Browsing Category

życie

jedenpodrugim
życie

Sto dziewięćdziesiąty szósty po sto dziewięćdziesiątym piątym

Jedno zdanie w wywiadzie z dziewczyną sukcesu przykuło moją uwagę na dłużej.
Na jakieś od dwa lata temu do dzisiaj.
To było takie zdanie mniej więcej, że ona ten sukces osiągnęła nie jeżdżąc windą.
Tylko wchodząc mozolnie, po wielu wysokich i długich schodach.

Inne zdanie jakie zapamiętałam, z innego artykułu ze znaną i cenioną pisarką.
Było o tym, że zanim ją w końcu wydali, to trzysta czterdzieści dwa teksty, które napisała.
Odrzucono.
Niezauważono.
Określono jako nie warte niczego, czego ona chciała, żeby były warte.

O 7 rano Maciek wychodzi z dziećmi do pracy i przedszkola.
A ja w piżamie.
Z brudnymi włosami.
Nieumytymi zębami.

Patrzę na zlew.
Pełen kubków po herbacie.
Misek po mleku z płatkami.
Talerzy.
Łyżek.
Noży oblepionych miodem.

Otwieram zmywarkę zrobioną po nocy.
Pełną czystych kubków po herbacie.
Misek po mleku z płatkami.
Garnków.
Noży oblepionych miodem.
Czekających tylko, żeby odłożyć je na swoje miejsce na szklanych półkach.

Wchodzę do pokoi, gdzie łóżka nie posłane.
Ubrania z wczoraj porozrzucane na krzesłach, podłogach.

W łazience widzę kosz, z wysypującym się praniem.
Czarnym.
Kolorowym.
I białym.

A na suszarkach już suche i czyste ubrania.
Czarne.
Kolorowe.
I białe.
Czekają na złożenie.
Poskładanie.
I odłożenie na swoje miejsca na drewnianych półkach w szafie.
Te skarpetki krzyczące wręcz do mnie żeby dobrać je w pary i odłożyć do szuflady.
Widzę.

Ogarnia mnie niemoc.
Mam ochotę usiąść w piżamie.
Z brudnymi włosami.
Nieumytymi zębami.
I zapaść się w tej niemocy.

Patrzę na kartkę, na której napisałam.
Zrobić zakupy.
Pójść do urzędu.
Wyrobić kartę miejską.
Oddać garnitur Maćka do pralni.
Umówić Kaję do dentysty.

Ogarnia mnie niemoc.

Ale już to znam.
Przeczytałam te zdania kiedyś.
Jakieś dwa lata temu.

Najpierw otwieram okna w całym mieszkaniu.
Zimne powietrze wdycham głęboko.
I ścielę łóżka.
Jedne po drugim.
Układam ładnie poduszki.
Strzepuję kapę, żeby nie było ani jednego zagięcia.

Zbieram ubrania z wczoraj.
Z krzeseł.
Z podłogi.
Jedne po drugich.

Wracam do kuchni.
Odkręcam wodę w kranie i zmywam.
Kubki po herbacie.
Miski po mleku z płatkami.
Garnki po mleku.
Łyżki.
Noże oblepione miodem.
Jeden po drugim.

Po kolei.
Każdy nóż i każdą łyżkę myję.
Cały czas w niemocy.
Myślę sobie, że to się nigdy nie skończy.
Ale w końcu ostatni talerz ze zmywarki ląduje bezpiecznie na szklanej półce.
Jeden po drugim.

Wstawiam pranie.
Dzisiaj czarne.
Jedne po drugim.

Zbieram z suszarek już suche i czyste ubrania.
Czarne.
Kolorowe.
I białe.
Składam je, i odkładam na swoje miejsca, na drewnianych półkach w szafie.
Te skarpetki krzyczące wręcz do mnie żeby dobrać je w pary i odłożyć do szuflady.
Do pary dobieram.
I odkładam.
Jedne po drugich.

Idę pod prysznic.
Myję brudne włosy.
Brudne zęby myję.
Aż znowu są czyste.
Każdy jeden włos myję.
Każdy jeden po drugim ząb.

Ubieram się i wychodzę z domu.
Biorę ze sobą kartkę.
I po kolei.
Robię zakupy.
Idę do urzędu.
Zanoszę garnitur do pralni.
Dzwonię do dentysty.
Wysyłam wniosek o kartę miejską.
Jedną rzecz robię po drugiej.

A potem wracam do domu i piszę ten tekst.
Sto dziewięćdziesiąty szósty po sto dziewięćdziesiątym piątym.
Jeden tekst po drugim piszę.

kolba
życie

Kolba

Idę po Jasia do przedszkola.
Jest środek lata, więc zakładam spódniczkę jeansową.
Którą kupiłam tydzień temu w Zarze na wyprzedaży.
Bardzo mi się ta spódniczka podoba.
Dobrze eksponuje moje opalone nogi.
Niczego sobie jestem.
Myślę sobie.

Wcześniej wpadam do Biedronki obok.
Bo przecież zawsze jest coś do kupienia.
Dzisiaj muszę kupić masło.

Biorę ze sobą jedną torbę materiałową.
Żeby być eko.
No na pewno masło się zmieści do tej torby.

A w sklepie widzę, że jednak pomidory kupię.
Bo już się kończą te malutkie co dzieci lubią.
Banany do koktajlu też już tylko dwa zostały, to wezmę.
Mleko.
Awokado.
Ser koryciński.
W dobrej jest cenie.
Waciki, kończą się już.
I dorzucę mydło dove ogórkowe, bo te eko się słabo pieni, zapach ma tylko w butelce.
A te ogórkowe – bajka.
Ulubione Maćka.
Jest też akurat oferta szkolna i rzucili bloki 50 kartek za pięć złotych.
Kredki bambino.
A u nas już wszystkie połamane.
Po zabawie w rzucanie rzeczami, która odbywa się co dzień.

No i oczywiście włoski tydzień.
Sosy i makarony barilla.
Oliwki, parmezan i oliwa z Toskanii.
No i jak nie kupić tego wszystkiego.

Torba materiałowa pęka w szwach.
Dokupuje drugą plastikową, widząc kukurydzę.
Którą w ostatniej chwili wkładam do koszyka.
Zjemy sobie na kolacje z masłem i solą.
A torbę zużyje jakoś do obierania ziemniaków.
Albo uszyję z niej kostium na halloween.
Na przykład plastikowego potwora.
Żeby być eko.

Idę po Jasia do przedszkola.
Z dwoma torbami.
Idę w trzydziestostopniowym upale.
Torba materiałowa wbija mi się w ramię.
Ta plastikowa w dłoń.
Będę miała blizny od tych toreb.
Myślę sobie.
Takie same blizny na ramionach i dłoniach jak nomadowie mają od targania dobytku swojego życia.
A miałam kupić tylko masło.

Potem w przedszkolu pakuję to wszystko do wózka.
Który tam czeka zaparkowany.
Jest to duża ulga dla ramion.
Oraz jest to duża ulga dla dłoni.
Jednak nomadowie mają trochę gorzej.
Myślę sobie.

Upycham banany, kukurydzę, mleko.
Sos pomidorowy barilla.
Oliwę, parmezan.
Blok i kredki.
Te cięższe rzeczy na dno.
Materiałową torbę wieszam na rączkach wózka i czekam.
Na Jasia.

Jest.
Biegnie do mnie.
Taki jeszcze maleńki mój synek kochany.
Biegnie do mnie okrakiem.
Bo on tak jeszcze biega, że nogi zarzuca na zewnątrz.
I cieszy cię mega, że mnie widzi.
No świetny to jest moment w ciągu dnia mojego, ten odbiór Jasia z przedszkola.
Wtula się potem we mnie.
Ja się wtulam w niego.
Wącham jego małą szyję.
On sapie ze szczęścia w moją.

Wracamy.

Za pasami jakieś wypasione bmw się zatrzymuje czarne.
Lśniące milionami.

Z okna wychyla się mężczyzna.
W ciemnych okularach RayBan.
Brunet.
Macha ręką do mnie.
Zegarkiem złotym macha.

Krzyczy.

– Kolba!

No co za bezczelność.
Naprawdę.
Myślę sobie.

Z synem przecież jestem.
Raczej sama go sobie nie zrobiłam.
W Biedronce nie kupiłam.
No co za bezczelność.
Tak zaczepiać kobiety, z dziećmi małymi.
Przecież to chyba oczywiste, że mamy partnerów.
Mężów.
Ojców naszych dzieci.

Ryzykant.
Myślę sobie.

Może liczy na moje znudzenie związkiem.
Na pragnienie wolności.
Na gotowość przygody.

Do tego przecież jest lato.
Mam na sobie tę spódniczkę jeansową.
Którą kupiłam tydzień temu w Zarze na wyprzedaży.
Opalone moje ciało lśni w słońcu.
Niczego sobie jestem.
Myślę sobie.

Ale „Kolba”?
No dajcie spokój.
Takiego podrywu jeszcze nie słyszałam.

Odwracam się do niego i pytam.

– Słucham Pana?

Pytam trochę grzecznie, a trochę pytam wyzywająco.
Niech wie, że ze mną nie przelewki.

– Kolba! Kolba kukurydzy pani wypadła na jezdnię!
Krzyczy ten Pan z wypasionego bmw czarnego.
Lśniącego milionami.

Więc wciskam hamulec w wózku.
I biegnę po kolbę na pasach leżącą.
W spódniczce jeansowej.
Którą kupiłam w Zarze tydzień temu na wyprzedaży.
A moje opalone ciało lśni w słońcu.
Gdy schylam się po nią.

Niczego sobie jestem.
Myślę sobie.
A miałam kupić tylko masło.

ognisko
życie

Blizna

Mam na kciuku bliznę.
Bo kiedyś przy ognisku.
Zabrakło patyków do pieczenia kiełbasy.
Wzięłam scyzoryk i zaczęłam strugać sobie nowy.
Odpowiednio długi, żeby ogień był daleko od dłoni.
Kij trzymających.
Odpowiednio ostry.
By kiełbasa się dobrze nabiła.
Najlepiej taki z odnogą.
Co by go oprzeć na czymś, gdy już się dłużej nie chce go trzymać.
Można w tym czasie wziąć łyk piwa.
Albo przegryźć chleb z musztardą, w oczekiwaniu.
Fajnie też pogadać przez chwilę z przyjacielem, który stoi obok i swoją kiełbasę już je.
Kij musi być dobrze naostrzony.
Na odpowiednio dobranej długości.
Żeby kiełbasa nie spadła w kulminacyjnym momencie skwierczenia.
Żeby dała się nam podpiec, ze wszystkich stron równomiernie.
Upieczona na brązowo.
Albo na czarno osmolona.
Tak jak lubimy.
Kij musi nam dawać możliwość wyboru.
Spełniać wszystkie wymogi.
Musi mieć możliwość żarzenia.
Tak aby gdy zajmie się ogniem.
Machać nim w ciemności i rysować różne wzory.
Na przykład serce.
Czy imię kogoś, kogo kochamy otwarcie lub skrycie.
Podeszłam do tematu poważnie.
Wzięłam scyzoryk i zaczęłam strugać.
I tak jakoś się stało, że mi się omsknął ten scyzoryk prosto na kciuk.
Nie jestem mistrzynią strugania.
Niestety.
Więc krew się polała.
A blizna została.

Innym razem pomyślałam, że jestem taka młoda.
Taka zgrabna i fajna.
Że dlaczego by nie zrobić sobie kolczyka w pępku.
No i zrobiłam.
To były te czasy gdy obcinałam t-shirty tak, żeby były jak najkrótsze.
Najlepiej tuż pod biustonoszem.
Zaraz potem pojechałam z najlepszą przyjaciółką na obóz taneczny.
Tańczyłyśmy od rana do nocy.
Jadłyśmy naleśniki po grecku z fetą i pomidorami.
Wydawałyśmy kieszonkowe na solarium.
Bo pogoda była taka sobie.
Podkochiwałyśmy się w tancerzach.
Śmiałyśmy w piżamach do łez.
Ułożyłyśmy świetny układ taneczny, którym wygrałyśmy turniej.
Malowałyśmy paznokcie różowym brokatem.
I popijałyśmy śniadanie malinowym redsem.
To były piękne czasy.
Pełne muzyki.
Marzeń.
I Bajlejsa z mlekiem.
Było też jezioro.
Ja jak zwykle skakałam z pomostu.
Kolczyk się zerwał przy jednym ze skoków.
I zgubił bezpowrotnie w otchłani wodorostów.
Nie moja bajka te kolczyki w ciele.
Totalnie się jakoś nie lubią z opcją skakania.
No i została blizna nad pępkiem w kształcie kółeczka.

Byłam raz z rodzicami w Tunezji.
Byłam beztroska.
Opalona.
Trzynastoletnia.
Gdzieś tam po wakacjach, w szkolnej ławce czekał na mnie mój mąż teraźniejszy.
W głowie jeszcze wszystko możliwe.
W ciele energia tajfunu.
W oczach blask przyszłości, jaką tylko sobie wymarzę.
W żołądku trzy porcje lodów.
Oparłam się o krawędź basenu.
Kafelek nie do końca oszlifowany wbił mi się w przedramię.
Została blizna.
Długa na półtora centymetra.

Wiele lat później.
Na sali porodowej.
W oczekiwaniu na najlepsze.
Na najgorsze.
Na nie wiadomo co.
Na marzenie.
Na życie.
Na wszystko co ważne.
Na zmianę wszystkiego co znane.
Na Kaję.
Po kilkunastu godzinach walki z naturą, z bólem i z własnym ciałem.
Z ręką mojego męża w swojej.
Ze łzami szczęścia i strachu w oczach.
Z nadzieją i miłością w sercu.
Skalpel lekarski pomógł mojej córeczce wyjść na świat.
Położna nacięła mi krocze.
A blizna została.

Kocham dzisiaj moje blizny.
I myślę sobie.
Jak dobrze, że są.
Bo aparat był schowany na inne, potencjalnie lepsze okazje.
Bo czasu na pisanie pamiętnika, w tamtych momentach nie było.

A tu wystarczy zerknąć na kciuk.
I znów nad ogniskiem siedzę.
Otoczona przyjaciółmi.
Ogniska łuną.
Z kiełbasą idealnie przypieczoną.
Na brązowo z jednej strony.
A z drugiej na czarno osmoloną.
Tak jak lubię.

antique-audio-collection-9295
życie

Dziadek

Czasem łaskotał zbyt mocno.
Raz się obraziłam na niego.
Już nie pamiętam dlaczego.
Ale byłam zła aż dwa tygodnie.

Czytał mi „Sierotkę Marysię”.
Bajkę o Lisie Witalisie opowiadał.
Za każdym razem inaczej.

Ma walizkę.
Tak starą, że rączkę naprawiał chyba sto razy, bo zawsze się urywa, gdy pakuje się do niej.
Brązowe spodnie z wełny.
Koszule z krótkim rękawem.
Pierogi i naleśniki.
Materiałowe chusteczki do nosa.
I książki o polityce, o geografii, o ptakach.

Zabrał mnie do opery i dyrygował razem z dyrygentem.
Miał wtedy dwie lornetki, jedną dla siebie i jedną dla mnie.
Mówił, zobacz teraz na dyrygenta.
Zobacz teraz na prawo, a teraz na lewo.

Zabierał na grzyby.
Pokazał podgrzybka, kozaka i kanie.
Jak się wycina grzybnie.
Gdzie rosną prawdziwki.
Nauczył.

Na moim ślubnym wideo powiedział.
„Szanujcie się nawzajem, będzie Wam lżej”.

Smaży ryby najlepiej na świecie.
Cała ściana w oleju.
Czarna patelnia.
A ryba jak niebo.

Zawsze musi być zupa.
Kanapka z cebulą.
Podkoszulek w spodniach, żeby nie było zimno w nerki.

Łysy jak lustro.
A na czubku głowy zawsze plaster.
Bo zawsze o coś uderzy, zahaczy.
Przy malowaniu, naprawianiu, sklejaniu, czyszczeniu.

Kilometry przemierza spacerem.
Przyjaciół w parku ma milion.
Emeryci, wiewiórki, sikorki, małe dzieci.

Ceruje, zszywa swoje stare ubrania.
Każde radio, zegarek naprawi.

Klej mi robił z kasztanów.
Korki zbierał po winie.
Śmieje się, że to dowód na to ile wypił.
I że się kiedyś na pewno przydadzą do czegoś.

Mój dziadek ma na imię Henryk.
Dla mnie zawsze Henio.

Ma w domu szafkę, w której wywiercił dziurki.
W idealnie równych odstępach.
Żeby wentylować telewizor.

Raz w chińskiej restauracji zjadł ciasteczko razem z wróżbą.
Wyciągał potem papier z zębów śmiejąc się, że już wróżby mu po nic.

Mój dziadek daje mi na każdą okazję piękne monety.
Mówiąc „Będziesz mieć pamiątkę po dziadku”.

Mam tych monet kilkanaście.
Leżą w szufladzie obok mojej bielizny.

Lecz najważniejszą wybił mi w sercu.
Na zawsze.