mam
macierzyństwo

Mam wszystko

Po roku znajomości z naszą córką, mamy swoje patenty na usypianie jej poza domem.
Oczywiście patenty są różne, w zależności od warunków lokalowych, oraz od nastroju Kajki.

W naszym domku na Mazurach patent jest zazwyczaj taki, ze najpierw oczywiście jest kąpiel.
Na sosnowym stole, przy którym kiedyś jedząc swoje pierwsze w życiu posiłki wydłubywałam widelcem dziury widoczne do dziś, na tym właśnie ponad trzydziestoletnim stole stawiamy dużą, biała plastikową miskę.

Miska na środku dna ma taki ostry sterczący pipek, więc żeby dziecku w pupę to się nie wbijało, kładziemy na dno ręcznik.
Potem ja latam z kuchni do miski, z czajnikiem pełnym wrzątku i dzbankiem zimnej kranówy dolewając do miski na zmianę i długo nie mogąc utrafić w temperaturę idealną.
Mąż mój zrozumieć nie może dlaczego nie mogę od razu z kranu odpowiednio ciepłej wody nalać, tylko się miotam z tym wrzątkiem.

A ja tak mam od zawsze, że jak sobie wody do wanny nalewam, to najpierw ukrop leje maksymalny, żeby ostatnie parę minut przed wejściem przestawić strumień na najzimniejszy.
Po jakimś dłuższym czasie, gdy temperatura wody jest wreszcie odpowiednia a poziom jej stanowczo za wysoki, dziecko rozebrane uprzednio przez męża jest do miski wsadzane.

Jednogłośnie decydujemy się nie myć głowy, bo przecież jeszcze czysta i zimno wiec po co ryzykować przeziębienie – a tak naprawdę wiadomo, chodzi o to, ze mycie głowy rocznego dziecka to trauma i gimnastyka niesamowita, żeby tylko się woda z szamponem do oczu nie wlała przy spłukiwaniu. A na wyjeździe to już w ogóle w takiej misce wyższa szkoła jazdy. Wiec nie myjemy.

Myjemy za to całą resztę, trochę się chlapiemy, trochę się bawimy gumowa foczka. Kajka wysysa mydliny z gąbki i próbuje całą ją wepchnąć do buzi.
Połowa wody ląduje pod stołem, dziecko ląduje na przewijaku, który leży na stole obok miski.

Potem następuje seria precyzyjnych ruchów i podań niczym podczas operacji chirurgicznej.
Maciek podnosi pupę do góry ja wsuwam pod spod pieluchę, smaruje kremem, wyciągam spod spodu ręcznik, zamiast niego podaje piżamkę.

Gdy mąż mój ubiera dziecko, przyssane nieustannie do gąbki, ja lecę na górę.
Biorę ze sobą:
– Smoczki dwa, na wypadek gdyby jeden gdzieś w nocy wypadając z małej buzi, wpadł w czarną odchłań i zagubił się, i pomimo nerwowego obmacania całego łóżeczka i najbliższej okolicy, odnalazł się dopiero rano na dnie śpiworka.
– Butelkę z wodą, którą powinnam podawać po każdym nocnym karmieniu w celu przepłukania dwóch maleńkich ząbków, a której to nie udało mi się podać jeszcze ani razu, bo jestem tak nieprzytomna, że o tym nie pamiętam.
– Szczotkę i pastę do zębów, żeby umyć po karmieniu owe dwa mleczne okazy.
– Maść na ząbkowanie
– Własny prywatny telefon. Bo jak już nastąpi etap półprzymkniętych oczek i rączek złożonych jak do modlitwy to od tej pory do totalnego zaśnięcia mogę odpisać na maile, przeczytać kilka artykułów czy zrobić online zakupy spożywcze na przyszły tydzień.

Wiec biorę to wszystko i idę na górę.
Maciek przynosi pachnąca mi moja córeczkę, i w piżamce taką rozkoszną wkłada mi ją w ramiona gdzie czeka już na nią kolacja.

Po karmieniu myjemy zęby, zakładamy śpiworek i kładziemy się obie na łóżku. Przytulam ten najdroższy pakunek do siebie, głaszczę mięciutki policzek, smyram maleńkie paluszki.

Maciek krzyczy do mnie z dołu czy mam wszystko i ja wszystko mam.
Naprawdę mam wszystko.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply