komunikacja
życie

Komunikacja miejska

No i pojechałam wczoraj do tego upragnionego fryzjera.
Pojechałam komunikacją miejską, żeby się nie pchać samochodem w największe korki.
I tak na relaksie, bez nerwów, w spokoju sobie do fryzjera jechać.
A ten fryzjer to za siedmioma górami, za siedmioma lasami.
Bo aż na Żoliborzu.

No i wyobraźcie sobie, pojechałam tą komunikacją miejską.
Najpierw autobusem.
Potem metrem.
A potem tramwajem.

Za jednym razem.
Na jednym bilecie czasowym 75 minut.
Obskoczyłam wszystkie możliwe środki miejskiej komunikacji.

Nie wiem czy kiedykolwiek wcześniej udało mi się coś takiego zrobić.
Ale chyba nie.

W każdym razie najpierw był autobus.
Wsiadłam na pętli więc była masa miejsc siedzących.
W związku z tym usiadłam sobie na jednym z tych miejsc i to przy oknie.
Przodem do kierunku jazdy.
Siadłam tak sobie przy oknie, przodem do kierunku jazdy i zaczęłam przez to okno sobie wyglądać.

Gdy nagle czuję na sobie czyjś wzrok.
Czuję go doskonale jakimś trzecim okiem go widzę tego co ten wzrok na mnie kieruje.
Delikatnie, tak niby że od niechcenia zerkam w stronę wzroku we mnie wbitego.
A tu jakiś dziad.
Jakiś facet wstrętny się gapi na mnie bezczelnie.

W tej sytuacji odwracam się w stronę okna bardziej.
Jak najbardziej się da odwracam się od tego wzroku.
Ale czuję go dalej na sobie.
No coś okropnego.
Myślę sobie.
Człowiek raz na rok się z domu wyrwie.
Autobusem chce sobie w spokoju i relaksie przez miasto do fryzjera pojechać.
Przez okno wyglądać.
A tu ten wstrętny dziad.

Na szczęście na kolejnym przystanku do autobusu wtoczył się tłum.
Który to pochłonął i zasłonił ten dziadowski wzrok przede mną.

W drodze do metra doznałam lekkiego szoku.
Gdyż metra nie było już tam gdzie było metro jeszcze rok temu.
Było za to zupełnie gdzie indziej.
Jakieś sto metrów obok.
A trafiłam do niego niesiona falą innych ludzi wysiadających z autobusu.

Mijając po drodze stragany pełne sznurowadeł.
Wkładek ortopedycznych do butów.
Truskawek z Hiszpani.
Drożdżówek tak ciasno owiniętych w folię, że misterne różyczki z budyniu rozpłaszczone zostały i rozmazane tworząc drożdżówkowo budyniową masę.
Perfum szanel oraz kaszarel za trzydzieści złotych flakon.

Za straganami siedzieli ludzie nieludzie.
O twarzach zupełnie bez wyrazu twarzy.
Pokracznych nosach.
Trzęsących się szponach wystających z brudnych rękawów.
Po resztkach przetłuszczonych włosów można się było czasem domyślić, czy są oni płci męskiej czy żeńskiej.

W końcu wejście do metra.
Po schodach w dół.
Z tłumem w jeszcze większy tłum.

Jak dawno nie jechałam metrem.
Jak dawno nie widziałam tylu ludzi na raz.
Jak dawno nie byłam tak blisko obcych tkanek.
Oddechów.
Pryszczy.
I wbijających się łokci.
Poszerzonych porów.
Aparatów na zębach.
Wyziewów kebaba.
Potu.
Miętowej gumy do żucia.
Wody old spice po goleniu.

Przez jakiś czas próbuję sie skupić na tym żeby się nie skupiać na niczym.
W końcu wyciągam z kieszeni telefon i oglądam cokolwiek byle nie patrzeć na uszy, nosy, popękane usta i brudne okulary pięć centymetrów ode mnie.

A kiedyś ja przecież jeździłam metrem codziennie.
Sto razy dziennie jeździłam.
I w nocy jeździłam.
I nad ranem jeździłam metrem.
Kiedyś.

Potem jeszcze tramwaj.
Wskakuję do niego w ostatniej chwili.
Oczywiście jest pełny.
Stoję przy drzwiach, które na każdym przystanku otwierając się miażdżą mi kolano.
Nie jestem pewna czy wsiadłam w dobrym kierunku.
Ale nie mam szans żeby dojść do rozkładu.

Skąd się wzięli Ci wszyscy ludzie.
Pytam.
Gdzie oni jadą.
Czego oni chcą tutaj w tej Warszawie.
Bo chyba nie jedziemy wszyscy do tego samego fryzjera.
Jest ich coraz więcej.
Na każdym przystanku dosiadają się nowi.
Tracę poczucie stania na własnych nogach.
Gdyż wszyscy ludzie zlewają się w jedną masę o wspólnych kończynach i nieświeżych oddechach.

Tramwaj wręcz wypluwa mnie na moim przystanku.
Idę jeszcze pare metrów na piechotę do tego upragnionego fryzjera.
Siadam na kanapie.
Oddycham głęboko.
Napawam się zapachem lakieru do włosów.
Widokiem czystych ludzi.
Zadbanych.
Pachnących.

Obok mnie staje mały chłopiec.
Krzysiu włącz sobie bajkę na smartfonie.
Krzysiu jedz żelki.
Krzysiu nie przeszkadzaj pani.

No jak można przyjść do fryzjera z dzieckiem.
No jak można.
Przecież ja przez całe miasto tutaj jechałam.
Przecież ja się wytarzałam w tłumie obcych ludzi.
Żeby właśnie od dziecka odpocząć.

Krzyś wkłada sobie palec do nosa.
Tak głęboko, że mu ten palec prawie okiem wychodzi.
I dłubie.
Pięć centymetrów od mojej twarzy.
I gapi się na mnie.
No wstrętny dziad mały.

I marzę już o tym by być z powrotem w domu.
W moim nudnym, czystym, bezludnym domu.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply Dagmara 12 maja 2017 at 7:59 pm

    Droga Iwo, cierpisz na ewidentny ludziowstręt. Podobnie jak ja i mój mąż. 🙂 Ja to taki umiarkowany ludziowstręt mam, ale mój mąż bardzo źle znosi nadmiar innych. W sumie to właśnie ludziowstręt był przyczyną naszej ucieczki z Warszawy na wieś. Byłam dziś w Warszawie u lekarza. Wysiadłam na Śródmieściu, pognałam do Empiku w Złotych Tarasach odebrać zdjęcia i choć miałam czasu więcej i mogłam połazić sobie po sklepach w galerii, to zwiewałam stamtąd, aż się kurzyło. Ten tłum, ten blichtr to już nie dla mnie. A kiedyś mogłam cały dzień spędzić w takiej galerii i nie być zmęczoną ani trochę… Nie ukrywam, że trochę zdziczałam na tym wychowawczym. Ale od września wracam do pracy. Niestety, w Warszawie, i niestety, w szkole 🙁 Więc będę miała kontaktów z ludźmi po koniuszki włosów.

    • Reply Iwa 12 maja 2017 at 8:42 pm

      Ludziowstręt to dobrze powiedziane 🙂 ja też zdziczałam i to bardzo. Nie wiem czy uda mi się jakoś powrócić do stanu przed Kajką…

    Leave a Reply