okladka
książki

Coś fajnego coś wyjątkowego

Dzisiaj chciałam Wam pokazać coś super ekstra czadowo fajnego.

A mianowicie, jakiś czas temu Kaja miała urodziny.
Dostała oczywiście milion prezentów.
W tym właśnie ten jeden wyjątkowy.
Od swojej Prababci.

Moja Babcia.
Czyli Kajki Prababcia.
Surfuje po internecie lepiej niż mój Tata na Rodos.

I ona właśnie, gdzieś w odmętach sieci.
Wynalazła tę Panią.
Która robi własnoręcznie takie cuda.

To jest książka uszyta w całości z różnych materiałów.
Na każdej stronie jest jakaś inna historia/gra/zabawa.
Która angażuje dziecko bardziej niż świnka peppa czy inne masze i niedźwiedzie.

Kajka jest zachwycona.
Codziennie oglądamy/bawimy się nią co najmniej stodwadzieściatrzy razy.

Ulubione strony to ubieranie dziewczynki w ubranka wiszące w szafie.

szafa

Oraz łowienie ryb specjalną wędką i pakowanie ich potem do łodzi.

ryby2

Powodzeniem cieszy się też sklep z warzywami i upychanie filcowych marchewek do dołączonej torby na zakupy.

zakupy

A także pociąg, do którego z poczekalni wsiadają pasażerowie kot, myszka oraz miś.

pociag

Super jest grzybobranie.
Które powinno polegać na tym, że grzybki wkładane są do koszyczka.
Jednakże Kajka napycha nimi brzuszek żaby z sąsiedniej strony.
Będąc przekonaną o tym.
Iż jest to żaby ulubione danie.

zaba

Jest też pralka, do której wkładamy brudne ubranka.

pranie2

Dla trochę starszych dzieci nauka liczenia.

cyferki

Zabawa przednia.
Dla dziecka i dla rodziców.

Wykonanie piękne i bardzo solidne.
Książki są na zamówienie i personalizowane.
Więc na okładce naszyte jest imię dziecka.

Opcji stron do wyboru jest masa.
Zresztą zobaczcie sami:

HONO-LULU Pracownia

Ja jestem oczarowana.
Uwielbiam takie rzeczy.

Jedyny minus to brak jakiejś metki czy logo firmy na książce.
Bo gdyby nie moja Babcia.
Czyli Kajki Prababcia.
To nie wiedziałabym kto robi takie cuda.

Polecam w ciemno.
Jest to rzecz wyjątkowa.
W świecie tabletów.
Klocków lego.
I lalek barbie.
Po prostu fajna.

kalosze
macierzyństwo

Matka idealna nade mną dysząca

Znacie to uczucie w dziale mięsnym.
Kiedy ludzie stojący w kolejce MUSZĄ już w tej sekundzie zobaczyć jakie warianty szynki, która leży przed Tobą są dzisiaj dostępne.
I te serdelki metr przed nimi.
Czy jest ich wystarczająco dużo, żeby starczyło dla wszystkich łącznie z jamnikiem Azorem tej pani w palcie na końcu kolejki.

W związku z czym napierają na Ciebie całym ciałem i całym koszykiem.
Koszykiem pełnym napoju trzy cytryny, ogórków kiszonych, sera topionego i kawałków sękacza w foli.
I dyszą Ci do ucha, zaglądając przez ramię na te serdelki dla Azora.
Czy na pewno są.
I czy aby świeże.

To ja to odczuwam codziennie.
I to nie tylko w mięsnym.
A we własnym domu.
Na ulicy.
W sklepie.
W windzie.
We własnej łazience nawet.
No wszędzie.

I wcale nie chodzi o wędliny.
I o innych klientów.
Na mnie od tyłu napierających.
Ale o matkę idealną.
Którą sobie wymyśliłam sama.
I która dyszy nade mną.
Zagląda przez ramię.
W każdej sekundzie mojego życia.

Dyszy złowrogo za każdym razem gdy pozwolę córce umyć samej zęby.
Co trwa trzy sekundy i polega na zlizaniu pasty malinowej ze szczoteczki do zębów.

Pogardliwie sapie.
Gdy na śniadanie zaserwuję parówki.
Albo nie daj boże dżem truskawkowy wysoko słodzony.

Chrząka znacząco gdy tracę cierpliwość.
Prosząc po raz trzydziesty trzeci, aby moje dziecko zdjęło wreszcie piżamę.

Wzdycha z dezaprobatą.
Gdy włączam trzeci odcinek świnki peppy.
Żeby dopić w spokoju herbatę.

No po prostu to wymyślone przeze mnie babsko.
Dręczy mnie nieustannie.
Na każdym praktycznie kroku wzbudzając wyrzuty sumienia.

