pazdziernik
życie

Październik pachnie szarlotką

Niestety jest taka pogoda, że myślę tylko o jedzeniu.
Od rana obmyślam, co by tu na kolację zrobić.
Gdy Kajka już zaśnie, a ja będę mogła w spokoju coś przepysznego zjeść.

Dzisiaj na przykład, gdy przez okno w sypialni wyjrzałam, i te szare kłębiące się niebo, swą ponurością mnie ogarniać zaczęło, mózg tak jakby w obronie, przed tym smętnym widokiem, zaczął podsuwać mi obraz długich zapiekanek, ze skwierczącym serem. Pod spodem pieczarki, z cebulką podsmażone, a na górze słodki lepiący się ketchup, wyciśnięty w esy floresy.

Więc zaraz do męża smsa pisać zaczęłam, że te zapiekanki robimy w ten weekend obowiązkowo. Tym bardziej, że przecież dwa lata takich zapiekanek nie jadłam.

Dwa lata nie jadłam, bo najpierw cukrzycę ciążową miałam, i prawie nic nie jadłam, co można nazwać jedzeniem. A potem przez rok karmiłam piersią Kajkę, która to na laktozę uczulenie miała.

Więc teraz jest tak, że prawie codziennie odkrywam coś, czego przez te dwa lata nie jadłam/nie piłam i muszę to natychmiast zjeść/wypić. Jest to bardzo niebezpieczne. Bo przecież tych rzeczy jest trylion. Takie np. ptasie mleczko. Jest waniliowe, śmietankowe, kokosowe, karmelowe i chyba jeszcze jakieś ale już zapomniałam jakie. A ja nie jadłam go dwa lata. Co z tego, że takiego kokosowego nie jadłam nigdy. Teraz muszę zjeść. Bo mogę.

Wreszcie mogę. Piwa, przez te dwa lata, powstało sto nowych rodzajów. Serów pleśniowych w Piccola Italia jest półka cała. Sushi, szynka parmeńska i tatar krzyczą do mnie, że wreszcie jest czas ich spożycia. Więc wino popijam malibu z mlekiem, i do tego śledzia w oleju zajadam.

I czasem gdy na instagramie widzę, jak te dziewczyny z jarmużu koktajle w taką pogodę piją, i na obiad sałatę jedzą, to mi staje w gardle ten naleśnik z serem na maśle smażony.

Też mam w lodówce jarmuż, żeby nie było. I nasiona chia mam w dolnej szufladzie. I nie to żebym takich koktajli nigdy nie piła. Wręcz przeciwnie, piłam jeszcze tydzień temu.

Lecz dzisiaj, gdy z Kajką rano na spacer poszłam, to tym razem jabłka kupiłam na szarlotkę, a nie na sok wyciskany. Bo czy ten sok tak pachnieć potrafi, że w domu się robi najmilej?
Czy ten sok tak smakuje, gdy pod kocem w skarpetach wełnianych się siedzi?

No nie. Nie smakuje. I nigdy nie będzie. I niech ten październik nam
pachnie szarlotką, i tymi zapiekankami z ciągnącym się serem.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

2 komentarze

  • Reply Monika 9 grudnia 2016 at 10:26 pm

    Dzień Dobry, fantastycznie i dowcipnie pisze Pani. Ten o miłości Pani Męża do psa i kota doprowadził mnie do śmiechu pełnego łez. Fantastyczne:) A może napisze Pani książeczkę dla Dzieci i zilustruje oczywiście! Dawno nie czytałam w sieci tak indywidulnie cudownego bloga.
    Pozdrawiam Serdecznie i Dziękuję za lekturę,
    Monika

    • Reply Iwa 10 grudnia 2016 at 11:28 am

      Bardzo dziękuję za ciepłe słowa cieszę się, że blog się podoba! O książeczce pomyślę. Pozdrawiam serdecznie

    Leave a Reply