januszzplazy
życie

Pan Janusz niczym surykatka

Nad polskim morzem czekają na nas różne atrakcje.
Zaczynając od gofrów.
Poprzez lody i smażone ryby z frytkami.
Automaty do gier.
Piwo z sokiem.
Namioty z tanią książką i wszystkim za pięć złotych.
Aż po samo morze razem z plażą i wydmami wokoło.

Jak ktoś ma szczęście to może tak się zdarzyć.
Że będzie ładna pogoda i na tę plażę dotrze.
A wtedy to dopiero jest atrakcja nie lada.
Bo takie wyjście na plażę jest nieporównywalne z niczym.
No może z wyprawą pociągiem na trasie Warszawa-Ostrawa.
W lipcu.
W przedziale bez klimatyzacji.
Z klatkami pełnymi surykatek.
Z których każda ma na imię Janusz i je drożdżówkę z serem.
Ale nie.
Jednak nie da się tego porównać z niczym.

Takie wyjście na plażę zaczyna się od tego, że budzimy się rano.
Tak załóżmy o 8:30.
Patrzymy przez okno.
I nagle o Jezusie przenajsłodszy okazuje się, że świeci słońce.
Więc zbieramy całą rodzinę informując o tej wyjątkowej sytuacji.
I zaczynamy bardzo szybko się zbierać do wyjścia.
Żeby jak najwięcej z tego słońca skorzystać.

Wygląda to tak, że przez godzinę się myjemy i ubieramy.
Żeby za chwilę się jednak przebrać.
Bo przecież idziemy na plażę więc przydałoby się jakiś kostium kąpielowy założyć czy slipy a nie zwykłe gacie.
Potem przez godzinę jemy śniadanie.
Bo się okazuje, że nie ma chleba.
Więc ktoś na szybko jedzie na rowerze po bułki.

Ale spokojnie.
Słońce świeci nadal.
Jest temperatura powyżej 20 stopni.
Jest dobrze.
Jest pięknie.
Zaczynamy się spieszyć coraz bardziej.
Bo już prawie dziesiąta godzina.

Po śniadaniu zaczyna się pakowanie.
Które to trwa kolejną godzinę.

Bo trzeba przecież spakować:

1) prowiant, w skład którego wchodzą

– drożdżówki z serem kupione przez tego co po bułki pojechał rowerem
– czereśnie z wczoraj
– butelka wody
– herbatniki dla dziecka
– soczek w kartoniku dla dziecka
– banany dla dziecka
– chrupki kukurydziane dla dziecka
– i orzeszki w karmelu kupione w supermarkecie Dino

2) ręczniki plażowe

3) zabawki plażowe dla dziecka takie jak:

– wiaderko
– łopatka
– foremki
– sitko
– basenik
– kółko dmuchane

4) gazety/książki ( bo a nuż trafi się sekunda lub dwie żeby się oddać lekturze)

5) parawan plus młotek

6) leżak dla ciężarnej – nijak inaczej niż na leżaku się usadowić w tym stanie nie da

7) namiot dający cień od tego porażającego słońca

8) koc piknikowy

9) czapki, chustki, kapelusze

10) okulary przeciwsłoneczne

11) telefony

12) portfele

13) aparat fotograficzny

14) szlafrok dla dziecka

15) oraz najważniejsze – krem z filtrem

I tu następuje zwrot akcji.
Bo nam się przypomina, że o wiele wygodniej jest się nasmarować w domu.
Bo przecież na plaży do tego kremu się wszędzie przykleja piasek.
I w ogóle wszyscy się gapią jak my sobie smarujemy łydki w pozycji schylania się po dwa złote co wypadły z portfela.
Albo mąż mówi kochanie posmaruj mi plecy zawsze wtedy.
Gdy już sobie z gazetą na tym leżaku siądziemy.

Więc zawracamy do łazienki.
Smarujemy się wszyscy cali.
Z łydkami, plecami oraz całą resztą.
Wybija godzina 11.
Nasze dziecko powoli robi się śpiące.

Nic to.
Wychodzimy.
Za chwilę wracamy.
Bo mi się zachciało siku.
I mąż stwierdza, że to on też jeszcze na zapas zrobi.

Wychodzimy.
Obładowani niczym dostawcy frisko.
Idziemy na plażę nareszcie.

Za i przed nami podąża tłum takich samych.
Niektórzy mają specjalne wózki.
W których wiozą pięcioro dzieci.
Inni ciągną leżako-taczki z siatkami pełnymi browarów Radler o smaku limonki.