Oczywiście ona.
Ta wyimaginowana matka idealna.
Jest idealna.

Wyglądem przypomina trochę Julię Roberts.
A trochę Sarę Jessicę Parker.

Ma świetlistą cerę.
Delikatny makijaż.
Ciuchy nosi luźne, wygodne.
Z naturalnych mięciutkich tkanin.
W pastelowych kolorach.
Jest bardzo szczupła.
Ma zadbane paznokcie.
I śliczną biżuterię.
Na ustach lekki blyszczyk.
I falujące blond włosy.

Ona nigdy nie traci cierpliwości.
Emanuje spokojem i pozytywnym nastawieniem.
Kocha swoje dzieci.
I ten czas, który z nimi spędza docenia w każdym momencie.
Spokojnie wszystko tłumaczy.
Po sto dzwadzieścia pięć razy.
Przytula.
Jednocześnie pozwala na niezależność.
I nie daje sobie wejść na głowę.
Gotuje ekologicznie.
Prosto i zdrowo.
Wyciska codziennie soki.
Z marchewki.
Oraz z buraka.
Zszywa od razu dziury na kolanach podartych dziecięcych spodni.
Czeka na promocje w sklepach i wtedy kupuje kurtki na zimę.
I sandały na przyszłe lato.
Za maksymalnie pół ceny.

Telewizji nie włącza nigdy.
I ma w zanadrzu trylion kreatywnych pomysłów.
Jak zabawić dwulatka.
Trzylatka.
Czterolatka.
I tak dalej.
Aż do matury.

Gdy mąż wraca z prący.
To ona uśmiechnięta.
W bladoróżowej mięciutkiej bluzie.
I obcisłych jeansach rurkach.
Siedzi na kanapie z wtulonymi w nią dziećmi.
I melodyjnym głosem czyta im wiersze Tuwima.

W mieszkaniu unosi się zapach szarlotki.
Oczywiście na mące razowej z ekologicznych jabłek.
Podłoga lśni czystością.
Pralka się kręci.
I wszyscy są mega szczęśliwi.
I bardzo spokojni.

No tak mniej więcej się prezentuje ta nade mną dysząca osoba.
Więc jak sami widzicie – lekko nie jest.

No ale wyobraźcie sobie, że ja dzisiaj właśnie.
Zamordowałam normalnie tę wstrętną babę.
Padła dziś trupem na środku ulicy.
Normalnie padła tak jak za mną stała.
I mam nadzieję, że to już definitywny jest koniec.
Naszej znajomości.

A stało się to tak.
Że szłam sobie rano do mojego Taty.
Który mieszka niedaleko.
Jakieś trzy ulice od nas.

Deszcz lał jak siemasz.
Więc założyłam Kajce kalosze.
I wpakowałam ją do wózka.

Już w windzie spadł jeden kalosz.
To znaczy nie spadł tylko ona.
Moja kochana córeczka.
Machając nogami.
Go zrzuciła.

Mama kat!!!
Krzyczy.
Co oznacza.
Mamo spadł mi kalosz.

Schylam się po kalosza.
Wkładam na małą stopkę.
Mówię.
Spokojnie kochanie.
Już zakładamy.

Matka idealna nade mną dyszącą.
Wyjątkowo kiwa głową z aprobatą.

Wychodzimy z bloku.
Spada drugi kalosz.

Mama Kat!!!
Schylam się.
Co chcę podkreślić, w moim stanie przedporodowym.
Nie jest najprostszą oraz najmilszą czynnością do wykonania.

Zakładam kalosza i mówię.
O! Już jest z powrotem na nóżce.

Jedziemy.
Dwa metry.
Spada kalosz.

Mama Kat!!!
Ekhmmm.
Zaczynam tracić lekko cierpliwość.
Bez słowa zakładam kalosza.
Matka idealna nade mną dyszącą.
Czuję, że dyszeć lekko zaczyna.
Wyczuwa bowiem moją irytację narastającą.

Przechodzimy przez pasy.
Spada kalosz.

Mama Kat!!!
Ściągam drugiego kalosza.
I oba chowam pod wózek.

Dziecko w ryk.

Mama kat!!!!
Mama kat!!!!
Mama kat!!!!

Matka idealna bacznie mnie obserwuje.
Więc przełykam ślinę.
Kucam przed dzieckiem.
Zakładam nieszczęsne kalosze.
I mówię.
Kajusia.
Zakładam Ci teraz kalosze.
Ale bardzo Cię proszę.
Nie zrzucaj ich więcej.
Bo ja nie mam już siły się schylać.
I w tym tempie nigdy nie dojedziemy do dziadka.

Dziecko uśmiecha się radośnie.
Matka idealna nade mną dysząca również.

No fajnie.

Jedziemy dalej.
Dwa metry.
Spada kalosz.

Mama kat!!!
Dopomina się moje dziecko.

A W DUPIE MAM TE KALOSZE!

Mówię wystarczająco głośno.
By usłyszała i Kaja.
I idealna matka nade mną dysząca.
I wszyscy ludzie wokoło.

I wtedy ona.
Ta idealna matka pada.
Na zawał normalnie pada.
A ja ją mijam.
Wózkiem po niej przejeżdżam.

I mam już to wszystko w dupie.

jedenztychdni
macierzyństwo

Jeden z tych dni

Wczoraj był jeden z tych dni, kiedy podczas usypiania Kai zatęskniłam za jednym z tych dni.

Na przykład za takim.

Jesteśmy z Maćkiem w Grecji.
Jest ósma trzydzieści rano.
Do naszego pokoju, przez otwarte okno.
Wpadają promienie słońca.
Niosąc w sobie ten niepowtarzalny zapach morza.
Wymieszanego z zapachem kwitnących oleandrów.
Wymieszanych z zapachem melona.

Budzimy się powoli.
Nasze opalone ciała.
Pod jednym białym prześcieradłem.
Splatają się na chwilę nogami.

Idziemy leniwie na śniadanie.
Do hotelowej restauracji nad samym brzegiem morza.

Mam na sobie jedną z tych kolorowych sukienek Roxy z mięciutkiej bawełny.
Jeszcze wilgotny, pachnący szamponem kosmyk włosów, zakładam bezmyślnie za ucho.

Brzęcząc delikatnie bransoletkami.
Na opalonym na złoto nadgarstku.
Sięgam po gruby plaster fety i porcję pomidorów.
Czerwonych jak krew.
Słodkich i soczystych.
Do tego chrupiący chleb.
Miseczka gęstego jogurtu polanego miodem.
Sok.
Kawa.

Siadamy przy stoliku nad samym morzem.
Lekka bryza wpada do soku.
Zostawiając w nim odrobinę soli.
Odrobinę piasku.
Uśmiecham się do niego.
On odgania osę znad rozlanego miodu.

Potem idziemy na plażę.
Nie możemy się zdecydować, który leżak.
Czy ten bliżej wody.
Czy ten trochę dalej.

Czytamy książki.
Przeglądamy pisma.
Machamy nogą w rytm greckich hitów lecących zza baru.
Pijemy pinakoladę.
Mohito.
Jemy słodkie melony.
Lody bounty i rożki algida.
Na zmianę kąpiemy się w morzu.
Leżąc na plecach dajemy się kołysać falom.
Przez przejrzystą wodę oglądamy małe rybki.

Nasz jedyny problem.
To czy iść na kolację do portu.
Gdzie serwują ośmiornicę z grilla.
Świeże ryby.
I owoce morza.

Czy może do tej urokliwej knajpki.
Z tarasem widokowym na morze.
Gdzie zamówimy jagnięce kotlety.
I pieczoną fetę.

Po kolacji spacerujemy wąskimi uliczkami.
Tak wąskimi, że jak się rozłoży ręce na boki.
To można opuszkami palców z dwóch stron dotknąć ściany.
Zaglądamy do sklepów.
Kupujemy na pamiątkę dwa ceramiczne kubki.

Moje turkusowe sandały stukają twardą podeszwą o kamienny chodnik.
I wszędzie te koty.
Siedzą.
Leżą.
Liżą sobie łapy.
Węszą w śmietnikach w poszukiwaniu kolacji.

Trzymamy się za ręce.
O może jeszcze tu wejdziemy na kieliszek wina.
Wieczór taki piękny.
Noc taka ciepła.
Nigdzie nam się nie spieszy.

Nagle słyszę.
Siki.
Mama siki.
Spokojnie kochanie.
Po to masz pieluszkę, żeby w nocy robić w nią siki.
Spróbuj zasnąć córeczko.
Pomyśl sobie o czymś miłym.
Dobranoc.

dwaobiady
macierzyństwo, przepisy

Dwa obiady

W życiu każdej matki jest tak, że zdarza jej się nie mieć zrobionego obiadu.
Tfu.
W moim życiu jest tak, że zdarza mi się nie mieć zrobionego obiadu.

Zdaję sobie oczywiście sprawę, że są też takie matki.
Które codziennie mają gotową zupę.
Najlepiej jeśli jest to krem z kilku warzyw sezonowych.
Na rosole z ekologicznej sztuki mięsa.
Na drugie są brokuły do wyboru z marchewką do wyboru z burakiem.
Bo każda matka wie, że przecież warzywa w diecie dziecka.
Oraz w swojej własnej diecie.
To podstawa zdrowia i dobrego samopoczucia.
Oraz to podstawa zgrabnego pośladka lewego oraz prawego.

