body-female-hand-112327
życie

Oczekiwania skubane

Okazuje się, że mieszkają we mnie oczekiwania.
Skubane są, jak nie wiem co.
U szwagra zamieszkała mysz.
W mieszkaniu za kanapą.
A u mnie zaraz pod obojczykiem zamieszkały oczekiwania.

Takie jedno oczekiwanie o byciu dobrą mamą.
Wygląda zza lewego żebra.
I patrzy co robię.
Czy jest na kolację warzywo.
Czy nie podnoszę za często głosu.
Czy czytam, rysuję, puzzle układam.
Wystarczająco.
Czy witaminy podaję.
Czy nie pozwalam na za dużo.
Czy za dużo nie zabraniam.
Czy ciepło ubieram.
Ale nie za ciepło.
Czy kremem smaruje.
Gdy gorąco.
Gdy zimno.
Czy przytulam i wyrażam swoją miłość.
Czy dbam o dodatkowe zajęcia.
O rozwój emocjonalny.
O intelektualny.
Życiowy.
Społeczny.
Zerka na mnie przez lupę czasem.
Skąd ma lupę pod żebrami?
Myślę.
No wzięło sobie skądś oczekiwanie jedno.
Skubane.
I się za tym żebrem czai z tą lupą na mnie.
Może kupiło ją w Media Markt jak nie patrzyłam i wrzuciło do koszyka ukradkiem.

Następne siedzi obok.
Te o byciu żoną.
Palcem mnie dźga, że herbata się kończy męża ulubiona.
Że nogi powinnam ogolić.
Że może to pora na jakąś randkę.
Albo chociaż dłuższą rozmowę.
Spać mi nie daje.
Dźga i dłubie po kręgosłupie.
Że może za dużo o dzieciach, podatkach i praniu gadamy.
Za mało o nas.
O jego problemach.
O jego potrzebach.
Czy ja wiem o czym on teraz marzy?
Nie?
A powinnam.
A czy ja wiem, jak zrobić ulubioną jego szarlotkę z przepisu ukochanej babci?
Nadal nie?
A powinnam.
Że on nie był na piwie z kolegami od roku.
A powinien.
I dźga.
Ma jakieś ostre paznokcie.
Chyba dawno nie obcinało.
Skubane.

Kolejne trochę głębiej się ulokowało.
Gdzieś tak na wysokości płuca.
Ma bliźniaka syjamskiego.
Zrośnięci są głowami.
Jedno dla mamy drugie dla taty.
I oboje napierają.
Aż oddech czasem tracę.
Bo chcą różnych rzeczy.
Skubane.
Jedno sukcesów zawodowych.
Drugie wsparcia i opieki.
A może mogę być w czymś lepsza.
A może bardziej wyrozumiała.
Może coś wybaczyć.
A może coś wziąć na siebie.
Może w czymś pomóc.
A może najlepiej być idealną.
Może mieć piątkę z plusem z życia.
A może jednak czasem coś oblać i nawalić, żeby mogło się poczuć potrzebne.
Kłócą się czasem.
Chyba średnio się lubią.
Skubane są takie.
Płucami moimi się bawią jak piłką.
Raz w lewo raz w prawo je kopią.
A ja oddychać nie mogę.

Jest też jedno w żołądku.
Oczekiwanie sukcesu zawodowego.
Chyba w poprzednim wcieleniu było pająkiem.
Bo snuje pajęczyny.
I oplata nimi mój obiad.
Zaciska się potem najmocniej.
Wyciska kwaśne soki z pierogów.
Które aż mi do gardła podchodzą.
Że dlaczego jeszcze nie jestem prezesem firmy.
Że muszę się nauczyć chińskiego.
Najnowszych tabelek w excelu.
Że muszę mieć milion na koncie.
I na linkedinie dziesięć gwiazdek.
Co najmniej dwie publikacje.
I międzynarodowy projekt.
Przelatane mile.
I znajomych w Dubaju.
Że dlaczego jeszcze nie mam?
I że w ogóle to co ja robię ze swoim życiem zawodowym?
Nic?
I kwas do gardła podchodzi.
Pajęczyna się zaciska.
A oczekiwanie się śmieje.
A może płacze.
Pierogów nie lubi.
Woli vongole.
Skubane wybredne jest bardzo.

Jest i takie co to się kocha w tych błyszczących stronach z Vogue’a.
Krąży we krwi.
Lubi fitnes, więc ciągle jest w ruchu.
Krew mi burzy.
Gdy widzi te piękne dziewczyny na okładce.
Te zgrabne ciała.
Dizajnerskie kreacje.
Lśniące włosy.
Nieskazitelne twarze.
Dlaczego taka nie jesteś?
Pyta.
Dlaczego Twoje ciało jest inne?
Twoje oczy mniej zielone.
Rzęsy za krótkie.
Może kup sobie lepszy tusz.
Ładniejszą sukienkę.
Droższą torebkę.
Szepcze do ucha przez małą żyłkę na małżowinie.
Zrób coś ze sobą.
Zmień się.
Odchudź.
Bądź taka jak one.
Dodaje już przy nadgarstku.
Pulsując lekko, skubane.
Przy kolejnym kardio krążeniu.

Ostatnie.
Najgorsze.
Oczekiwanie co do samej siebie.
Zaległo u mnie w sercu.
Boli codziennie najmocniej.
Krzyczy najgłośniej ze wszystkich.
Bądź sobą!
Rób to co kochasz!
Krzyczy.
Nie daj się światu!
Doceniaj każdy dzień!
Nie miej nałogów!
Dbaj bardziej o siebie!
Przypomnij sobie co lubisz!
Jakie jajko wolisz?
Na miękko czy twardo?
Skup się!
Musisz to wiedzieć…
Dlaczego nie wiesz?
Dlaczego nie potrafisz?
Co z tobą jest nie tak?
Nie rób tego!
Zrób tamto!
Nie słuchaj innych oczekiwań!
Tylko mnie masz słuchać!
Ja jestem przecież najważniejsze!
Tym się nie przejmuj.
Wybacz tamtemu.
Naprawdę to olej.
Nie potrafisz?
Nie jesteś w stanie?
Weź się w garść.
Czuję je stale, jak mnie w sercu bije.
Nie ma litości.
Skubane.

A ja.
Jestem dla nich wszystkich.
Dla tych oczekiwań domem.

A głowa podpowiada.
Że dom jest tam gdzie miłość.

Więc kocham.

Dzieci.
Męża.
Rodziców.
Swoją karierę.
Ciało.
I samą siebie.
Najmocniej jak potrafię.
Tylko tyle mogę dla nich zrobić.
Skubanych.

porzadki
życie

Porządki

Przychodzi czas na porządki.
Trzeba wynieść śmieci.
Uprzątnąć okruchy ze stołu.
Ogarnąć miliard zabawek z podłogi.

Ale to tak na co dzień.

Raz na jakiś czas myjemy okna.
Podłogi, zmywamy z brudu.
Wniesionego na podeszwach kapci, klapek czy butów nawet.
Gdy już przy drzwiach, zapomniało się telefonu.
Który leży na blacie w kuchni, obok czajnika.
I wtedy wiadomo, na szybko się w butach leci, że niby ten brud już tak nie osiądzie po tym jednym w butach wbiegnięciu.

Czasem otwieramy szafę.
Bierzemy pudło, albo niebieską torbę bez dna z Ikei.
I wyrzucamy.
Sukienki stare.
Tę ze studniówki.
Tę już za krótką.
Tę co się nie dopina.
I tę za długą, co to wisi sześć lat do skrócenia.

Bluzki.
Spodnie.
Koszule.

Bo za eleganckie.
Nie w naszym stylu.
Albo już takie zużyte, że wstyd iść w tym gdziekolwiek indziej niż do kurnika.
A ponieważ kurnik nie u każdego jest.
No to sru do pudła.
Do torby z Ikei bez dna.

Skarpetki bez pary.
Podarte rajstopy.
Gacie po tacie.

Robimy porządki w kuchni.

Garnki bez pokrywki.
Pokrywki bez garnków.
Spalone patelnie.
Kubki bez ucha.
Wyszczerbione talerze.
Noże bez rączki.
Rączki bez łyżki.
Połamane korkociągi.

Wyrzucamy to wszystko.

Za wysokie wazony.
Za ciasne dzwony.
Spleśniałe zasłony.
Dywany z roztoczem.
Majtki z podartym kroczem.
Rachunki z lidla.
Pękniętą deskę od kibla.

No można by wymieniać bez końca.
Ten cały majdan niepotrzebnych nam już rzeczy.

