sklep2
życie

Sklep nad jeziorem

Siedzę pod sklepem nad jeziorem i czekam aż otworzą.

Jest już 9:03, wiec powinni otworzyć trzy minuty temu.
Jest niedziela. Słoneczny, sierpniowy poranek.

Siedzę pod sklepem na murowanym schodku, opieram się o ścianę i czekam.
Na ścianie ogłoszenia „Kupię poroża jeleni” , „Sprzedam głazy” „Dyskoteka dla dzieci od 17:00” .

Kiedyś na tej ścianie był telefon.
Taki z plastikowym daszkiem chroniącym od deszczu, że jakby padać zaczęło, podczas rozmowy ważnej, to można spokojnie kontynuować bez strachu że się zmoknie.
I ja z tej budki ważne rozmowy prowadziłam. Takie wtedy dla mnie najważniejsze.

Piętnaście lat miałam i do męża mojego dzwoniłam szesnastoletniego, że tęsknie i co tam u niego pytałam i wszystkie drobne w ten telefon wrzucałam.

A to było prawie dwadzieścia lat temu.
I budki już od paru lat nie ma tylko taka dziura zabetonowana w ścianie.
I sklep jest inny, budynek ten sam, ale w środku zmieniony zupełnie.
Pomidory suszone i sery brie na półkach leżą.
Z koszykiem się idzie wzdłuż sklepowych regałów, i win jest do wyboru z pięćdziesiąt.

A pamiętam jak dziś, te dwadzieścia lat temu, jak długa lada przez sklep się ciągnęła.
Za ladą dwie panie w fartuchach stały, i cały asortyment za plecami miały.
I pamiętam jak piwo EB tylko Uli sprzedawały, bo myślały ze to siostra nasza starsza, a Ula po prostu taka wysoka zawsze była.

Siedzę pod sklepem i czekam aż otworzą.
I widzę nas kilkunastoletnich jak z tego sklepu z lodami Mini Milk wybiegamy.
Jak z dziewczynami Bravo Girl kupujemy i potem nad jeziorem chichocząc testy robimy i horoskopy czytamy.

Obok mnie kilka osób się zebrało i czeka również.
Nogami przebierają, na zegarek nerwowo patrzą.

Jest coś takiego w ludziach, że jak się ich trochę pod sklepem zbierze to jakaś panika i nerwowa atmosfera się robi , bo a nuż tych bułek świeżych nie wystarczy dla wszystkich, a może bochenków chleba za mało będzie.

A tamtego lata gdy chleba nam za dużo zostawało, to się na palniku od kuchenki kromki piekło, czosnkiem nacierało i oliwą polane zjadało nad blatem jeszcze.

Otworzyli. Wchodzę. Lekko nerwowo się robi na trasie do działu z pieczywem, bo może faktycznie tych bułek za mało. Jeden pan już od progu do ekspedientki woła „Gdzie kawa, gdzie kawa tu jest w tym sklepie!” Dwóch chłopców się zdecydować nie może czy Nutellę czy masło orzechowe kupić. Ten drugi co woli Nutellę tłumaczy „Nikt tego masła poza Tobą nie lubi”.

Biorę te bułki a jest ich oczywiście tyle, że wystarczy spokojnie dla wszystkich. Biorę cztery. Dla mnie półtorej, dla Maćka dwie i pół dla Kajki. Płacę. Wychodzę. Drzwi za sobą zamykam.

Drzwi te same co wtedy, dwadzieścia lat temu, za nami z lodami w rękach codziennie trzaskały.

Previous Post Next Post

You Might Also Like

No Comments

Leave a Reply