Są też tacy co to tylko jeden leżak pod pachą mają.
Lub ręcznik z palmą z Majami.
Oni się tak po prostu uwalą.
Na tym ręczniku.
Na tym leżaku.
Gdzieś samotnie na piasku.
Pomiędzy obozami innych.
Piwo otworzą.
I mrużąc oczy przed piachem i wiatrem będą tak tkwić do wieczora.
Zasypani po kolana.
Nie jedząc.
Nie wstając tylko co jakiś czas popijając łyka tego samego browara.

Na plaży tłum.
Parawan obok parawanu.
Wypatrujemy czujnie jakiegoś skrawka metr na metr pomiędzy.
Najlepiej jak najbliżej morza.
I niedaleko wyjścia.

Gdy wreszcie udaje nam się rozstawić nasz obóz.
Ktoś obok chce pożyczyć młotek.
Bo widział jak mąż właśnie go chował do plecaka.
Młotek pożyczamy.
Pan pyta ile kosztował.
Podchodzi drugi pan i pyta czy może pożyczyć młotek po tamtym panu.
W tym samym czasie jedna pani.
Pyta czy może pożyczyć młotek po tym panu co to pożyczyć chce młotek po tym pierwszym panu.

Mąż jest już lekko zdezorientowany.
Wiem, że nie lubi takich akcji.
Młotek jest badziewny.
Kosztował dwa złote.
Po kilku użyciach odpada mu główka.
Więc takie pożyczanie mu nie posłuży.
No ale w końcu mąż młotek pożycza.
Siada na ręczniku naburmuszony.
I znad parawanu czujnie obserwuje co się z jego młotkiem dzieje.

Dziecko robi grzecznie babki.
Wiec siadam na leżaku.
Otwieram gazetę.
Mąż pyta czy jest coś do jedzenia.
Więc wstaję.

Wyciągam drożdżówki.
Czereśnie
Herbatniki.
I orzeszki w karmelu.
Jemy.
Pijemy wodę.
Zaczyna mi się znowu chcieć siku.
Za dużo wody wypiłam.

Obok jakaś pani widząc jak jemy.
Wyciąga kanapki z kiełbasą.
Inny pan otwiera paczkę popcornu.
Ktoś idzie po zapiekanki.
Po gofry.
Po lody.

Obok nas zawsze.
Ale to zawsze ktoś zaczyna grać w piłkę.
Nerwowo obserwuję w czyj ona parawan za chwilę trafi.

Jakiś chłopak krzyczy.
Kukurydza gotowana.
Popcorn.
Orzeszki w karmelu.

Mąż niepocieszony.
Chciałby coś kupić ale najadł się drożdżówek.
A orzeszki w karmelu mamy własne z supermarketu Dino.

Temperatura morza to jakieś minus dwadzieścia stopni.
Ale i tak wszyscy się kąpią.
Przy samym brzegu wydrążone tunele.
Doły i zamki z piasku.
Jakaś głowa wystaje z błotnistej brei.
Ktoś kogoś za nogi wciąga do wody.

A metr od nas stoi Pan Janusz.
I patrzy wokoło.
Niczym surykatka.
Z kierunkiem wiatru węszy ciekawsko.
Brzuch pełny Radlera dumnie wypina.
W kolorze nigeryjskiego brązu.
Co 10 minut wykonuje jedną czwartą obrotu.
Co by się równomiernie opalić.
I jednocześnie poszerzyć obserwacje.

Nad nami chmura.
Zaczyna kropić.
Nic to.
Siedzimy.
Nie zauważamy tego.
Bo przecież dopiero pół godziny minęło.
Tego naszego pobytu na plaży.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

4 komentarze

  • Reply Monica 24 lipca 2017 at 1:43 pm

    Ojojojoj, jednak polecam puste plaże Litwy i Łotwy, pod koniec czerwca tylko tam mewy fruwają. A budek z balonami, piłkami, watą cukrową i lodami w kolorze niebieskim brak:)

    • Reply Iwa 27 lipca 2017 at 8:21 pm

      Brzmi zachęcająco! jednak dla mnie te polskie plaże mimo wszystko mają swój urok 🙂

  • Reply Dagmara 21 lipca 2017 at 7:47 pm

    Takie wyjście na plażę to jak kara za grzechy. Nikt by mnie już dziś nie namówił na urlop nad morzem w pełni sezonu.

    • Reply Iwa 27 lipca 2017 at 8:26 pm

      Ha ha ha 🙂 no trochę tak to wygląda…

    Leave a Reply