polka
życie

Półka

Jakieś pół roku temu zamówiliśmy do Kajki pokoju półkę.
Taką na zamówienie, z szufladkami trzema na dole, na maleńkiej dziewczynki skarby wszelakie.
Z przegródkami na książki na górze.
Drewnianą. Piękną.
Przeze mnie wymarzoną.

Półka ta przewalała się ostatnio w kartonie, w Kajki pokoju z kąta w kąt.
Aż nadszedł ten moment, kiedy mąż mój powiedział dość.
Wyciągnął z czeluści garderoby wiertarkę i w sobotni deszczowy poranek dzisiejszy,
zapowiedział tonem nieznoszącym sprzeciwu, że dzisiaj to właśnie.
On już ma tego przewalania się półki z kąta w kąt dosyć.
Że on na to już swoim pedantycznym okiem patrzeć nie może.
Że obiecywaliśmy sobie przecież, że takich sytuacji nie będzie.
Że miarka się przebrała i on cały dzień.
Choćby się nie wiem co działo, to dzisiaj tę półkę wiesza.
Dziury w ścianie wierci.
I potem on w garderobie też będzie półki zaległe montował.
Które stolarz nam cztery miesiące temu, na zamowienie zrobił.

A i że tak w ogóle, to czy ja sobie zdaję sprawę. Z tego.
Że jak on już te w garderobie od stolarza półki zamontuje.
To nie po to, żeby tam śmieciami wszystko zagracić.
Tak jak jest jego zdaniem teraz.

Tylko po to, żeby się z garderoby – która u nas tak naprawdę robi za schowko-spiżarkę, korzystało wygodnie. Żeby można było na taką półkę siegnąć, i sobie wygodnie żelazko wziąć.
A nie przekopywać się przez miliony pudeł.
Dziesięć doniczek odsuwać.
Karton pustych słoików, w których miałam przetwory na zimę robić.
I częściowo zrobiłam ale nie moja wina, że nigdzie już potem żurawiny nie było.

Tak czy siak zauważyłam w jego oczach determinację prawdziwą.
A sama się zgadzam z nim w stu procentach.
Więc z ochotą na jego propozycję przystałam.
I całodniową opiekę na dzieckiem obiecałam z uśmiechem.

Po śniadaniu tylko na szybko sprzątnęłam ze stołu, i razem się do pokoju Kajki udaliśmy,
aby miejsce wieszania półki ostatecznie wybrać.

Mąż z dzieckiem na rękach na progu stanął, a ja zaczęłam się przedzierać przez wielorakie kartony, pudła i dziwaczne dla dziecka pojazdo-bujaki, które się tam nagromadziły.

Aby trochę do półki drogę uprzątnąć, przeniosłam do salonu suszarkę na pranie.
Z fotela zgarnęłam furę prania już wysuszonego, i na szybko z nim poszłam do naszej sypialni, żeby przy okazji pochować te ciuchy do szafy.
Tam bardzo sprawnie posłałam łóżko.
Przy okazji na szybko pościel zmieniłam.
Z ubrań składaniem i do szafy chowaniem trochę dłużej mi zeszło, bo to z całego tygodnia pranie się zebrało.

Ale już po chwili z powrotem w Kajki pokoju byłam.
Aby do półki się dostać, która na samym końcu pokoju leżała pod oknem, trzy duże kartony z tubami na plakaty moje, pudełkami na kartki, kartkami i czymś jeszcze, o czym na razie mowić nie będę, bo to w styczniu niespodzianka będzie na blogu, musiałam sobie jakoś z drogi odsunąć.

Mąż lekko poczerwieniał na twarzy, bo już mu się widocznie ciężko zrobiło tak na tym progu stać i dziecko na rękach trzymać. Więc sapnął, odkaszlnął i do salonu zawrócił.

Zaczęłam te rzeczy segregować wszystkie i do jednego kartonu upychać, a te pozostałe kartony puste do przedpokoju wynosić żeby przy okazji do śmietnika wynieść.

Od razu się zrobiło więcej miejsca i przestrzeni więcej.
I tylko jeszcze na komodzie pudło do piwnicy stało, do którego to ubranka za małe już na Kajkę zapakowałam jakiś czas temu.

Krzyczę więc do męża, że jeszcze tylko tak przy okazji, jak już do tej półki przez te pół pokoju idę. To do tych pudeł dopakuję parę spodenek i body dwie sztuki, które zauważyłam, że już się za małe zrobiły.

Mąż nie odpowiedział, ale przyzwyczajona jestem, bo on nie przepada jak rozmawiamy między pokojami. Twierdzi, że nic nie słyszy wtedy, i że wystarczy przyjść do drugiego pokoju
jak chce się coś tej drugiej osobie powiedzieć.
Ja tam jednakże zawsze go słyszę, gdy sam się zapomni i z drugiego pokoju do mnie coś mówi.

Tak czy inaczej tego za małego body jednego nigdzie nie mogłam znaleźć.
Więc pół szuflady przekopać musiałam i przez to jeszcze się okazało,
że taka bluza jedna też już w sumie za mała jest na dziecko nasze.
Więc wszystkie te ciuchy przejrzałam porządnie, pod kątem za małym na Kajkę bycia.

Sporo się tego nazbierało, więc uznałam, że chyba lepiej całość w większy karton wpakować.
A idealnie do tego się nada jeden z tych, które do przedpokoju zaniosłam.
W salonie, w drodze po karton minęłam męża mojego, który z miną niedowierzania w moją stronę patrzył, jednocześnie dziecko na kolanach bujając.

Coś tam pod nosem do dziecka mówił, i mimo że w drugim pokoju już byłam to usłyszałam wyraźnie, że mieliśmy tylko półkę przymierzyć..A taka jest sytuacja..

Dziecko radośnie na to odkrzyknęło „baba” gdyż po ostatnim weekendzie,
podczas którego aż trzy Babcie odwiedziliśmy na raz.
Wszystko i wszyscy teraz to baba.

Przepakowałam ten karton z za małymi ciuchami.
I wołam męża, że już oto nareszcie do półki się dokopałam.
I na spokojnie w pokoju ogarniętym nieco, możemy ją teraz przymierzyć.

Lecz wzrok mój na koszu na brudne pieluchy zatrzymał się nagle.
A z koszem tym historia jest mianowicie taka.
Że ja go kupiłam jeszcze w ciąży będąc.
Będąc pewna, że jest to nam przedmiot niezbędny.

Weryfikacja rzeczywistości pokazała jednak, że pieluchy nam się najwygodniej wyrzuca do śmietnika zwykłego po prostu. A że śmieci i tak codziennie wynieść u nas trzeba,
bo się ich produkuje tona, to kosz od półtora roku stoi nieużywany.
Nówka sztuka.
Biały i lśniący.

I na allegro mamy go wystawić.
Od prawie roku.
Więc myślę sobie.
Jak nie teraz to kiedy.
Że nigdy tego kosza się sprzedać nie uda.
Więc biorę go do salonu żeby w lepszym świetle obfotografować od razu.

Zatrzymała mnie jednak mina męża, który znienacka się z dzieckiem na progu pojawił i jakoś nie najlepiej wyglądał. Kosz na pieluchy w moich rękach groźnym wzrokiem mierzył.
I jakoś tak dziwnie przez zęby zapytał, czy możemy już wreszcie tę półkę przymierzyć.

Zgodziłam się oczywiście.
Kosz na pieluchy w kąt pokoju odstawiłam z powrotem.
Bo wiem przecież ile z takim półki wieszaniem roboty.
Ile przygotowywania, wiercenia, i sprzątania jest potem.

Półkę udało się wreszcie przymierzyć.
Miejsce jej zawieszenia wybrać dokładnie.
Szczegóły omówić. I plan działania określić.
Tak żeby nie była za nisko, aby dziecko się wstając z łóżka w głowę nie uderzyło.
Ani za wysoko, żeby po książkę można było bez drabiny siegnąć.

I gdy już Kajkę przysypiającą od męża na ręce wzięłam.
I powiedziałam mu, że teraz ja się z nią na drzemkę udaję.
Więc wiercić przez ten czas na razie nie może.
Bo przecież dziecko spać będzie, więc hałasować nie wolno.

To tak mi się jakoś przez moment zdawało, że łzy mu nagle napłynęły do oczu.
Zapewne to przez kurz z tego przenoszenia kartonów unosić się musiał w powietrzu.
Więc zaraz po drzemce jeszcze tylko odkurzę mieszkanie całe, tak żeby mąż mógł wreszcie w spokoju, bez kurzu półkę zawiesić.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

4 komentarze

  • Reply Dagmara 11 grudnia 2016 at 10:52 pm

    Jejuśku, ale fajnie piszesz, kobieto! Na razie tylko kilka ostatnich postów przeczytałam, ale to mi wystarczy, żeby czuć się zauroczoną Twoim stylem snucia opowieści. Jest dynamika, jest przymrużenie oka, jest dystans do siebie samej i puenta jak wisienka na torcie. Będę czytać dalej, aż przeczytam wszystko! I chyba mam kolejny ulubiony blog do swojej kolekcji… 🙂 Pozdrawiam ciepło!

    • Reply Iwa 11 grudnia 2016 at 11:28 pm

      O rany…ale mi miło 🙂 Zapraszam do czytania w takim razie, i również pozdrawiam!

  • Reply ryśka domowa 10 grudnia 2016 at 10:44 pm

    ale fajnie piszesz! 🙂 tak lekko i wdzięcznie 🙂

    • Reply Iwa 11 grudnia 2016 at 11:29 pm

      dziękuję 🙂

    Leave a Reply