Do tego tak zwanego bukietu warzyw.
Taka mama podaje indyka gotowanego na parze.
Albo ewentualnie rybę.
Najlepiej dziką z Alaski.
Niczym nie skażoną.
I wolną niczym Kevin Costner w filmie „Tańczący z wilkami”.
Albo nawet wolną niczym wilk z filmu „Tańczący z wilkami”.

No i ta mama, która zupełnie nie jest mną.
Codziennie po takim obiedzie.
Do którego zapomniałam dodać, że podaje kaszę jaglaną, albo kaszę jęczmienną albo kaszę quinoa.
To taka mama potem na deser podaje domową galaretkę oczywiście bez cukru na ekologicznej żelatynie.
Tak aby wzmacniać układ odpornościowy swój i swojego dziecka.

Taki obiad u takiej mamy to standard od poniedziałku do niedzieli.
Z wyjątkiem raz na miesiąc, kiedy to jest zbyt zmęczona żeby robić aż trzy rodzaje warzyw.
Więc pozwala sobie na małe szaleństwo i podaje mizerię.
Którą wiadomo, że każdy lubi.

A ja.
Niczym ten wolny wilk z „Tańczącego z wilkami”.
Zupełnie tak nie mam.
Budzę się około godziny trzynastej.
Gdy to zaczyna mi i córce burczeć w brzuchu.
I myślę sobie co by tu zrobić na obiad.

Czasem mam resztki z dnia wczorajszego.
I takie dni to ja lubię najbardziej.
Czasem wygrzebię z czeluści zamrażarki jakiegoś kotleta z 2009 roku.
A czasem to moja mama mi przywiezie taki obiad w stylu tego z zupą i drugim daniem.
A nawet powiem nieskromnie, że lepszy.
I to już jest wypas nad wypasy.
Cała rodzina ucztuje.
Maciek zabiera swoją porcję następnego dnia do pracy.
I szpanuje totalnie przed kolegami.
Nadziewanymi pieczarkami.
I pieczoną kaczką z pomarańczami.

Tymczasem gdy taki dzień się nie trafi.
I kończą się zamrażarkowe zapasy.
Gdy nie chce mi się iść do sklepu po naleśniki z serem.
Albo pierogi leniwe.
Firmy brawaty, które są mega dobre.
To ja mam takie swoje patenty.
Na zdrowe, zjadliwe i bardzo szybkie do zrobienia dwa obiady.
Zawsze jest szansa, że mam w domu składniki na zrobienie jednego z nich.

Pierwszy obiad to:

MAKARON Z POMIDORAMI

U nas w domu pomidory są prawie zawsze.
Bo to moje ulubione warzywo jest.
A jak akurat nie ma to chociaż jakaś puszka z pomidorami się znajdzie.
Makaron też zazwyczaj jakiś jest.
Staram się kupować pełnoziarnisty.
No bo jednak najgorszą matką nie jestem.
Oczywiście jak macie tylko zwykły to nie znaczy, że jesteście najgorsze.
Macie na pewno masę innych rzeczy, których nie mam ja.
Zresztą jakikolwiek makaron będzie świetny!
I teraz możemy poszaleć.
Bo do tych pomidorów na patelnię z oliwą wrzucamy co tylko chcecie.
Na przykład czosnek.
Zioła prowansalskie.
I jak macie to jakieś inne warzywa.
Na przykład cukinię.
Albo bakłażana.
Czekacie aż to się rozdziabdzia.
I mieszacie z makaronem.
Całość zajmuje około 20 minut.

Drugi obiad to:

RYŻ Z JABŁKAMI

To jest obiad dla mnie osobiście gorszy.
Wolę makaron.
Ale za to mój mąż lubi to bardzo, więc zabiera sobie resztki następnego dnia do pracy.
Przepis jest jeszcze prostszy niż ten pierwszy.
Wystarczy mieć kilka jabłek, cynamon i ryż.
Ryż gotujemy.
Jabłka obieramy i kroimy w małe kawałki.
Wrzucamy do garnuszka.
Dolewamy trochę wody.
Sypiemy cynamonem.
I czekamy aż się zrobi z tego taka beżowa breja.
Dodajemy do ryżu.
I jak chcecie wersję lux to można dodać trochę jogurtu naturalnego.
Albo serka waniliowego – ale tu już mniej zdrowo bo w tym serku UWAGA jest zazwyczaj cukier 😉

Takim oto sposobem.
Za pomocą tych dwóch obiadów.
Udaje mi się uratować wizerunek nie najgorszej matki.
Oraz nie zagłodzić oczekującej strawy rodziny.
I dzisiaj właśnie jest ten dzień kiedy jemy ryż z jabłkami.
Ponieważ wczoraj już jedliśmy makaron z pomidorami.