niechcemisie
macierzyństwo

Nie chce mi się

Czas jakiś temu Maciek zapisał Kajkę do naszego domu kultury na zajęcia pod tytułem muzyka dla bobasa.

Pierwsze zajęcia były lekkim niewypałem.
Bo Kajka się wystraszyła mocno pani prowadzącej i całe pół godziny zajęć spędziła wczepiona kurczowo we mnie.

Ja z nerwowym uśmiechem na twarzy naśladowałam panią prowadzącą w jej ruchach.
Podskokach i machaniu rękami niczym ptak.
Śpiewałam piosenki o dzwoneczkach, sankach i zimie, zimie, zimie.
A wszystko to z wczepionym w szyję stworzeniem z oczami wielkimi jak spodki.

Po zajęciach pani powiedziała, że następnym razem będzie lepiej.
I ja również tak sobie pomyślałam.
Bo gorzej już przecież być nie mogło chyba.

Potem były Święta.
Aż nastał dzisiejszy dzień czyli poniedziałek z muzyką dla bobasa.

I powiem szczerze, że ja już wewnętrznie od wczorajszego wieczora się tą sytuacją denerwowałam. Jakby tu nie iść na te zajęcia kombinowałam na wszystkie sposoby.

Bo przecież ja kaszlę od paru dni.
I to nie wypada tak iść na dla dzieci zajęcia i na te dzieci tak na tych zajęciach kasłać.

Bo Kaja ostatnio marudna jest bardziej i te zęby jej rosną i w ogóle jakiś ma chyba katar,
czy coś tam na pewno ma i nie do końca dobrze się czuje.

A poza tym te zajęcia są stanowczo za wcześnie.
Bo o 9 rano to jest na zajęcia za wcześnie stanowczo.
I my się po prostu na nie nie wyrobimy.

Tak sobie właśnie o tych poniedziałkowych zajęciach myślałam.
I jak przyszło co do czego to rano wstałam najpóźniej jak tylko się dało.
Najwolniej zmieniałam Kajce pieluchę.
I mleko jej bardzo wolno mieszałam.
Sama w piżamie się jak najdłużej snułam.
I herbatę z rumianku jakoś bardzo długo piłam.

No ale czas jakoś tak się uwziął niestety, że całkiem sporo go jeszcze do rozpoczęcia zajęć w domu kultury zostało.
I mimo to, że już w głowie usprawiedliwień tysiące, żeby nie iść miałam, to jedna myśl mi nie dawała spokoju.

Że ta muzyka dla bobasa to jest dla dzieci super zabawa.
Że jest to okazja do kontaktu z innymi małymi ludźmi.
Że jest muzyka.
Są te bobasy.
Jest jakieś miejsce nowe.
Różne wyzwania i społeczne sytuacje są jakieś.

I że ja nie mogę tak z własnego lenistwa.
Z mojej gnuśności i tego wiecznego nie chce mi się.
Mojej córce radości i rozrywki odbierać.
Co z tego, że tej radości jak na razie nie było za wiele.
Tym bardziej muszę ją socjalizować i na takie wydarzenia zabierać.

Więc pomimo totalnej niechęci do wyjścia z domu.
Wyszłam.
Na zajęcia z Kają dotarłam.
I było trochę lepiej niż ostatnim razem.
Była muzyka i inne bobasy.
Były grzechotki, dzwoneczki i pani prowadząca.

Kaja trochę się oswoiła z sytuacją nową, a trochę się wczepiała w moją szyję.
Ale nie tylko ona.
Bo jeden chłopiec, to w ogóle spod maminej pachy nie wychylił się nawet na moment.
Więc w sumie oceniam, że było całkiem fajnie.

W kącie sali moje dziecko odkryło pudło pełne do tenisa piłek.
Którymi to zaczęło rzucać w panią prowadzącą i w inne muzyczne bobasy.
Następnie zażyczyło sobie piciu, którego połowę rozlało na podłogę i na kolanach zaczęło tę wodę po podłodze wycierać.
Nie bardzo chciało udawać ptaka, ani uderzać się o kolana rączkami.
Za to wyrywało namiętnie innym dzieciom dzwoneczki i znosiło je do mnie z dumna minę mówiąc mama.

W trakcie zabawy zaczął padać śnieg.
Więc wracałyśmy całe tym śniegiem obsypane.
Policzki obie miałyśmy rumiane, i rzęsy całe od śniegu mokre.
Dziecko jak wilk głodne zjadło w domu całą miskę kaszy.
I padło spać.

A ja odniosłam dzisiaj pewien sukces nad sobą.
Sukces odmówienia sobie nic nie robienia.
Nie słuchania tego wewnętrznego głosu, który nie chce mi się od rana powtarza.
I na przekór temu komuś, kto w mojej głowie zamieszkał i tak mnie do wszystkiego stale zniechęca, udało mi się wyjść z domu i zrobić coś fajnego.

Mam taki plan, żeby to kontynuować.
Nie poddawać się lenistwu i bardziej się starać.
Bo jeszcze nigdy nie żałowałam tego, że coś zrobiłam, gdzieś poszłam, że w czymś uczestniczyłam.
A tego czego nie robiłam, bo mi się jak zwykle nie chciało.
Do dzisiaj żałuję najbardziej.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply Dagmara 2 stycznia 2017 at 11:14 pm

    Wiesz, mnie też się czasem nie chce, a właściwie to nawet dość często. Tylko u mnie to nie jest zwyczajne lenistwo, ma to jakieś podłoże depresyjne. Mam zaburzoną równowagę neuroprzekaźników w mózgu. Taka moja uroda po prostu. Budzę się rano i wydaje mi się, że nie udźwignę życia. Ale dzięki Bogu potrafię się zmobilizować do aktywności. Byłoby mi wstyd samej przed sobą, gdybym się poddała. I to prawda, że satysfakcja, gdy już się zrobi to, czego zrobić się tak bardzo nie chciało, jest ogromna. I taka radość fajna się w człowieku pojawia. Pozdrawiam cieplutko w ten dość mroźny początek roku 🙂

    • Reply Iwa 3 stycznia 2017 at 9:06 am

      Trzeba się zmuszać i na przekór właśnie jak najwiecej robić. Teraz gdy za oknem ponuro i zimno – nie chce się wyjątkowo…Ale nie poddawajmy się i codziennie z uśmiechem witajmy nowy dzień! Pozdrawiam cieplutko 🙂

    Leave a Reply