jajko
życie

Sklep na Mokotowskiej

Na Mokotowskiej mieszkałam od zawsze.
Od zawsze to znaczy od urodzenia.
W starej, przedwojennej kamienicy.
Z podwórkiem jak studnia.
Trzepakiem.
I kasztanowcem.
Takim samym od zawsze.

Obok bramy na dole był sklep spożywczy.
Taki mały sklepik co to było w nim wszystko.
Bułki, biały ser, jajka.
Długopisy bic, zeszyty i kredki.
Proszki do prania i papier toaletowy.
Lody były w zamrażarce.
I pepsi-cola w lodówce.

Pamiętam jak mój tata rano przynosił z tego sklepu kajzerki.
I jedna była zawsze dla mnie.
Tak już w przedpokoju do małej rączki przez tatę podana.
Drążyłam w tej bułce paluchem dziurę.
I potem z tej dziury wyciągałam miękkie bułkowe wnętrze.

Pamiętam jak po szkole, z kolegą który mieszkał obok kupowaliśmy w tym sklepie drożdżówki.
Obowiązkowo z makiem i białym lukrem na wierzchu.
Do tego plastikowy kubeczek kefiru z nadrukowaną krówką.
I to było najpyszniejsze na świecie.

Był taki czas gdy w tym sklepie na jednym regale stanęły kasety wideo.
I można było je wypożyczać.
“Alicję w krainie czarów” oglądałam chyba ze dwadzieścia razy.
I jak tylko oddawałam to zaraz leciałam, żeby ją wypożyczyć znowu.

Taki mieli tam biały ser na wagę.
W białym zawinięty papierze.
Który jadłam namiętnie z chlebem razowym i pomidorem czytając książki Musierowicz po kilkanaście razy.
Te strony otłuszczone z od herbaty plamami do dziś wspomnienie tego sera u mnie wywołują.

Jajka były ze wsi.
Bielutkie.
W takich brązowych sprzedawane torebkach.
Na sztuki.
Bardzo trzeba było uważać, żeby się nie potłukły w drodze do domu.
Gdy się po schodach skakało a nie szło.

Sklep prowadziły takie dwie miłe panie.
Bardzo podobne do siebie.
Bo chyba siostrami były.
I ze względu na to, że ten sklep był od zawsze.
I że ja tam od zawsze z mamą do tego sklepu chodziłam.
To one mnie te panie od zawsze znały.

Więc ileż to razy na krechę coś kupowałam.
Albo klucze czy inne skarby im zostawiałam, żeby potem ktoś od nich odebrał bo mnie w domu potem nie będzie.

Dwa razy w roku na szklanych drzwiach sklepu pojawiała się kartka.
Taka zwykła z zeszytu, w kratkę.
A na niej napisane długopisem.
“Jesteśmy na urlopie. Wracamy za tydzień.”

Były w tym sklepie takie chrupki star foods.
Orzechowe, serowe i bekonowe.
Które kupowałam tonami bo w środku były poukrywane banknoty po 5 i 10 tysięcy.
I te panie mi odkładały pod ladę serowe.
Bo to moje ulubione były.

Były jajka niespodzianki.
Wiśniowa kola.
I batoniki ww.

I czuć było jakoś po prostu, że ten sklep jest przez te panie kochany.
Że te wszystkie rzeczy z miłością ustawiane są przez nie na półkach.
Jajka pakowane do toreb z wyjątkową uwagą.
Ser krojony tak, aby zawsze dostał Ci się ten ładniejszy kawałek.

A ja już w tej kamienicy dawno nie mieszkam.
I tego sklepu od dawna już nie ma.

Są za to żabki, biedronki i inne lidle.
Są jajka w pudełkach z fabryki, gdzie co najmniej jedno jest popękane.
Są przeterminowane jogurty.
Poustawiane tak, że te z najdalszą datą stoją na samym końcu półki.
Drożdżówki bez smaku.
Podgniłe warzywa.
I co miesiąc są inni sprzedawcy.

Myślę sobie czasem o tym, co teraz robią te panie.
Te dwie miłe siostry ze sklepu na Mokotowskiej.
Gdzie one teraz bułki i biały ser kupują.
I czy pamiętają, że im jeszcze pare złotych chyba każdy sąsiad wisi.
Bo nigdy żadnych list długów nie prowadziły.

I gdyby do tego doliczyć te wszystkie moje wspomnienia.
To ja dług u nich mam nie do spłacenia.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

6 komentarzy

  • Reply @go_rulez 4 kwietnia 2017 at 7:33 pm

    Cudne wpis, wspomnienia… 🙂 na szczęście jeszcze jakieś tam sklepiki zostały w naszej starej dzielnicy i my w nich namiętnie kupujemy. Uwielbiamy nasze dwie dziewczyny, które prowadzą warzywniak, szczegolnie tą, która w piękne bujne blond wlosy zawsze ma wpiety jakiś kwiat (Z zawsze patrzy jak zaczarowana;), i zawsze zaraża nas swoim uśmiechem i optymizmem i wszystko jest takie świeże i pyszne, i chlebek nam odkladają i mają gazetki dla Zi odłożone, bo kiosk obok prowadzi mily starszy pan, ojciec dziewczyny z warzywniaka, ale czasem wpada w koreczek 😉 i kiosk jest zamkniety przez tydzień np, ale gazetki dla Zetki zawsze na czas. Mam nadzieję, że moje dziecko będzie miało podobne wspomnienia jak Ty czy ja.:)

    • Reply Iwa 4 kwietnia 2017 at 8:19 pm

      O jak cudownie! Cieszę się, że są takie miejsca 🙂

  • Reply Ewa 30 marca 2017 at 10:35 pm

    Iwa to jest genialne! Każdy wpis z osobna! Pisz więcej bo to się super czyta. Może książka???

    • Reply Iwa 31 marca 2017 at 10:03 am

      Dziękuję Ewcia :*

  • Reply Natalia 30 marca 2017 at 9:23 pm

    Nie wiem Iwo jak to zrobiłaś, ale mam ciarki. Nie mieszkałam na Mokotowskiej i w sklepie wspomnianym zakupów nie robiłam, ale poczułam jakbym tam była. I te drożdżówki z makiem i lukrem jadła. Piękny tekst!

    • Reply Iwa 30 marca 2017 at 9:26 pm

      Cieszę się i dziękuję a drożdżówki były pyszne!

    Leave a Reply