pozar
życie

Co wynieść z pożaru

Miesiąc temu, u nas w bloku był pożar.
Na parterze, w mieszkaniu u jednej pani, okap się zapalił. Tak nagle, sam z siebie, zupełnie niespodziewanie.

Maciek właśnie Kajkę usypiał, a ja przez telefon z mamą gadałam. I nagle przez okno, kłęby dymu wdzierać się do naszego salonu zaczęły. I smród okropny spalenizny za nim.

Od razu wiadomo było, że to nie o kotleta chodzi, więc pędem do sypialni naszej ruszyłam. Dziecko, ze śpiworka wyciągać zaczęłam, i Maćkowi w popłochu polecania wydawać.

Że trzeba się ewakuować natychmiast. Kota do koszyka włożyć. Psa na smycz wziąć, i walizki szybko pakować.

Maciek oszołomiony sytuacją nieco, spokojnym krokiem do salonu się udał, gdzie już się szaro powoli robiło. Więc nieco szybciej już, na korytarz wyleciał, by sytuację dogłębniej zbadać.

Na parterze, natknął się na strażaków, którzy to pędem okap płonący ugasić biegli. Tam też poinformowany został, że ewakuacja nie będzie konieczna.

Ta cała akcja, jednak mocno mną wstrząsnęła. I do dzisiaj czasem, myślę sobie o tym. Co by to było, gdyby faktycznie, nagle, natychmiast ewakuować się trzeba było.

Bo to nie jest wcale, taka prosta sprawa. Co wziąć ze sobą, a czego nie. O czym pamietać koniecznie trzeba, a na co ręką machnąć i już.

W głowie więc, listy tych rzeczy ważnych, tworzyć zaczęłam, i nawet się zastanawiać, czy nie warto już wcześniej spakować wszystkiego. Do jakiejś walizki jednej, żeby ją zawsze pod ręką mieć, na wypadek takiego pożaru właśnie.

Po pierwsze i najważniejsze, przy ewakuacji każdej, jest dziecko moje. Pytanie tylko, czy w piżamie? Czy może szybko je przebrać, coś cieplejszego założyć? Albo chociaż w koc jakiś zawinąć żeby nie zmarzło.

Po drugie, zwierzęta. Kota do koszyka włożyć, psa na smycz przypiąć, bo inaczej gdzieś zwieją niechybnie w popłochu.

Po trzecie, rzeczy praktyczne:
Portfel, telefon, kluczyki do samochodu.
Dokumenty rożne. Dyplomy, świadectwa, akty i inne umowy.

Po czwarte, emocjonalne rzeczy:
Laptop ze zdjęciami z lat paru, których wywołać się nie chciało nikomu. Albumy z tymi zdjęciami już wywołanymi. Ze ślubu. Z wakacji. Z dzieciństwa. Zdjęcie, jak z mężem na dyskotece, w czwartej klasie podstawówki tańczymy. Zdjęcie mojej mamy, w okularach muchach. Zdjęcie prababci, gdy pięć lat miała. I sto innych zdjęć.

Biżuteria. Ta ze złota, i ta ze sznurka. Tak samo wartościowa dla mnie. Zaręczynowy pierścionek. I bransoletka z muszelek, z tych naszych pierwszych wakacji na Krecie.

Pamiątki po babci, pamiątki od dziadka. Kolczyki z piórek, i pozytywka.

Święta Ikona od księdza Michała. I ususzona, z chrztu Kajki, róża.

Torebka, na którą odkładałam tak długo. I ta sukienka, w której tańczyłam do rana.

Książki. Wszystkie z pożaru wynieść bym chciała. A już na pewno Szymborskiej pierwsze wydanie. Małego Księcia z podartą okładką i “Damę Kameliową” z 1975 roku.

Króliczka, którego kupiłam dla Kai, gdy na teście mi dwie kreski wyszły. I ten test rownież, bo mam go w pudełku. Obrazek od kuzyna, od przyjaciółki listy. I od męża tę walentynkę pierwszą. Od Taty kartkę urodzinową, którą mi z Czechosłowacji wysłał. I bombki ręcznie malowane, które dziadek grafik, od kolegi grafika, sto lat temu dostał.

O telewizorze, aparacie, dolarach w skarpecie, nie myślę. Czasu na ich spakowanie, na pewno nie starczy. A tyle innych rzeczy w kolejce. Droższych i po stokroć cenniejszych jest przecież.

I tak sobie myślę, że jak to się stało, że tyle tych rzeczy nazbierało mi się. I jak to już ciężko, za kolejne lat dziesięć, do jednej walizki spakować się będzie.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply