kolba
życie

Kolba

Idę po Jasia do przedszkola.
Jest środek lata, więc zakładam spódniczkę jeansową.
Którą kupiłam tydzień temu w Zarze na wyprzedaży.
Bardzo mi się ta spódniczka podoba.
Dobrze eksponuje moje opalone nogi.
Niczego sobie jestem.
Myślę sobie.

Wcześniej wpadam do Biedronki obok.
Bo przecież zawsze jest coś do kupienia.
Dzisiaj muszę kupić masło.

Biorę ze sobą jedną torbę materiałową.
Żeby być eko.
No na pewno masło się zmieści do tej torby.

A w sklepie widzę, że jednak pomidory kupię.
Bo już się kończą te malutkie co dzieci lubią.
Banany do koktajlu też już tylko dwa zostały, to wezmę.
Mleko.
Awokado.
Ser koryciński.
W dobrej jest cenie.
Waciki, kończą się już.
I dorzucę mydło dove ogórkowe, bo te eko się słabo pieni, zapach ma tylko w butelce.
A te ogórkowe – bajka.
Ulubione Maćka.
Jest też akurat oferta szkolna i rzucili bloki 50 kartek za pięć złotych.
Kredki bambino.
A u nas już wszystkie połamane.
Po zabawie w rzucanie rzeczami, która odbywa się co dzień.

No i oczywiście włoski tydzień.
Sosy i makarony barilla.
Oliwki, parmezan i oliwa z Toskanii.
No i jak nie kupić tego wszystkiego.

Torba materiałowa pęka w szwach.
Dokupuje drugą plastikową, widząc kukurydzę.
Którą w ostatniej chwili wkładam do koszyka.
Zjemy sobie na kolacje z masłem i solą.
A torbę zużyje jakoś do obierania ziemniaków.
Albo uszyję z niej kostium na halloween.
Na przykład plastikowego potwora.
Żeby być eko.

Idę po Jasia do przedszkola.
Z dwoma torbami.
Idę w trzydziestostopniowym upale.
Torba materiałowa wbija mi się w ramię.
Ta plastikowa w dłoń.
Będę miała blizny od tych toreb.
Myślę sobie.
Takie same blizny na ramionach i dłoniach jak nomadowie mają od targania dobytku swojego życia.
A miałam kupić tylko masło.

Potem w przedszkolu pakuję to wszystko do wózka.
Który tam czeka zaparkowany.
Jest to duża ulga dla ramion.
Oraz jest to duża ulga dla dłoni.
Jednak nomadowie mają trochę gorzej.
Myślę sobie.

Upycham banany, kukurydzę, mleko.
Sos pomidorowy barilla.
Oliwę, parmezan.
Blok i kredki.
Te cięższe rzeczy na dno.
Materiałową torbę wieszam na rączkach wózka i czekam.
Na Jasia.

Jest.
Biegnie do mnie.
Taki jeszcze maleńki mój synek kochany.
Biegnie do mnie okrakiem.
Bo on tak jeszcze biega, że nogi zarzuca na zewnątrz.
I cieszy cię mega, że mnie widzi.
No świetny to jest moment w ciągu dnia mojego, ten odbiór Jasia z przedszkola.
Wtula się potem we mnie.
Ja się wtulam w niego.
Wącham jego małą szyję.
On sapie ze szczęścia w moją.

Wracamy.

Za pasami jakieś wypasione bmw się zatrzymuje czarne.
Lśniące milionami.

Z okna wychyla się mężczyzna.
W ciemnych okularach RayBan.
Brunet.
Macha ręką do mnie.
Zegarkiem złotym macha.

Krzyczy.

– Kolba!

No co za bezczelność.
Naprawdę.
Myślę sobie.

Z synem przecież jestem.
Raczej sama go sobie nie zrobiłam.
W Biedronce nie kupiłam.
No co za bezczelność.
Tak zaczepiać kobiety, z dziećmi małymi.
Przecież to chyba oczywiste, że mamy partnerów.
Mężów.
Ojców naszych dzieci.

Ryzykant.
Myślę sobie.

Może liczy na moje znudzenie związkiem.
Na pragnienie wolności.
Na gotowość przygody.

Do tego przecież jest lato.
Mam na sobie tę spódniczkę jeansową.
Którą kupiłam tydzień temu w Zarze na wyprzedaży.
Opalone moje ciało lśni w słońcu.
Niczego sobie jestem.
Myślę sobie.

Ale „Kolba”?
No dajcie spokój.
Takiego podrywu jeszcze nie słyszałam.

Odwracam się do niego i pytam.

– Słucham Pana?

Pytam trochę grzecznie, a trochę pytam wyzywająco.
Niech wie, że ze mną nie przelewki.

– Kolba! Kolba kukurydzy pani wypadła na jezdnię!
Krzyczy ten Pan z wypasionego bmw czarnego.
Lśniącego milionami.

Więc wciskam hamulec w wózku.
I biegnę po kolbę na pasach leżącą.
W spódniczce jeansowej.
Którą kupiłam w Zarze tydzień temu na wyprzedaży.
A moje opalone ciało lśni w słońcu.
Gdy schylam się po nią.

Niczego sobie jestem.
Myślę sobie.
A miałam kupić tylko masło.

Previous Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply