jedenztychdni
macierzyństwo

Jeden z tych dni

Wczoraj był jeden z tych dni, kiedy podczas usypiania Kai zatęskniłam za jednym z tych dni.

Na przykład za takim.

Jesteśmy z Maćkiem w Grecji.
Jest ósma trzydzieści rano.
Do naszego pokoju, przez otwarte okno.
Wpadają promienie słońca.
Niosąc w sobie ten niepowtarzalny zapach morza.
Wymieszanego z zapachem kwitnących oleandrów.
Wymieszanych z zapachem melona.

Budzimy się powoli.
Nasze opalone ciała.
Pod jednym białym prześcieradłem.
Splatają się na chwilę nogami.

Idziemy leniwie na śniadanie.
Do hotelowej restauracji nad samym brzegiem morza.

Mam na sobie jedną z tych kolorowych sukienek Roxy z mięciutkiej bawełny.
Jeszcze wilgotny, pachnący szamponem kosmyk włosów, zakładam bezmyślnie za ucho.

Brzęcząc delikatnie bransoletkami.
Na opalonym na złoto nadgarstku.
Sięgam po gruby plaster fety i porcję pomidorów.
Czerwonych jak krew.
Słodkich i soczystych.
Do tego chrupiący chleb.
Miseczka gęstego jogurtu polanego miodem.
Sok.
Kawa.

Siadamy przy stoliku nad samym morzem.
Lekka bryza wpada do soku.
Zostawiając w nim odrobinę soli.
Odrobinę piasku.
Uśmiecham się do niego.
On odgania osę znad rozlanego miodu.

Potem idziemy na plażę.
Nie możemy się zdecydować, który leżak.
Czy ten bliżej wody.
Czy ten trochę dalej.

Czytamy książki.
Przeglądamy pisma.
Machamy nogą w rytm greckich hitów lecących zza baru.
Pijemy pinakoladę.
Mohito.
Jemy słodkie melony.
Lody bounty i rożki algida.
Na zmianę kąpiemy się w morzu.
Leżąc na plecach dajemy się kołysać falom.
Przez przejrzystą wodę oglądamy małe rybki.

Nasz jedyny problem.
To czy iść na kolację do portu.
Gdzie serwują ośmiornicę z grilla.
Świeże ryby.
I owoce morza.

Czy może do tej urokliwej knajpki.
Z tarasem widokowym na morze.
Gdzie zamówimy jagnięce kotlety.
I pieczoną fetę.

Po kolacji spacerujemy wąskimi uliczkami.
Tak wąskimi, że jak się rozłoży ręce na boki.
To można opuszkami palców z dwóch stron dotknąć ściany.
Zaglądamy do sklepów.
Kupujemy na pamiątkę dwa ceramiczne kubki.

Moje turkusowe sandały stukają twardą podeszwą o kamienny chodnik.
I wszędzie te koty.
Siedzą.
Leżą.
Liżą sobie łapy.
Węszą w śmietnikach w poszukiwaniu kolacji.

Trzymamy się za ręce.
O może jeszcze tu wejdziemy na kieliszek wina.
Wieczór taki piękny.
Noc taka ciepła.
Nigdzie nam się nie spieszy.

Nagle słyszę.
Siki.
Mama siki.
Spokojnie kochanie.
Po to masz pieluszkę, żeby w nocy robić w nią siki.
Spróbuj zasnąć córeczko.
Pomyśl sobie o czymś miłym.
Dobranoc.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

4 komentarze

  • Reply Dagmara 1 września 2017 at 2:38 pm

    Mnie czasem dopada taka frustracja, że jak jest dziecko, to już nigdy, nawet gdy to dziecko dorośnie i pójdzie w świat, nie odzyskam swojej wolności do końca. Bo do końca swoich dni będę się martwić i niepokoić o to moje dziecko. Nawet na romantycznym urlopie z mężem (jeśli na ten urlop będziemy mieć jeszcze siłę i chęci). Wkońcu dziecko to kawałek mojego serca. I żadna siła tego nie zmieni.

    • Reply Iwa 4 września 2017 at 9:51 pm

      coś w tym jest…do końca życia już będziemy się martwić..ale też do końca życia będziemy mieli kogoś do kochania 🙂

  • Reply Marta B 31 sierpnia 2017 at 11:11 am

    Też mam takie tęsknoty

    • Reply Iwa 31 sierpnia 2017 at 12:24 pm

      Chyba każda mama ma…

    Leave a Reply