Kiedyś Agnieszka Maciąg w wywiadzie powiedziała.
Że żeby zrobić miejsce na nowe.
Trzeba wyrzucić stare.

Że jak masz w salonie kanapę.
Tę samą od stu już lat.
To jak kupisz nową, to żeby się zmieściła musisz zrobić dla niej miejsce.
I tej starej się pozbyć.

Ja tak mam teraz z blogiem.
Bo jak masz bloga, to masz też opcję komentowania pod postami.
I tak jakoś jest, że 99% komentarzy, które dostaję to jednak wolę usunąć.

Są to niesamowicie ciekawe informacje o porno dla gejów.
Albo arabskie znaczki.
Tudzież chińskie szlaczki.
Albo zachęty do zakupu wibratorów z brokatem w kształcie jednorożca.

Ja to wolę kasować.
Regularnie usuwać.

I tak mi się jakoś nazbierało.
Przez moje zaniedbanie.
Przez sprzątanie okruchów ze stołu.
I zabawek z podłogi.
Że się tego zrobiło dwanaście tysięcy.

A serwer nie wyrabia.
I mogę usunąć dwadzieścia komentarzy na raz.
Więc siedzę godzinami i usuwam.
Klikam zaznaczam.
Kasuję.

Arabskie znaczki.
Chińskie szlaczki.
Porno dla gejów.
Tanie wino dla bejów.
Kulki rozkoszy.
I księgową za pięć groszy.
Jednorożca w brokatowym wibratorze.
I na Malediwach najpiękniejsze zorze.

Usuwam po dwadzieścia sztuk.
Potem reset i od nowa.
Dwadzieścia sztuk i zaznaczam ptaszki w kwadracikach.

Sto.
Dwieście.
Tysiąc.

To trwa baaaaaaardzo długo.
Wiele, wiele godzin.
Albo kilka dni po pół godziny.
Albo miesiąc po pięć minut.

Bo oni piszą do mnie nieustannie.
Z USA.
Z Afryki.
Z Chin.
Z Rosji.
Z całego Świata piszą.
Tak im się mój blog podoba.

Ale trzeba czasem ten porządek zrobić.

Wziąć torbę bez dna z Ikei.
Pudło.
Przestrzeń nieokreśloną.

I wyrzucić tę sukienkę ze studniówki.
Połamane korkociągi.

Za wysokie wazony.
Za ciasne dzwony.
Spleśniałe zasłony.
Dywany z roztoczem.
I majtki z podartym kroczem.
Rachunki z lidla.
Pękniętą deskę od kibla.

Wyrzucić.
Posprzątać.

I zrobić miejsce na nowe.

barefoot-feet-tip-toes-2326295
życie

Dermatolog – cudolog

Poszłam w końcu do dermatologa.
Tyle się już tego nazbierało.

Wchodzę.

Ona mówi.

Pani Iwa.
Jakie piękne imię.
Jak ona to powiedziała.
Jakoś tak, że myśli sobie nad imionami.
Patrzę.
A tam za tym jej stołem dermatologa, brzuszek.
W sukience w ptaszki.
Na takie małe guziczki jakby z kości słoniowej.
Pomiędzy tymi guziczkami, rozchyla się już materiał, chyba w sójki, a może w kolibry.

Będzie córeczka.
Mówi.
Myślałam, że Iga, ale teraz nie wiem.
Bo Iwa to takie piękne imię.

O jak mi miło myślę sobie.
Wie Pani.
Ja to długo nie lubiłam swojego imienia.
Takie było oryginalne.
Każdy mnie pytał o nie.

O jej.
Mówi ona.

Pokazuję jej stopę jedną, potem drugą.
Mam odciski mówię.

To trampki.
Widzę, że Pani je nosi.

Tak, ale obcasów nie noszę.

Trampki najgorsze.
Mówi ona.
Proszę sobie kupić porządne buty sportowe.
Na miękkiej podeszwie.
Takie co to Panią poniosą dalej, do takiego sklepu, gdzie najlepsza cena na czereśnie.
Dalej za przedszkolem, tam gdzie są lody arbuzowe.
Dalej od domu, bliżej do lasu.
Dalej od apteki, bliżej do karuzeli i huśtawek takich, co to do nieba bujają.

Proszę kupić buty wygodne na podeszwie z chmury białej.
Miękkiej jak poduszka wymarzona, gdy spać się chce po całym dniu na rowerze.
Po wieczorze nad jeziorem, w kajaku.
Gdy ramiona zmęczone od wiosłowania.
A głowa pełna nieba w tafli jeziora zanurzonego.

Proszę spacerować w tych butach wszędzie.
Po ogórki na bazar.
Po młodą pokrzywę, na łąkę za wzgórzem.
Po rumianki do wazonu.
Po tęczę po deszczu.
Proszę w tych butach karmić wiewiórki.
Biegać pomiędzy kałużami.
Nawet wdepnąć w jedną.
Te podeszwy dadzą radę.
One są z gumy wie Pani.

Proszę już więcej nie chodzić tak twardo po ziemi.
Ma Pani skłonność do odcisków.
Te buty są dla Pani wskazane.

Dodatkowo przepiszę maść na odciski.
Taką za pięć zeta.
Ale wie Pani.
Ona raczej nie działa.
Bardziej te buty, w których Pani chodzi.

A imię ma Pani piękne.
Mi się bardzo podoba.

background-balls-beads-1614991
macierzyństwo

Różowy poranek

Dzwoni ten jego budzik.
Słyszę go, a jakże inaczej tego budzika się nie da nie słyszeć.
Ale on mimo to zaczyna palcem mnie w głowę pukać i puka i puka i tak niby głaszcze po włosach. Ale tak bardziej puka i gmera coraz gwałtowniej, więc w końcu otwieram jedno oko i syczę.
Tak syczę, żeby nie obudzić Jasia, który śpi w łóżeczku metr od nas.

– Przecież nie śpię! Czy Ty myślisz, że ja nie słyszę tego budzika twojego, i że musisz mnie jeszcze pukać w głowę dodatkowo tak myślisz? 

Jaś się coś poruszył, zaszemrał pomimo mojego najcichszego z możliwych syczenia usłyszał coś jednak, więc poddaję się i bezszelestnie zwlekam z łóżka.
Zakładam grube skarpety i na palcach sunę w stronę kuchni.

Smród z wczoraj jakby zelżał.
Malują drzwi wejściowe do budynku i tak się akurat złożyło, że wszystkie farby i lakiery i wszystkie specyfiki o wysokim stężeniu smrodu i toksyn trzymają w kanciapie, której komin jest połączony z naszym kominem i ten nasz komin ma ujście w garderobie/spiżarce inaczej mówiąc graciarni naszej ten komin ma ujście.
Jak wczoraj wróciłam do domu z dzieciakami wieczorem, to już śmierdziało.
Maciek na drabinie zakleił ujście komina reklamówką z Rossmanna.
Także smród zelżał na tyle, że można było normalnie odetchnąć rano w tej kuchni.

Wstawiłam wodę, wyjęłam masło i tak sobie pomyślałam, że dzisiaj idealny poranek na jajka. Wrzuciłam trzy jajka do garnka.
Dwa zrobię na miękko a jedno na twardo dla Kai.

Drzwi do pokoju otwarte na oścież.
Czajnik szumi, tajmer do jajek pika, golarka w łazience goli i w ogóle za cicho to nie jest, a Kaja śpi jak zabita w tym swoim różowym śpiworku. 

No jasne.
Myślę sobie.
Jak tylko w sobotę o piątej rano kołdrą zaszeleszczę przy zmianie pozycji to od razu się budzi.
No jasne.
Myślę sobie.
Jak tylko na palcach przechodzę do toalety w nocy i w kolanie mi strzyknie to już Kaja się budzi.
A teraz śpi. 

W końcu Maciek ją budzi. 
Nie spodobało jej się to oczywiście.  
Więc fuka i krzyczy, że nie, że ona jest śpiąca jeszcze. 
Dobra niech dochodzi do siebie.

Smaruję masłem chleb.
Kroję pasztet. 
Wyciągam serek almette z pieprzem. 
Dwa jajka na miękko jedno na twardo. 
Kaja w swoim pokoju zaczyna rozrzucać zabawki.

– O dzień dobry kochanie! Jak Ci się spało? 

– Nieeeeeeee! 

Odpowiada moja córka i wygląda jak aniołek w różowej piżamie w myszki.
Z tymi blond włosami I błękitnymi oczami jak u lalki.

-Nieeeeeeee!

-Zrobiłam Ci jajko na śniadanie.

Mówię.

-Ale chciałam jajecznicę!

Dobra. Wyciągam patelnię I robię jajecznicę z jednego jajka.
Przyznaję, spodziewałam się tego.
W sumie zawsze jest tak, że ona chce coś innego niż ja proponuję.
Następnym razem jak zrobię jajko na twardo to po prostu powiem, że jest jajecznica.
Głupia ja.

Jemy śniadanie.
Budzi się Jaś.
Maciek go przebiera a ja idę z Kają.

– To w co się dzisiaj ubierasz?

-Sukienkę różową!

Akurat wczoraj przyszło moje zamówienie z gapa, a tam dwie nowe sukienki dla Kai.
Oczywiście różowe.
U nas teraz to wszystko musi być różowe.
Różową łyżkę myję na bieżąco.
Bo tylko taką Kaja je.
Czytamy ostatnio książki z różowymi okładkami.
Wszystkie rysunki są różowe.
Szczotka do zębów jest różowa.
Serek homogenizowany i jogurt musi być różowy, więc kupuje tylko truskawkowe.
Majtki codziennie różowe, więc piorę te trzy pary na zmianę a siedem innych kolorów leży zapomniana w szufladzie.
Buty zimowe są różowe i do tego z brokatem.
No wszystko.
Różowe.

Pokazuję Kai nowe sukienki.

-To którą wybierasz? Tę ciemną czy jasno-różową?

-Ciemną. Bo wiesz mamo ja nie lubię jasnego różowego. Tylko ciemny.

-Acha. To wspaniale.

Do tego oczywiście różowe rajstopy i różowa spódnica.
Tak tak pod sukienkę spódnica.
Moja córka tak się nosi.
Uważa, że spódnica z sukienką się nie wykluczają i chodzi tak do przedszkola.

Ale niestety różowa spódnica jest w praniu.

-To może niebieska?

Kaja się zgadza ale tylko pod warunkiem, że będziemy udawać, że ona jest różowa.

– Udawajmy, że to jest różowy. Dobla?

– Dobra.

Idziemy myć zęby.
Skończyła się pasta Elmex, więc nakładam na różową szczotkę pastę Jasia.

Kaja pluje.

-Niedoble!

Ok koniec mycia zębów.
Kupić pastę Elmex – wpisuję w telefonie.
Marzę już o kawie.
Jak tylko wyjdą to zrobię sobie ze spienionym mlekiem w tym nowym kubku.
Tymczasem gonię Kaję ze szczotką do włosów.
Różową.
Ostatnio czesałam ją tydzień temu i już trochę to widać.

Dzisiaj w przedszkolu dzień pluszowego misia.

– Kaja weź swojego misia.

– Nie chcę misia chcę dzidziusia.

Kaja bierze dzidziusia, ja biorę misia idziemy do przedpokoju.
Jasiek stoi już ubrany w kojcu.
Macha im na pożegnanie.
Maciek zakłada kurtkę.
Kaja w ryk.

-Co się stało?

Pytam już trochę tak jakby sycząc znowu bo już marzę o tej kawie naprawdę.

-Bluzka!

-Ale jaka bluzka?

-Dzidziusia bluzka!

No fakt gumowy dzidziuś bez bluzki jest ma na sobie tylko spodenki.

-Będzie mu zimno!

Płacze Kaja.
Więc idę po bluzkę dzidziusia różową.

W końcu wychodzą.
Jasiek krzyczy MAMA!

– No cześć synku.

Mówię i zabieram go ze sobą do łazienki.

On wrzuca do pralki skrawki papieru toaletowego, a ja myję wreszcie zęby, twarz, przebieram się i myślę, że już zaraz ta kawa może trafi do mojego przełyku.
Zgarniam po drodze do kuchni różową szczotkę do włosów i różową piżamę.
Jasiek drepcze za mną.
Myję w zlewie różową łyżkę i talerz różowy po jajecznicy.
I nagle sms.
Od Maćka, że zapomnieliśmy założyć Kajce spodni ciepłych na dwór.
I dotarli do przedszkola w samych różowych rajstopach.
Więc lecę z tymi spodniami do przedszkola.
Z Jasiem, z wózkiem, z nieumytą głową.
W szatni poprawiam na półce, te jej brokatowe buty różowe.
I obiecuję sobie, że jak wrócę do domu to zrobię sobie w końcu tę kawę.
Czarną.