okomisia
macierzyństwo

Oko misia

Gdy w domu pojawia się małe dziecko, mieszkanie, i wszystkie rzeczy w nim się znajdujące, nabierają nowego znaczenia.

Komoda to już nie tylko mebel, w którym przechowujemy masę niepotrzebnych szpargałów, ale rownież potencjalny zabójca. Stukilowy ciężar, do przygniatania niemowląt.
Szuflady tylko czekają na to, by przyciąć maleńkie paluszki. Kant stołu marzy o nabiciu guza.

Niebezpieczeństwo czyha rownież, w tych z pozoru niepozornych przedmiotach. Takie na przykład oko misia od jednej ciotki, która kupując pluszowego drania, na zalecenia wiekowe się nie oglądała. I misia z oczami z plastiku, byle jak przyszytymi wybrała. To oko takie, może przez nasze dziecko zostać połknięte. Może w gardle stanąć, i zakrztuszenie spowodować. Lub utkwić w żołądku, i zostać tam już na zawsze, nie ulegając przez dziesiątki lat rozkładowi.

Torebka foliowa to wróg dziecka małego najgorszy, bo założona na głowę, zamienia się nagle w węża pytona. I udusić chce dziecko nasze na amen. Wszelkie sznurki, żyłki, wstążki, czy sznurowadła, rownież udusić dziecko by chciały. A każdy koralik, pieniążek czy inny dziad mały, do maleńkiej paszczy od razu jest wpychany. Więc patrz wyżej, grozi to zakrztuszeniem lub powolnym w żołądku rozkładem.

Rośliny domowe to osobny jest temat. Do dziś nie zapomnę, jak ze znajomą gadałam. Gdy ta mi nagle słuchawką rzuciła, krzycząc “dracena!!!!” I jak się pózniej okazało, jej synek dziesięciomiesięczny, rozsmakował się w tamtej chwili, w liściach draceny właśnie. Na szczęście nie bardzo toksycznej. Więc na słuchawką rzuceniu, skończyło się tylko.

Jednakże po tej z draceną akcji, zaczęłam sprawdzać, w której z roślin domowych, jad i toksyny płyną. I okazuje się, że w każdej, którą mam, lub chciałabym mieć, bo wizualnie mi się podoba. To samo z roślinami, które na działce posadzone mamy. I co tu robić? Pół działki wyciąć?

W proszkach do prania i kosmetykach wszelakich, czai się chemia i ropa naftowa. Środki czyszczące takie, że kamień w sedesie wyżreć są w stanie. A my to na dziecka naszego skórę codzień aplikujemy. Są oczywiście i takie, co to tego syfu w składzie nie mają, ale nie każdy wie, i czasem już jest po ptakach, bo dziecko od roku benzyną jest myte.

Jedzenie to horror i kiler ukryty, bo w każdym produkcie się czai zło. Tu gluten, tam cukier, tam konserwanty i antybiotyki w mięsie. Warzywa pryskane, w jogurcie laktoza, a słodycze to bomba jest atomowa.

A przecież tak bardzo bym chciała, dla dziecka mojego najlepsze i najbezpieczniejsze, najzdrowsze i najłagodniejsze wszystko mieć. A im więcej czytam, im więcej wiem, im bardziej się po mieszkaniu rozglądam, i każdą oglądam z bliska rzecz. Tym więcej widzę zagrożeń i niebezpieczeństw. Ostatnio, na przykład, wydłubałam córce mej z paszczy tabletkę na uspokojenie, którą wypluł pies. Pod stołem skitrał udając, że zjadł.

Codziennie więc, walczę z otaczającym nas złem, i ratuję me dziecko przed nieszczęściem jakimś. I oko wypruwam misia, plastikowe.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply