inna2
macierzyństwo

Inna niż inni

Wczoraj się okazało, że jestem zupełnie inna niż wszyscy inni.
To wszystko się wydarzyło na urodzinach synka znajomej.
To się wydarzyło głównie na placu zabaw.
Ale też trochę na początku w mieszkaniu.

Wszystko się zaczęło od rozmowy o fotelikach.
Bo ja jestem panikarą.
A w szczególności to jestem panikarą jeśli chodzi o jazdę samochodem.
Mam bardzo rozbudowaną wyobraźnię.
I niestety nie zawsze są to wyobrażenia o szczęśliwości i pląsaniu po tęczy.
Czasem są to niestety wyobrażenia drastyczne.
Krwawe.
Mrożące krew w żyłach.
Nie do opisywania tu na tym blogu.
Tylko ewentualnie na innym o nazwie:
Straszny i drastyczny blog mrożący krew w żyłach.

No i ja wobec tego przed urodzeniem Kajki się naczytałam wszystkiego.
Wszystko sprawdziłam.
I wszędzie zajrzałam.
Żeby mieć sto procent pewności, że moje dziecko jest w samochodzie najbezpieczniejsze na świecie.

Okazało się, że najbezpieczniejsze na świecie, poza nie jeżdżeniem samochodem w ogóle,
jest przewożenie dziecka w samochodzie tyłem do kierunku jazdy.
I to nie przez rok.
Ale przez trzy a najlepiej cztery lata.

A dzieje się tak dlatego:
FILM

Mój mąż na początku nie chciał mnie słuchać.
Że co to za wymysły.
Że wszystkie dzieci jeżdżą samochodem przodem.
Że przecież ten fotelik, który ja wybrałam.
Jest najdroższy.
Najbrzydszy.
I że to nie jest fotelik tylko jakaś kolumbryna nieforemna, i że na bank będziemy żałować.

A wybrałam taki, który przeszedł bardzo rygorystyczny szwedzki TEST PLUS.
Taki, którym się wozi dziecko tyłem do czwartego roku życia.

Ile to się nagadałam.
Ile się natłumaczyłam.
Ile razy mu przesyłałam mailem artykuły na ten temat.
I nic.
On wie lepiej.
On nie ma czasu czytać.
Bo jak on jest w pracy to on pracuje a nie czyta maile.
To ciekawe, bo maila od firmy produkującej czujniki dymu o uznanej reklamacji przeczytał od razu.
Że jego brat woził dzieci przodem.
Jego koledzy wożą dzieci przodem.
Wszyscy wożą dzieci przodem.
I że ja jak zwykle, coś sobie ubzdurałam.

Ale w końcu i on przeczytał.
I się przekonał.
I mamy ten fotelik najbezpieczniejszy na świecie.

Wygląda jak czołg.
Brzydki jest jak czołg.
I nie wpina się do żadnego wózka.
Bo przecież to czołg.
Ale jest za to niezniszczalny.
Jak to czołg.

I wczoraj na tej imprezie się wywiązała taka rozmowa.
Że właśnie my wozimy Kaję tyłem.
A ma już olaboga dwa lata!
I że nikt.
Ale to absolutnie nikt.
Tak nie robi.
Poza całą Szwecją oczywiście.
I innymi skandynawskimi krajami.

Potem poszliśmy na plac zabaw.
Gdzie była masa dzieci.
Masa rodziców.
I masa piasku.
Huśtawek.
Zjeżdżalni.
I nienazwanych konstrukcji służących zabawie.

Rodzice sobie stanęli w kółku i zaczęli gadać.
Niektórzy siedli na leżakach nieopodal.
Część siedząca na tych leżakach nawet przymknęła powieki.
Bo słonko świeciło i było całkiem błogo.

A dzieci pognały na plac zabaw.
A za nimi ja i mój mąż.
Za naszą Kajką krok w krok.
Na zmianę raz on raz ja.
Na zjeżdżalnie razem.
Bo spadnie.
Na huśtawkę razem.
Bo się uderzy.
Do piaskownicy razem.
Bo zje piasek.

I ja nagle patrzę, że na tym placu zabaw to jesteśmy jedyni.
Bo nikt inny tak nie robi.
Nikt.
Nikt tak nie lata za dzieckiem z wywieszonym językiem jak ja.
Nikt się tak nie przejmuje.
Nikt tak nie panikuje.

Zrobiło mi się głupio.
Zrobiło mi się wstyd.
Że może ja dziecko blokuję.
Rozwój jej wstrzymuję.
Niezależność zabieram.
I nauki przez doświadczenie odmawiam.

Że może ja przesadzam.
Z tym za dzieckiem lataniem.
Z tym fotelikiem.
Ze wszystkim.

Że może ja wcale nie jestem normalną, wyluzowaną, fajną mamą.
Tylko znerwicowaną, blokującą swoje dziecko psychopatką.

Gdy nagle przypomniałam sobie jakiś czas temu odbytą rozmowę.
W której znajoma się przyznała.
Że dziecku podaje wodę mineralną z butelki najpierw w garnku ugotowaną.

I odetchnęłam z ulgą.
Bo ja tak nie robię.
I nikt tak nie robi.
Więc ona to już w ogóle jest inna niż inni.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply monica 26 maja 2017 at 2:53 pm

    Starszaki pojechały na zielną szkołę (wyjazd z klasą na kilka dni w dzikie miejsce:) I zostałam jedynie z Juniorem. I oszalałam, bo okazało się że mam kiedy książkę przeczytać i w lustrze się przejrzeć (to akurat nie był najlepszy pomysł…) I z rozrzewnieniem przypomniałam sobie jak to było kiedy w domu panowało jedno Dziecko….Człowiek myślał wówczas, że gorzej (czasowo) być nie może, a było niemal luksusowo. I też miałam wszelkie wyobrażenia przeraźliwe na temat tego jedynego Skarba naszego, co wydarzyć się może….A nie wydarzyło się nic strasznego, a ja żałuję że tego nie widziałam wcześniej bo trochę by mi to nerwów zaoszczędziło:) co polecam z całych sił:) !

    • Reply Iwa 26 maja 2017 at 8:30 pm

      To chyba się właśnie wie dopiero po czasie poza tym może właśnie przez tą naszą nadopiekuńczość jednak nic złego się nie dzieje.

    Leave a Reply