mazury
życie

Na grzyby

Wczoraj byliśmy na spacerze w lesie, i co chwilę spotykaliśmy kogoś z koszykiem pełnym grzybów. A to facet nas mijał z kozakiem z ręku takim ze za nogę go trzymać musiał taki był duży, a to grupka młodzieży z butelkami piwa w jednej ręce, a koszykami w drugiej, las przemierzała i co chwile któryś się w pół zginał żeby grzyba ściąć.
Pani na rowerze pod sklepem, w drucianym koszyku, do połowy kurkami zapełnionym, buta sobie wiązała i tak jakoś wyszedł ten temat grzybów.

Maciek się pyta czy ja lubię na grzyby chodzić i czy chodziłam jak byłam mała.
A no lubię bardzo i chodziłam.

Chodziłam z Tatą i Dziadkiem zawsze pod koniec lata.
Jechaliśmy po Dziadka naszym dużym fiatem w kolorze kości słoniowej.
Stawaliśmy pod blokiem i patrzyliśmy jak Dziadek idzie do nas z koszykiem w tej swojej kremowej wiatrówce, którą ma do dzisiaj – a to było ze 25 lat temu.

Na balkonie stała Babcia i machała do nas znad doniczek pelargonii.

Jeździliśmy zawsze pod Warszawę na takie zamknięte tereny Telekomunikacji polskiej.
Dziadek miał znajomości z pracy i wpuszczali go do tych lasów, gdzie co jakiś czas były stacje badawcze i słupy telekomunikacyjne.

Rozchodziliśmy się po lesie, każdy ze swoim koszykiem i nożem. Tata zawsze kręcił się w moim pobliżu, i co chwilę krzyczeliśmy do siebie „hooohooo” żeby się nie pogubić.

Gdy udało mi się znaleźć grzyba, wołałam szybko Dziadka, żeby sprawdził czy dobry, i dumna wkładałam do koszyka.
To dziadek nauczył mnie, żeby grzyba odcinać nad grzybnią, a nie wyrywać z ziemi, dzięki temu urośnie kolejny.

Najlepiej jednak wspominam ten moment gdy siadaliśmy na polance i Dziadek wyciągał ze swojego koszyka kanapki od babci.
Z wędlina, sałatą, z żółtym serem i grubym plastrem cebuli.
Do tego obowiązkowo pomidor w całości gryziony jak jabłko i pachnący tak, ze ręce oblepione cieknącym sokiem wąchałam potem co chwilę i umyć nie chciałam.
A na deser cieniutki wafelek Prince Polo w złotym papierku.

I to smakowało tam w tym lesie lepiej, niż teraz mi smakuje sushi w najlepszej knajpie w stolicy.
Lepiej niż jakieś wymyślne suflety, polane sosem z lawy wulkanicznej, w otoczeniu karmelu z pierwiosnków.

Te kanapki i ten pomidor jedzony w tym lesie to dla mnie jest danie na trzy gwiazdki Michelin.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply