknęłam parasol i już miałam go użyć jako kijka do połowicznego nordicwalking.

Gdy nagle mój wzrok zatrzymał się na wysokim żywopłocie obok chodnika, po którym właśnie szłam.

Nie zastanawiając się długo, wcisnęłam parasol do środka żywopłotu.

Obiecując sobie i parasolowi, że zabiorę go z powrotem w drodze powrotnej.

 

Wracając poszłam jednak inną drogą i zupełnie zapomniałam o parasolu w żywopłocie.

W mieszkaniu zastałam armagedon.

Stadnina koni przestała już być stadniną, gdyż wszystkie jej elementy poza fotelem zostały rozrzucone po całym mieszkaniu.

Maciek i dzieci w kocach niczym pelerynach i wełnianych czapkach na głowach dziwacznie się  gibali po salonie, w rytm piosenki kosmiczna żabka.

Taka tam zwykła sobota.

Już miałam zdjąć buty gdy nagle mnie olśniło.

 

Maciek wiesz co, ja jeszcze muszę wyjść na chwilę.

 

Ale jak to?

Zapytał mój mąż z przerażeniem w oczach, spoglądając na Kaję i Jasia którzy właśnie urządzili sobie na kanapie trampolinę.

 

No bo wiesz, zapomniałam wyjąć parasol z żywopłotu.

 

Tym razem mój mąż nic nie powiedział.

Zdjął z głowy wełnianą czapkę, z ramion różowy koc w indiańskie wzory.

I tylko jego spojrzenie, którym obrzucił cała moja osobę, bez dwóch zdań go zdradziło.

Że oto właśnie w jego mniemaniu, osiągnęłam ekstremum swojej niesamowitości.

posypka
życie

Matki

Poszłam na takie spotkanie z matkami.

Takie, że spotykamy się u jednej z matek w mieszkaniu.

I zabieramy ze sobą swoje córeczki.

Które to są najlepszymi przyjaciółkami w przedszkolu.

Te córeczki najpierw z mamami dekorują ciasteczka.

Jednocześnie je zjadając.

A następnie przebierają się w sukienki w jednorożce, oraz przebierają się w sukienki z krainą lodu.

Zakładają skrzydełka wróżek.

I oglądają Shimmer i Shine, machając nóżkami w kolorowych rajstopach.

 

W międzyczasie zjadają resztę posypki do ciasteczek.

W kształcie serduszek, gwiazdek i perełkowych kuleczek.

Finalnie mają fioletowe usta i śpiewają mam tę moc biegając po całym mieszkaniu z różdżkami.

A mamy w tym czasie otwierają wino i zaczynają rozmowę.

 

Rozmowa może iść różnymi torami.

Na przykład, jedna z mam może wyznać swoją pasję do pisania skarg.

Mówi wtedy do innych matek.

 

Bo wiecie dziewczyny, ja to umiem pisać tylko skargi.

Jak jedziemy do jakiegoś hotelu to tam się okazuje, że mi coś nie pasuje.

I wtedy ja piszę skargę, że mi to nie pasuje i mamy hotel za darmo.

Albo na przykład zamawiam sałatkę w restauracji.

A tam jest wyobraźcie sobie kawałek szkła.

W tej sałatce!

Piszę skargę.

I mam już w tej restauracji jedzenie za darmo.

Tak to mniej więcej wygląda.

Jedziemy z rodziną na wakacje.

Ja piszę skargę i nie muszę już za nic płacić.

No jestem w tym naprawdę dobra.

 

Inna matka.

Ta która nas zaprosiła na spotkanie na przykład, ma na wszystko wyjebane.

Mówi to już nalewając wino.

A ja to mam na wszystko wyjebane.

Rozsiada się na swojej srebrnej, lśniącej luksusem kanapie.

W swoim stutrzydziesto metrowym mieszkaniu urządzonym w stylu loft.

I mówi.

Ja to mam na wszystko wyjebane.

O naszym mieszkaniu to ludzie mówią, że jest takie, jakby zaprojektowali je najlepsi scenografowie.

Bo tak właśnie było.

Mam teraz parcie na pieniądze bo chce sobie kupić duży dom.

Więc te pieniądze zarabiam.

Pracuję już 22 lata w branży i każdy zna moje nazwisko, jak mi się nudzi jedna praca to zaraz dzwonią z kolejnej.

Bo mam na wszystko wyjebane.

Ty Iwa.

Tu matka, która ma na wszystko wyjebane zwraca się do mnie.

Ty jesteś bardzo zdolna.

Masz talent do pisania.

Tylko musisz wyjść poza krótką formę i napisać książkę.

Ja ci ją wyprodukuję.

 

W tym czasie dziewczynki znudzone oglądaniem bajek, zaczynają się bawić w chowanego.

Dwadzieścia dwa, dwadzieścia trzy, dwadzieścia czternaście, sto, szukam!

Krzyczy Kaja.

I rozbiegają się po całym loftowym mieszkaniu.

Pełnym loftowych lamp.

Książek o modzie i designie poukładanych w niedbałe stosy na podłodze.

Chowają się pod dwunastoosobowy dębowy stół.

Z jednego kawałka dębu wyciosany, który to wnosiło do mieszkania dwunastu mężczyzn.

Taki był ciężki.

 

Dziękuję.

Odpowiadam.

Miło usłyszeć, że ma się talent.

Zawsze.

A jak poznałyście waszych partnerów?

Pytam, żeby trochę odwrócić temat od siebie.

 

Ja przyjechałam z Czech ze swoim narzeczonym Polakiem.

Mówi matka, która pisze skargi.

I nagle się zorientowałam, że to nie to.

Rozstaliśmy się.

Ale już zostałam w Polsce, dostałam fajną pracę w mercedesie.

Poznałam swojego męża.

Pracuję teraz w korporacji.

Wychodzę o szesnastej.

I nic mnie nie obchodzi.

Tylko, żeby na czas odebrać dzieci.

I co zrobić na obiad.

Ewentualnie piszę jakąś skargę.

Dzisiaj na przykład o piątej trzydzieści rano smażyłam dla dziewczynek naleśniki.

Jednocześnie marzy mi się wyjazd gdzieś na wieś.

Dojenie krów.

I tylko pilnowanie, żeby żadna krowa nie spadła ze zbocza.

 

Zagryzam czerwone wino pierniczkiem z posypką różowo srebrzystą i kilkoma perełkami, które niebezpiecznie chrupią mi w zębach.

One chyba zwymiotują od tej posypki.

Mówię.

Patrząc w stronę dziewczynek, które stale podjadają kolorowe ozdoby, z misek stojących na dwunastoosobowym stole z jednego dębu wyciosanego.

Różowe serduszka, gwiazdki i perełkowe kuleczki.

 

Mi to się w ogóle mój partner nie podobał na początku.

Byłam pewna, że to nie to.

Mówi ta co ma wyjebane.

Ale mieliśmy wpadkę.

I jakoś tak wyszło.

Teraz to wam powiem, że go uwielbiam.

Normalnie jak poszliśmy do psychologa, bo mieliśmy z córeczką problemy.

To psycholog zamiast o dziecku mówił tylko o tym, jaki mamy udany związek.

Mój partner nie ma wad.

W ogóle mnie nie denerwuje.

Jesteśmy jak dwa niezależne wilki, których ścieżki się przecinają.

 

Patrzymy na siebie z matką od pisania skarg z niedowierzaniem.

No bo przecież jak to?

Nie ma wad?

 

Ale w tym momencie dwie dziewczynki się zderzają biegając jak opętane.

Zapewne od przedawkowania kolorowej posypki.

Jak i od coraz późniejszej pory.

Obie zaczynają płakać.

Matki biorą je na kolana i jak na matki przystało, przytulają je najmocniej jak potrafią.

Żadna z poszkodowanych nie jest Kają.

Aczkolwiek zabieram ją ze sobą na chwilę do toalety, żeby co nieco ochłonąć i umyć ręce oblepione różową posypką.

 

Sytuacja w miarę opanowana.

Dzieci bawią się dalej.

Przebierają lalki barbie w sukienki balowe.

Kolorują kopciuszki i śpiące królewny.

Każda w tiulowej spódniczce z koroną na głowie.

 

Temat związków szybko się skończył.

Ta, która ma wyjebane nie daje za wygraną.

Iwa ty napisz tę książkę!

Ale mówię ci.

Weź się za to na serio.

Przecież i tak siedzisz w domu.

Ogarnij się.

I zadbaj o siebie.

I nie mówię, że tylko psychicznie.

Pewnie mnie teraz znienawidzisz za to co powiem, ale spójrz na siebie!

Już czas ruszyć tyłek na fitnes.

 

O a może masz rower?

Odzywa się nagle mama od pisania skarg.

Ja mam rower.

Możemy razem jeździć po lesie.

 

Ja też mam rower!

Mogę jeździć z wami!

Mama od mam wyjebane ewidentnie podekscytowała się tematem roweru.

 

No nie wiem…

Mama od skarg robi niepewną minę.

 

Ty pewnie będziesz chciała jeździć szybciej niż my.

Mówię kończąc kolejnego pierniczka z brokatową posypką.

Lekko mi ten brokat staje już w gardle.

Ale dzielnie popijam winem.

 

Ja to uwielbiam jeść.

Mówi mama od mam wyjebane, głaszcząc się po swoim idealnie płaskim brzuchu, ukrytym pod luźnym kombinezonem z jedwabiu.

W ogóle to jestem ekspertem jeśli chodzi o jedzenie.

Znam się na tym rewelacyjnie.

I mówię tu o restauracjach z gwiazdkami michelin.

We wszystkich krajach świata.

Ale nawet jak mi coś tam nie smakuje.

To mam na to wyjebane.

 

Ja to bym od razu napisała skargę.

Mama od skarg wtrąca się oburzona.

 

No czas się zbierać.

Mówię w końcu.

I zaganiam Kaję do przedpokoju.

Dziewczynki się ubierają razem, bo mama od pisania skarg też już wychodzi.

I w tym przedpokoju, totalnie w stylu loft.

Ta mama co ma wyjebane mówi.

Musicie dziewczyny poznać mamę Tymka.

Ona to jest dopiero super babka.

No świetna jest.

Bo wiecie ona jest dekoratorką wnętrz.

 

A moja mama jest fryzjerką!

 

Nagle odzywa się Kaja.

 

I z tym pięknym podsumowaniem wieczoru wychodzimy.

 

Każda do swojego domu.

W stylu loftowym, albo boho.

Albo totalnie bez stylu.

Stutrzydziesto metrowego,  osiemdziesięciodwu  albo mniej.

Z mamą fryzjerką.

Albo graficzką.

Z mamą, która umie pisać skargi.

I z mamą, która ma na wszystko wyjebane.

Z mamą, która jada w restauracjach z gwiazdkami michelin.

Albo taką, która smaży naleśniki o piątej trzydzieści rano.

Z mamą, która umyje małe ząbki z brokatu i kolorowej posypki.

Z mamą, która zawsze przytuli.

Mamą, która kocha swoją córeczkę najbardziej na świecie.

Z mamą.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

magazyn
życie

Andrzejki

W Andrzejki sobie wróżymy, o czymś marzymy.

To mogą być marzenia w stylu Pontiac Firebird.
Albo bardziej przyziemne.

Takie jak:

– Zmieścić się w jeansy z zeszłego roku.
– Zjeść kolbę kukurydzy bez tych w zębach utkniętych łupinek.
– Żeby jeden kawałek pizzy się nigdy nie kończył.
– Żeby dzieci były zdrowe.
– Żeby nowe buty z Zalando pasowały rozmiarem.
– Żeby krem pod oczy wygładził naszą skórę niczym u Kai Gerber.
– Żeby mieć kasę na wakacje w Grecji.
– Żeby lubić swoją pracę.
– Mieć jakąś pasję.
– Super moc.
– Jędrne pośladki.
– Albo zawsze perfekcyjnie układające się włosy.
– Żeby od 20 jak dzieci pójdą spać, do 23 jak my idziemy spać, było sześć godzin zamiast trzech.
– Albo żeby wreszcie ktoś wynalazł czekoladę, która nie tuczy.

No a ja marzę dodatkowo też o tym, żebym zawsze miała w głowie jakiś nowy temat do pisania.

Bo myślę sobie, że już nie mam o czym pisać.
Że już napisałam o wszystkim chyba, o czym napisać mogłam.
Bo ile można pisać o dzieciach.
O praniu.
O przepisie na szarlotce.
O fajnej książce.
O mężu, który jest na tyle spoko, że aż to jest nudne do opisywania.

Więc z tych nudów zapisałam się na kurs fotografii.
I tam robię zdjęcia.
Aparatem.
Każdy na kursie pyta, jaki ten aparat powinien być.
Czy za pięć tysięcy.
A może za dziesięć.
I jaki obiektyw?
A może kilka obiektywów.

A pan Karol prowadzący, za każdym razem jak mantrę powtarza.
Że to nie pieniądze są ważne.
Że to nie aparat robi zdjęcia.
Tylko ludzie.

A potem mówi.
Macie dwie godziny.
Idźcie.
Fotografujcie.

No to idziemy.
Mój aparat jest z tych raczej poniżej pięciu tysięcy.
Ale tak jak pan Karol powiedział, nie przejmuję się tym.

Wychodzę na dwór.
Jest zimno.
Nie wzięłam z sali szalika.
Ale już widzę otwartą bramę do magazynu.
W środku pan w pomarańczowym uniformie się krząta.
Pytam go, czy może stanąć na chwilę, bo chciałam zrobić zdjęcie.
A mam długi czas naświetlania.
On stoi ale za chwile już się rusza.
Nie rozumie co to jest długi czas naświetlania chyba.
Pyta:
– I jak wyszedłem? Pani pokaże, może powtórkę zrobimy.
A zdjęcie wciąż się naświetla.

Widzę dwie windy obok siebie.
Drzwi się zamykają.
Drzwi się otwierają.
Nigdy nie wiadomo co będzie w środku.
Czasami są ludzie.
A czasem nic nie ma.

Więc robię zdjęcia.
Windom.
Magazynom.
I ludziom.
W ruchu nieustannym.
Pomimo długiego czasu naświetlania.
Bo bez nich te zdjęcia nijakie wychodzą.
Nudne takie bez życia.

Robię zdjęcia.
Skrzynce pocztowej.
Ciężarówce DPD.

I przypomina mi się, jak kiedyś pracowałam w agencji reklamowej DDB.
I na jakimś spotkaniu mój wiekowy już dziadek.
Powiedział do mnie:

– A wiesz, że ja ciągle widuję ciężarówki z tej twojej firmy?
Codziennie pod moim domem kursują.

Także robię zdjęcie ciężarówce DPD, moim aparatem za mniej niż pięć tysięcy.
Ze skórą nie tak gładką, jak ta Kai Gerber.
W nowych jeansach, bo te z zeszłego roku mnie cisną w pasie.
Robię zdjęcia ludziom, albo temu co mi o ludziach przypomina.
Bo tylko to ma dla mnie jakąś wartość na zdjęciu.

A potem wracam do domu autobusem.
Pełnym ludzi.
Oni stoją.
Siedzą.
Tłoczą się niemiłosiernie, na każdym przystanku przybywa ich coraz więcej.
I więcej.
Aż myślę, że już więcej się nie zmieści.
A każdy z nich ma swoją historię.
Swoje andrzejkowe wróżby, marzenia.
Ten dzisiaj będzie oglądał nowy film Martina Scorsese.
A tamten będzie usypiał trójkę dzieci.
Ta pani idzie na wino z koleżankami do knajpy, w której podają creme brulee palce lizać.
A tamta musi się dzisiaj spakować, bo jutro rano ma samolot prosto do Tel Avivu.

W domu czekają już na mnie moi ludzie.
Kaja podbiega i krzyczy.

– Mama!!!! A dzisiaj w przedszkolu była u nas Wróżka…Tata jak ona się nazywała ta wróżka?

– Estera.

Odpowiada z tajemniczym uśmiechem Maciek.

– Estera!!! Mama!!! Ona była bardzo podobna do cioci Ani z przedszkola, ale wiesz ciocia Ania nie mogła dzisiaj przyjść. Została w domu. Ale za to była prawdziwa wróżka! Estera!

Ach ci ludzie.
Myślę sobie.
Taka na przykład ciocia Ania z przedszkola.
Wróżka Estera dzisiaj.

– I zobacz co ona mi wylosowała z klucza!

Patrzę i widzę jakiś z wosku glut, gruda jakaś no nie wiem co to.

Ale potem jak Kaja już śpi.
Gaszę światło.
Zapalam latarkę.
I do tego od latarki kółka na ścianie przykładam tę wosku bryłę.
Dla mnie to embrion, dla Maćka smok.
Pytam go co Kaja w tym zobaczyła, bo w natłoku kolacji, kąpieli i czytania książeczek zapomniałam zapytać.

– A wiesz Kaja tu widzi przytulające się niedźwiedzie.

Wrzucam nową świeczkę do rondla.
Wyciągam mosiężny klucz z szafy.
Wlewam przez niego roztopiony wosk do zimnej wody.

Zapalam znowu latarkę.
I przykładam do ściany mój kawałek wosku.

Widzę latający dywan.
A na nim dżina.
Który spełni każde moje marzenie.

Myślę sobie co ja bym tak naprawdę chciała.
O czym tak naprawdę marzę.
I chyba nie są to nowe buty z Zalando pasujące rozmiarem.
Ani nowy krem pod oczy, który wygładzi moją skórę niczym u Kai Gerber.
Ani nawet aparat fotograficzny za dziesięć tysięcy.

Tylko ludzie.
Bo w ludziach jest wszystko to.
Czego mi do szczęścia potrzeba.

pilka
życie

Kurs fototerapii

– Jestem Karol.

Powiedział Pan, prowadzący podstawowy kurs fotografii.

Zajmuję się fotografią od dziesięciu lat, a mówię tak już od dwudziestu.
Mam 34 lata.
Niektórzy umieją malować i rysować.
A niektórzy nie umieją.
Wtedy zostaje im fotografia.
Ja rysować nie umiem, więc robię zdjęcia.
Nie mam dzieci, ale wiem doskonale, że Ci którzy dzieci mają.
Te młode matki na przykład.
Robią zdjęcia tak, że ich dzieci są w centrum kadru.
To normalne i całkowicie naturalne.
Może nieciekawe kompozycyjnie.
To wynika z ludzkiej natury.
Że umieszcza się na środku to, co najbliższe sercu.
Dajcie aparat dziecku, zobaczycie jak sfotografuje ulubionego misia.
Potem pokazujecie to zdjęcie znajomym i mówicie, no zobacz jakie to piękne jest.
A tego się tak nie odbiera.
Czasem warto coś odsunąć na bok.
Wtedy zyskuje na wartości.

A teraz chciałbym, żeby każdy z was powiedział parę słów o sobie.

– Jestem Robert.
Mam 47 lat.
Jestem przedsiębiorcą.
Zawsze lubiłem robić zdjęcia.
W tym roku pojechałem z żoną na foto wyprawę do Birmy.
I nagle, ta wyprawa zawodowa, przerodziła się w wyprawę do mojej duszy.
Aparat stał się moim trzecim okiem.
Inaczej spojrzałem na świat.
Na Birmę.
Na żonę.
Te zdjęcia już nie są tylko pocztówką z wakacji.
Bo moje wewnętrzne tęsknoty zaczęły się pojawiać w tych kadrach, w tych ujęciach, i tak w ogóle to poczułem, że chcę czegoś więcej.
Chcę poznać funkcje inne niż automat, żeby nadać tym tęsknotom wymiar lepszy, piękniejszy.
Bo tęsknię za czymś.
Coś mi ucieka.
Mam 47 lat i wiecie.
Chce to złapać obiektywem.
Może pan panie Karolu mi w tym pomoże.
Żeby to złapać co ucieka mi.

– Jestem Beata.
Jestem żoną Roberta.
Byliśmy razem w Birmie.
I tam wszyscy robili taaaaakie piękne zdjęcia.
Że ja też chce bardzo, takie same zdjęcia robić na naszej następnej foto wyprawie.
Czułam się głupio, tak szczerze wam mówię.
Że wszyscy tak z tymi aparatami, a ja po prostu z torebką.
No wiecie bez aparatu.
Rozumiecie.
Ja już tak nie chcę na następnej foto wyprawie, też bym chciałam takie zdjęcia sobie robić piękne.
I w ogóle nie czuć się taka wyobcowana bez aparatu.
Z torebką tylko.
Wiecie.
Beata jestem.

Moja kolej, cholera zawsze jakoś stres mnie dopada w takich sytuacjach, ale biorę łyk zimnej już kawy, z papierowego kubka starbuks.
Duże cappuccino.

I mówię.

– Mam na imię Iwa.
Mam 37 lat.
Z zawodu jestem grafikiem.
Umiem malować i rysować.
Ale fotografować nie za bardzo.
Jestem mamą dwójki dzieci i staram się nie umieszczać ich w centrum kadru.
Właśnie szukam pracy po dłuższej przerwie.
Robię zdjęcia na automacie.
I już więcej tak nie chcę ich robić.
Chce wyjść z trybu auto.
Sama decydować o wszystkim.
Kierować swoim życiem i tym jak wygląda zdjęcie.
Ustawiać parametry.
Nie płynąć z prądem, ale sterować stabilnie ustawieniami.
Przyszłam tu po to, żeby nauczyć się obsługi aparatu.
Nie iść ślepo przed siebie tylko świadomie decydować o efekcie końcowym.

I łyk zimnego cappuccino z papierowego kubka sturbuks biorę.

Obok mnie dziewczyna z tatuażem.
Kolorowy paw na przedramieniu.
Żółte sztruksy, martensy, turkusowe powieki.

– Jestem Kasia.
Mam 19 lat.
Moja mama robi zawsze trzy tysiące zdjęć na wakacjach.
Wszystkie obrabia po nocach.
Sama się nauczyła tego.
Wychodzą świetne.
Każde jedno z trzech tysięcy.
Siostra i brat są w szkole muzycznej.
Puzon i fortepian.
Ja nie chcę być gorsza.
Sama nie wiem co chcę robić w życiu.
Może zdjęcia, może filmy nie wiem.
Nie chcę żeby myśleli, że nic nie potrafię.
Może te fotki mi wyjdą.
Bo lubię oglądać te mamy zdjęcia.
Są takie ładne.
Nie wiem.

– Jestem Jolanta.
Pracuję w ministerstwie w dziale prasowym.
Zostałam tu wysłana z pracy, bo nasz fotograf często choruje.
I wtedy oni mówią.
Jolanta! Bierz aparat! Rób zdjęcia!
A ja nie umiem.
Nie wiem jak się robi zdjęcia.
Klikam na automacie i czasem coś wyjdzie.
Czasem nie wyjdzie.
Więc mnie tutaj wysłali.
Żebym się nauczyła.

– Jestem Leszek.
Mam 57 lat.
Jestem pszczelarzem.
Hodowałem pszczoły, ale niestety nie udało mi się.
Zrobiłem specjalny kurs pszczelarski, żeby im dogodzić.
Tym pszczołom.
Żeby poznać ich potrzeby.
Ale nie przetrwały.
Zdechły niestety wszystkie co do jednej.
No smutek wielki naprawdę.
Mam szóstkę dzieci.
Dla mnie nigdzie już nie jest głośno.
Nawet na koncertach doświadczam ciszy.
Żona wysłała mnie na ten kurs.
Lubię robić zdjęcia dzikich zwierząt i natury.
Za dużo gadam, więc jak będziecie mieli mnie dosyć to dajcie znać.

– No fajnie.

Podsumował pan Karol prowadzący podstawowy kurs fotografi.

– A teraz pokażę wam najdroższe zdjęcie świata.

I pokazał.

Zdjęcie Andreasa Gursky’ego, które sprzedało się za 4,3 miliona dolarów.

– Ile byście dali za te zdjęcie?

– Nic.

Mówię ja.

– O! A dlaczego?

Pyta pan Karol.

– Nie podoba mi się kolorystyka.

Odpowiadam.

Odstawiam na parapet pusty kubek papierowy sturbuks.
Duże cappuccino.

– A ja bym dała dwa miliony.

Odzywa się dziewiętnastolatka z tatuażem pawia.
Żółte sztruksy, martensy, turkusowe powieki.

– A potem sprzedałabym go za cztery.