zulczyk
pomysły na weekend

Książka, bańki mydlane i pesto z jarmużu

– Książka – “Wzgórze psów”

Jest taki pisarz Jakub Żulczyk.
On już wydał kilka książek.
Napisał scenariusz do serialu.
I to fajnego serialu, a nie serialu o tym jak pani Kasia się okazała być matką swojego męża zaraz po tym jak się okazało, że jest zaginioną siostrą bliźniaczką swojego adoptowanego syna.
Nie.
On napisał scenariusz do naprawdę fajnego serialu.
I napisał kilka naprawdę fajnych książek.
I tak się składa, że właśnie skończył pisać kolejną.

Jak ja się dowiedziałam to w te pędy napisałam do męża esemesa.
Żeby on mi w te pędy się z pracy zwalniał.
Lunchu nie jadł.
Albo do toalety rzadziej chodził.
Ale żeby skoczył w tym czasie do Empiku obok i tę nową Jakuba Żulczyka książkę w te pędy mi kupił.

No i wyobraźcie sobie, że mój mąż.
Człowiek poczciwy.
Mi tę książkę kupił.
W te pędy.
Tego samego dnia.
Wspaniały on jest pod tym względem ten mój mąż.

Książka waży sto kilo.
Ma osiemset stron.
I tak naprawdę to ja nie wiem jak można napisać aż tyle stron.
Jak można aż tyle słów razem w tyle stron do kupy poskładać żeby to miało sens.

Słyszałam gdzieś, że pan Żulczyk, jest młodszy ode mnie o rok…
(tak wiem, ja nie napisałam ani jednej książki i ani jednego serialu… denerwuje mnie to strasznie jak widzę jego datę urodzenia na obwolucie tej nowej powieści)
I ten pan Żulczyk, w którymś wywiadzie powiedział, że pisał tę książkę dwa lata.
Codziennie ją pisał.
Co najmniej przez pół godziny.
Że miał wiele wersji początku.
Wiele wersji środka.
I końca miał wersji wiele.
Więc jakby to podsumować to by pewnie wyszło jakieś milion stron.

Książkę czytam już od tygodnia.
Jestem w połowie.
Czyli na stronie trzysta osiemdziesiątej piątej.
Co i tak uważam za nie lada osiągnięcie.
Biorąc pod uwagę ilość mojego wolnego czasu.
Wizytę u fryzjera.
Robienie prania.
Wieszanie prania.
Zmywanie.
Sadzenie kwiatków na tarasie.
Robienie grilla na tarasie.
Kupowanie butów dla dziecka w fashion house.
I inne typowe zajęcia.
To ja naprawdę każdą wolną minutę przeznaczam na czytanie tej cegły.

Książka nazywa się “Wzgórze psów”.
Jest okropna.
Bardzo nieprzyjemna.
Wulgarna.
I w ogóle strasznie dołująca.
A jednocześnie niesamowicie ciekawa.
Wciągająca na maxa.
I cały czas trzymająca w napięciu.
Zresztą kto czytał już coś tego pana ten wie.
To nie jest książka o małych dziewczynkach zrywających kwiatki na łące.
Ale jest dobra.
I ja ją polecam tym, którzy lubią się czasem wytarzać w błocie.
Żeby potem docenić kwiaty na stole u siebie w mieszkaniu.
I brak plwociny na czystej podłodze.

– Bańki mydlane

No baniek to ja przedstawiać nie muszę.
To zna każdy kto chociaż przez chwilę był dzieckiem.
Kupiłam je za trzy złote w papierniku obok.
I zabawa jest z tymi bańkami najlepsza na świecie.

Dziecko moje piszczy.
Gania je.
I łapie rączką.
Próbuje samo dmuchać i nawet coś tam jej wychodzi.
Uwielbia bańki.
I ciągle prosi o więcej.

A mamy innych zabawek sporo.
Niektóre były bardzo drogie.
I co z tego.
Wystarczy naprawdę trzy złote.
I mamy zabawę najlepszą.
Nieśmiertelne bańki mydlane.
Prostota dzieciństwa.
Brak lansu i zero szpanu.

I to jest w dzieciach najpiękniejsze.
Moja córka na przykład.
W piaskownicy pełnej wiaderek, ciężarówek i wypasionych kołowrotków.
Najlepiej się bawi kamieniem.

– Pesto z jarmużu

Trzecia rzecz to pesto z jarmużu.
To jest tak, że czasem zupełnie nie masz obiadu.
Masz za to w lodówce piętnastokilową torbę jarmużu.
Bo ja nie wiem dlaczego ale mniejszych nie sprzedają.
No i z tej torby to raz zrobiłaś koktajl i tak leży.
I puszcza jarmużowe soki.

Więc nie masz obiadu.
Masz za to dziesięć kilo jarmużu.
Bo pięć już zjadłaś tydzień temu.
Parmezan.
Orzechy włoskie.
Czosnek i oliwę z oliwek.

Więc wrzucasz to wszystko do blendera.
Proporcje na oko.
Ale rozsądnie.
Jednak z przewagą jarmużu.
Żeby nie było, że ktoś da dwadzieścia ząbków czosnku i tylko dwa liście jarmużu.
Bo wtedy to raczej coś innego wyjdzie.
I ja na negatywne komentarze odpowiadać nie będę.
Że się mąż nagle wyniósł do sąsiada.
I że wszystkie wampiry w bloku pozdychały.

To wszystko miksujemy.
W międzyczasie gotujemy makaron.
Podajemy razem.
Jemy też razem najlepiej z rodziną bo to zawsze milej.
Można na górę jeszcze rzucić kilka pomidorków koktajlowych dla orzeźwienia.
Jakby się jednak przesadziło z ilością czosnku.

Wspaniale smakuje z białym winem.
Ale woda z cytryną też ujdzie.

A i jeszcze jedno.
Jak nie macie jarmużu to nie szkodzi.
Może być coś innego zielonego.
Szpinak.
Bazylia.
Albo natka pietruszki.

A jak nie macie orzechów włoskich to też nie szkodzi.
Bo mogą być każde inne orzechy.
Nerkowca.
Migdały.
Piniowe, ale to dla bogatych bo te orzechy to są droższe niż złoto…
A nawet laskowe też mogą być.

Jeśli nie macie blendera to niestety już szkodzi.
Odpuście sobie to danie i w tej sytuacji go nie róbcie.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply Dagmara 16 maja 2017 at 8:14 pm

    To Ty rocznik mojej najmłodszej siostry jesteś! 🙂 Nie martw się. Ja mam sześć lat więcej niż Ty i też ani książki, ani scenariusza na koncie. Dziecko jedno. Mąż jeden. Blog jeden. Czyli podobnie jak Ty 🙂 Żulczyka przeczytam na pewno. Choć 800 stron trochę mnie przeraża. Ale jeśli rzecz wciągająca jest, to pewnie całkiem niepostrzeżenie tych 800 stron przeleci… Bańki mydlane też lubimy! I masz rację – czasem kamyk to coś o wiele bardziej fascynującego niż wymyślne zabawki.

    • Reply Iwa 16 maja 2017 at 10:31 pm

      Jeszcze wszystko przed nami w takim razie 🙂 A dziecko, mąż i blog to i tak całkiem sporo! Żulczyka polecam ale uprzedzam, że ta książka naprawdę jest czasem okropna…Pozdrawiam Cię cieplutko 🙂

    Leave a Reply